poniedziałek, 26 listopada 2018

Oraaaaaaaaaa

Luna

Niecierpliwie spojrzała w stronę słońca, które powoli zaczynało zachodzić za pobliską górę. W końcu całą okolicę spowije mrok co pozwoli jej przeprowadzić w całości wcześniej przygotowany plan. Co mogło pójść źle? Niespiesznie podeszła do małego górskiego jeziorka aby przejrzeć się w jego tafli. Czarne, kręcone włosy delikatnie opadały na ramiona. Zazwyczaj schludnie uczesane teraz rozczochrane i w ogólnym nieładzie. Zielone oczy, które teraz bystro i krytycznie oceniały każdy detal przebrania za chwilę musiały przybrać zgaszony i przerażony wyraz. Strój,(kostiumo-sukienka) poprzecierany, podziurawiony i brudny zwisał z jej drobnego ciałka odsłaniając czarny stanik i niegdyś kremową teraz lekko brązową skórę. Wyglądała jakby cudem uszła z życiem i jakby ciągle o to życie walczyła. W pobliskiej przełęczy zatrzymali się najwięksi obrońcy ludzkiego życia, tak o nich mówiono. Dla niej byli wrogami. Okradli jej opiekuna, człowieka którego kochała i dla którego zrobiłaby wszystko. Łącznie z narażeniem własnego życia. To dzięki niemu je zyskała więc dla niego mogła je stracić. Ponadto, kamień, który zgarnęli napadając na ich rezydencję był potrzebny także jej. To on w pewnym sensie utrzymywał ją przy życiu od tamtego nieszczęsnego wypadku. Musiała go odzyskać tak samo dla Kayn'a jak i dla siebie. Przez to że znalazła się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie nie mogła oddalać się od kamienia na dłużej niż dwa tygodnie. Potem... Nie chciała nawet o tym myśleć. Nie w tym momencie. Już niedługo wszystko wróci do normy. Musiała tylko zgarnąć to co nie należało do tej grupy ludzi, a w tym była naprawdę dobra. Najpierw zdobyć zaufanie, dołączyć do nich, a później wszystko rozwiąże się samo. Słońce całkowicie schowało się za horyzontem. Niedługo grupa potworów dotrze do tego miejsca. Z jej obliczeń nie powinno im to zająć więcej czasu niż dziesięć lub piętnaście minut. Już z oddali słyszała ich pochrząkiwania i gardłowe okrzyki. Cofnęła się o krok. W normalnych okolicznościach sama by się z nimi rozprawiła, ale to nie były normalne okoliczności. Kiedy mutanty znalazły się już w zasięgu jej wzroku upewniła się że ją zauważyli. Brązowo-zielone stwory zaczęły biec szybko w jej kierunku, ich wielkie jak jej połowa ciała łapy rytmicznie uderzały o ziemię rozsypując dookoła żwir.  Były ogromne, dwa lub trzy razy większe od niej... Całe szczęście nie było ich więcej niż cztery. Zaczęła uciekać w dół do przełęczy, w której zatrzymała się "cudowna" drużyna. Z jej gardła wydobył się przeraźliwy krzyk. Była z siebie naprawdę bardzo dumna. Cały ten teatrzyk naprawdę jej się udał. Krzyknęła po raz kolejny nie zatrzymując się nawet na chwilę. Potwory były coraz bliżej. Zahaczyła stopą o wystający kamień przewracając się na ziemie.



Ekko

Spojrzałem w niebo wyczekując zapowiedzianej godziny. Sona powiedziała, że mniej więcej w tym miejscu i o tej godzinie miało się coś stać... Nadal zastanawiało mnie jakim sposobem wyczytywała to z wczorajszych gwiazd, ale jej intuicja nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Dotychczas każda z jej przepowiedni sprawdzała się, nawet jeśli była mało szczegółowa i niewiele z niej wiedziałem. 
Rozejrzałem się dookoła, ale nadal niczego nie widziałem. Czego miałem się spodziewać? "Coś ważnego się wydarzy" niewiele mi mówiło, ale nadal musiałem pozostać czujny. Nie miała pewności czy "to" wydarzy się właśnie w tym miejscu. 
Zerwałem się na nogi słysząc ryk potworów. Oby nie był to fałszywy alarm. Stwory nie były zbyt groźne, ale ciągłe sprawdzanie co się dzieje było męczące. Nieopodal naszej bazy zasiedliło się nowe stado, co chwila urządzając ryki godowe, co jedynie zbijało nas z tropu.
Ruszyłem przed siebie. Wyjąłem z pochwy szablę, którą zawsze miałem przy sobie. W końcu moim oczom ukazało się kilka stworów oraz leżąca na ziemi dziewczyna. Koligury, olbrzymie stwory z kolcami na plecach, wyglądały na całkowicie wygłodniałe i nie pogardziłyby żadną przekąską. 
Zeskoczyłem ze skały, prosto na stwory, które wyszczerzyły na mnie kły. Wystarczyło kilka cięć tuż pomiędzy ochronnym pancerzem, aby pozbyć się ich głów. Martwe ciała masywnie opadły na ziemię. 
Przetarłem z twarzy fioletową, lepką maź, która krążyła w żyłach stworów. Odwróciłem się w stronę dziewczyny spoglądając na nią z lekkim uśmiechem. 
-Daleko zawędrowałaś, skoro trafiłaś aż tutaj. Przypuszczam, że to właśnie twoje przybycie wyczytała z gwiazd Sona i nie jesteś tutaj przypadkowo. - powiedziałem spokojnie kucając przed dziewczyną. Na świeżo wypranym ubraniu oraz twarzy znajdowała się fioletowa maź.
-Mogę ci pomóc, ale musisz powiedzieć dokąd zmierzasz. Jeśli zmierzasz do najbliższej wioski, mogę cię bezpiecznie przeprowadzić przez góry i ochronić. - powiedziałem spokojnie pomagając dziewczynie wstać.
Nawet jeśli komuś udało się nas znaleźć, nikomu nie proponowaliśmy dołączenie do naszej drużyny. Wielu o nas słyszało, dlatego niektórzy sądzą, że mogą tu przyjść i sami ich przygarniemy. Nowi rekruci zawsze byli mile widziani, ale sami musieli wiedzieć czego chcą. I najważniejsze, kogo właściwie szukają. Kilka razy już się natknąłem na "buntowników", którzy nas szukali, ale nawet nie znali naszych imion.


Luna

Tylko sekundy dzieliły jej życie od rychłego końca, a przynajmniej takie miała sprawiać wrażenie. Nigdzie nie widziała tych wspaniałych bohaterów, o których wszyscy tyle opowiadali dookoła. Jeszcze sekunda i sama będzie musiała pozbyć się natrętnego stada jeśli nie chciała zostać schrupana na kolację. Zacisnęła mocno zęby i zacisnęła powieki słysząc poruszenie. Nie pomyliła się. Jednak tu byli. Charczenie i ryki zamilkły, a dookoła zapanowała martwa cisza. Luna podniosła się ciężko na dłoniach. Upadek spowodował głębokie rozcięcie na nodze oraz kilka otarć na dłoniach. Krew powoli sączyła się z rany. Teraz czekała na nią najtrudniejsza część. Przekonać kapitana jak bardzo była bezbronna i przestraszona. Niepewnie spojrzała na mężczyznę, który stał przed nią lekko zdyszany z mieczem u boku. Ze srebrnego ostrza kapała fioletowa maź, która znajdowała się nie tylko na jego broni, ale też na twarzy i ubraniu.
-Ja...- wyszeptała cicho dziewczyna i cofnęła się delikatnie przed dotykiem mężczyzny i spojrzała w jego twarz. Był przystojny, nie mogła na ten temat niestety nic złego powiedzieć, a umięśniona sylwetka doskonale do niego pasowała. Wyglądał na pewno siebie, takiego któremu nie jest straszne żadne niebezpieczeństwo. Kilka pasm białych włosów przylepiło się do jego spoconego czoła, a oczy bystro rozglądały się dookoła szukając nowych niebezpieczeństw.
-Nie wiem o czym mówisz... Od wielu dni ścigają mnie potwory bez nawet dnia wytchnienia. Wczoraj prawie...- z jej oczu wypłynęły malutkie łezki. Odwróciła głowę chcąc ukryć swoją bezradność. Wszystko należało zagrać należycie. Za drugim razem przyjęła pomocną dłoń kapitana, bo to, że nim był nie budziło w niej żadnych wątpliwości.
-W wiosce na pewno znajdę schronienie- wyszeptała cicho i stanęła o własnych siłach. Delikatnie syknęła stając na zranionej nodze. W normalnych okolicznościach nawet by to jej nie ruszyło, ale teraz musiała być słaba. Przyjrzała się ponownie kapitanowi spod na wpół opuszczonych powiek. Już go gdzieś widziała tego była pewna. Wróciła pamięcią do dnia kiedy cała jego drużyna okradła jej dom. Był tam... Widziała go. Miała tylko nadzieję, że i on nie rozpozna jej. Wtedy wyglądała inaczej. Minął rok od tamtego czasu, a ona stawała się coraz słabsza i słabsza. Jedyne co ją przytrzymywało przy życiu był mały odłamek kryształu schowany w jej naszyjniku. Gdyby wtedy kamień nie wypadł z rąk jednemu z przygłupów kapitana teraz była by martwa. Kamień powoli jednak zaczynał słabnąć, a tak samo jej jak i Kayn'owi zależało na odzyskaniu kamienia. Robiła to głównie dla niego. Ekko... Tak go nazywali w miasteczku u podnóża góry, a już niedługo ludzie stracą do niego zaufanie. Kiedy usłyszą, że został okradziony przez jedną, niewinną kobietę... Jak wtedy będą mogli powierzyć mu swoje życia? Jeszcze lepszym pomysłem byłoby uwiedzenie kapitana i wydobycie od niego cennych informacji.



Ekko

-Co cię sprowadza w tak odległe miejsce? Nikt nie zapuszcza się w tak odległe rejony, zwłaszcza tak daleko od ludzkich siedlisk. Z miasteczek oddalają się jedynie samobójcy, aby zrobić z siebie pożywkę dla potworów... Ty raczej na taką osobę nie wyglądasz. - powiedziałem spokojnie przeczesując ręką zlepione mazią włosy.
Czy aby Sona aż tak bardzo tym razem się pomyliła? Nawet jeśli miewa jakieś wizje lub wyczyta coś z gwiazd, jest w stanie określić przynajmniej pobieżnie o co chodzi. Rzadko kiedy nazywa jakąś misję ważną. Może pokładałem zbyt duże nadzieje słysząc takie wieści? Nie ukrywałem, że liczyłem na nowego rekruta, który będzie chciał wstąpić do naszej drużyny. Dawno już nie mieliśmy "świeżej krwi", która by wytrwała dłużej niż tydzień. Zazwyczaj były to osoby, które szukały nas, chociaż nie wiedziały zbytnio kim jesteśmy, albo przeceniali swoje siły, szybko rezygnując z obawy o swoje życie. Wielu też poległo walcząc o bezpieczeństwo innych osób. Odnalezienie nas tym bardziej było trudniejsze, że nikt nie wiedział gdzie jest nasza kryjówka. Dodatkowo otoczona była ona miejscami lęgowymi potworów, co jeszcze bardziej utrudniało dostanie się do tego miejsca. Najwidoczniej przybycie dziewczyny do tego miejsca mijało się z moimi nadziejami.
-Nie martw się, odprowadzę cię do najbliższej wioski. - Zdjąłem z szyi czerwoną chustę, opatrując nią zranioną nogę dziewczyny. Tyle musiało wystarczyć. Nie mogłem zabrać jej do naszej bazy. - Nic więcej nie mogę poradzić na twoje rany. W wiosce na pewno ci pomogą.
Gwizdnąłem, czekając na odzew echa pomiędzy górami. Po chwili rozległ się znajomy mi ryk, a oczom ukazał się ogromny puchaty stwór podobny do niedźwiedzia. Kiedy po kilku minutach dotarł do mnie, zatrzymał się czekając na polecenie. Poklepałem go przyjacielsko po brzuchu. Nasza kryjówka była oddalona o kilka kilometrów od tego miejsca, dlatego warto było mieć przyjaciela, który posłuży jako transport.
-Jeśli nie masz nic przeciwko, pojedziemy na nim. W przeciągu trzech godzin powinien nas dowieść do najbliższej wsi. Po tym czasie się rozstaniemy.


Luna

Ten idiota w ogóle nie postępował zgodnie z jej planem. Nie zamierzała lecieć do żadnej wioski, a już na pewno nie tak od razu. Najpierw musiała dostać się do ich tajnej bazy. Co powinna zrobić aby wzbudzić zainteresowanie...? Jeśli byłaby poważnie ranna nie wytrzymałaby na tym czymś nawet dwudziestu minut, a co dopiero trzech godzin. Może gdyby zacny kapitan musiał ruszyć swój tyłek aby po raz kolejny pomóc damie w opałach. A przynajmniej musiał myśleć, że jej pomaga. Zresztą czy nie tak właśnie było? Pomoże jej zdobyć ten kamień czy tego chce czy nie. Poczekała cierpliwie aż niezbyt wprawnie jej noga zostanie opatrzona choć ona zrobiłaby to lepiej. Nie marudziła jednak. Nie mogła. Jego szorstkie palce musnęły delikatnie skórę na jej udzie.
- Nie wiem czy dam radę - jej słowa wydobyły się z delikatnych ust niczym trzepot skrzydeł ptaka. Ledwo słyszalnie. Sekundę po tym zachwiała się na nogach upadając z powrotem na ziemię.
-Kręci mi się w głowie. Uciekam od wielu dni. Mama poprosiła mnie o przyniesienie pewnych ziół z lasu, a te potwory zapędziły mnie aż tutaj- powiedziała ciężko opierając cały ciężar swojego ciała na dłoniach. Plecy jej drżały z "wyczerpania", byłaby doskonałą aktoreczką. Czarne włosy opadły jej na twarz przysłaniając ją praktycznie w całości. Spojrzała w oczy kapitanowi i spróbowała wstać. Z jej ust wydobyło się ciche westchnienie i upadła z powrotem tym razem tracąc przytomność. Tą sztukę opanowała do perfekcji. Potrafiła leżeć bez czynnie i bez grymasu przez wiele godzin. Nie było możliwości aby Ekko zorientował się, że jest oszukiwany. Leżała bezczynnie z zamkniętymi oczami, a jej klatka piersiowa powoli unosiła się i opadła. Coraz wolniej i delikatniej, ledwo dostrzegalnie. Nie mógł jej zawieźć w takim stanie do wioski, gdyż znajdowała się za daleko, a on nie wiedział co się z nią dzieje. Przynajmniej taką miała nadzieje, że będzie na tyle rozsądny aby zabrać ją do bazy dopóki nie nabierze sił. Z oddali dobiegł ich głośny grzmot. Zbierało się na burzę. Pogoda była po jej stronie. W takich warunkach podróż zajęłaby o wiele więcej. Pierwsze krople odbiły się od jej delikatnej skóry zostawiając mokre ślady. Decyzja należała do niego.



Ekko

Westchnąłem ciężko spoglądając na dziewczynę. Nawet gdybym chciał, nie mogłem jej ze sobą zabrać. Nie tam. Po ostatnim ataku Kayna obiecaliśmy sobie, że będziemy sprowadzać do bazy jedynie rekrutów, którzy wydadzą się godni zaufania. Minęło zaledwie trzy miesiące odkąd zniszczył naszą starą bazę i zmusił do przeniesienia się w inne miejsce, bardziej bezpieczne. Stało się tak tylko dlatego, że młody rekrut wpadł w jego zasadzkę i wprowadził go do bazy, nie mając świadomości, że ukrywa się pod inną twarzą. Nikt nie miał mu tego za złe, ale na nieszczęście przypłacił za to życiem. Osobiście chowałem jego zimne ciało w ziemi po tym, jak Kayn bez mrugnięcia okiem wyrwał gołymi rękoma z jego klatki bijące jeszcze serce. Takich widoków nigdy się nie zapomina... I nie mogę dopuścić do kolejnego ataku. Zawsze mógł nas śledzić. Zrobiłby wszystko aby odzyskać Orę i przejąć jej potężną energię. Nie mogliśmy na to pozwolić. Zbyt wielu ludzi ucierpiało by na tym, gdyby posiadł tak potężną siłę. Był pierwszym człowiekiem jakiego widziałem, który potrafił kontrolować tą energię. Jedynym i zdecydowanie najbardziej brutalnym jakiego spotkałem. Stwory atakujące wioskę miały w sobie więcej uczucia niż ten człowiek. Dlatego zadecydowaliśmy o ukryciu kamienia. Z dala od niego, w miejscu, które tylko ja znałem. Przetrzymywanie jej przy sobie stawało się coraz niebezpieczne i trudne do ochrony.
-Musimy znaleźć schronienie Ikki, zanim całkowicie się rozpada. Przynieś mi potrzebne zioła.- na moim ramieniu pojawiła się jaszczurka, która po chwili równie szybko niknęła. Chociaż na nią mogłem w tej chwili liczyć. Nie mogłem zostawić dziewczyny tutaj samej, chociaż niańczenie jej też nie było najlepszym pomysłem. Było to jedynie stratą czasu. Kiedy tylko dojdzie do siebie, natychmiastowo zostanie odwieziona do najbliższej wioski, z resztą już sobie poradzi.
Wziąłem dziewczynę na ręce. Schronienie odnalazłem w niewielkiej jaskini, która idealnie nadawała się na postój, ewentualnie przenocowanie. Wkrótce też obok mnie pojawiła się Ikki z kilkoma ziołami w pysku.


Luna

Miała ochotę krzyczeć, tupać, bić i wyklinać od najgorszych tego zidiociałego kapitana. Do wszystkich diabłów jeśli chciała znaleźć to czego potrzebuje najwyraźniej potrzebowała zdobyć jego zaufanie. W dalszym ciągu udając nieprzytomną pozwoliła się podnieść i zanieść w znanym tylko temu mężczyźnie kierunku. Gdy została ułożona na ziemi poruszyła się niespokojnie, a jej powieki zatrzepotały delikatnie lekko się uchylając.
-Co się stało?- wyszeptała rozglądając się dookoła jakby nie rozumiała jak dokładnie znalazła się w tym miejscu skoro jeszcze przed chwilą rozmawiali na zewnątrz. Ciężko podniosła się do siadu i oparła się o skalistą ścianę. Przyjrzała mu się uważnie, lekko mrużąc oczy westchnęła cicho i wskazała na miecz.

-Musisz należeć do tej drużyny bohaterów prawda? Gdyby nie wy byłoby z nami marnie... Naprawdę dużo wam zawdzięczamy - miała ochotę odgryźć sobie język gdy wypowiadała te słowa - zawsze chciałam się do was przyłączyć. Chronić ludzi...- uśmiechnęła się delikatnie zaczesując do tyłu swoje włosy. Przyjęła pozę wyczerpanej kobiety i rozmarzonym wzrokiem spojrzała w zachmurzone niebo. Powinna stać się bardziej śmiała niż udawać głupią gąskę. Zdobyć zaufanie, wkupić się w jego łaski.
Odchrząknęła cicho.
- W wiosce nic mnie nie czeka. W ogóle nigdzie nic mnie nie czeka. Nie mam rodziny ani nikogo dla kogo warto by wracać... - westchnęła cicho i poruszyła się niespokojnie tak że jej strój opadł osłaniając delikatną skórę. Dopiero teraz zorientowała się, że ramiączko jej stanika również rozpadło się podczas upadku. Kostium już do niczego tak naprawdę się nie nadawał. Jego mokre resztki gdzieniegdzie ściśle przylegały do jej ciała.
-Jeśli... Szukalibyście kogoś... Albo organizowali szkolenie, to z chęcią bym się zapisała - powiedziała delikatnie przekrzywiając głowę. Spojrzała w dół i niezręcznie przykryła się resztkami ubrania na ile mogła. Nie chciała aby wziął ją za łatwą dziewczynę ze wsi, która to każdemu wskakuje do łóżka.
-Nawet trochę potrafię walczyć. Niestety tylko trochę - skłamała gładko i oparła się z powrotem.



Ekko

Spojrzałem ze spokojem na dziewczynę. Odetchnąłem z ulgą kiedy dziewczyna się ocknęła i powróciła do żywych. Dojdzie do siebie i będzie mogła powrócić do swojego domu, gdzie powinna być.
-Straciłaś chwilowo przytomność, zapewne z wycieńczenia. Powinnaś jak najszybciej wrócić do domu i zadbać o swoje zdrowie. I nie powinnaś oddalać się od wioski, jeśli nie chcesz żeby stwory cię zaatakowały. To zbyt niebezpieczne. - powiedziałem spokojnie. Zamoczyłem kawałek materiału w deszczowej wodzie i ziołach, oczyszczając rany dziewczyny.
-Nie jesteśmy bohaterami. Wypełniamy jedynie swoją misję, prowadzeni naszą przeszłością. Chronimy innych, aby nie musieli cierpieć tracąc bliskie osoby... I przed potworami i przed Kaynem, który sercem ani trochę się od nich nie wyróżnia. Jest równie okrutny i zabija innych z premedytacją. Z tym, że w przeciwieństwie do niego potwory szukają pożywienia, a on zabija dla własnej zabawy. - powiedziałem poważnie. Nienawidziłem tego człowieka od pierwszego dnia, kiedy zmierzyłem się z nim twarzą w twarz. Nigdy nie zapomnę tej okrutnej nocy, kiedy odebrał mi to, co było najważniejsze. Nikomu więcej nie mógł już tego zrobić.
-Nie masz rodziny? Mówiłaś, że twoja mama wysłała cię po zioła, dlatego się tutaj znalazłaś. - uniosłem delikatnie brew spoglądając na nią. - Po powrocie do domu powinien ktoś cię przebadać. Możliwe, że masz zaniki pamięci.
Spojrzałem w jej oczy uśmiechając się delikatnie. Najwidoczniej przepowiednia nie była aż tak błędna jakby można przypuszczać. Nie wiedziałem jednak czy jest na to gotowa. Wydawała się być bardzo delikatną osobą, którą można było spłoszyć. Nie mogłem jej zabronić dołączenia do nas, jednak nie chciałem, aby miała traumę do końca swojego życia.
-Sona powiedziała, że to wydarzenie będzie bardzo ważne, więc od początku liczyłem na to, że twoje przybycie nie było przypadkowe. Chciałbym jednak, abyś odpoczęła i jeszcze raz to przemyślała. Nie będziemy oceniać twoich umiejętności i wiele cię nauczymy, ale musisz być świadoma, że za tym idą duże konsekwencje. - mój ton zmienił się na poważny. - Dla własnego bezpieczeństwa nie kontaktujemy się z osobami z zewnątrz i nie utrzymujemy z takimi osobami przyjaźni. Jedynie możemy się z kimś kontaktować będąc przy okazji w wiosce. Naszym celem jest poświęcenie dla innych. Możesz niejednokrotnie zobaczyć czyjąś śmierć lub ryzykować własnym życiem... Jesteś gotowa na tak duże poświęcenie, aby chronić nieznane ci osoby?


Luna

Wyrzucała sobie w myślach okrutnie jak mogła popełnić aż taką wpadkę. Miała ochotę uderzyć się z całej siły w głowę. Kayn zlał by ją za to na kwaśne jabłko, za narażanie ich misji w tak nierozważny sposób. Nie zdziwiłaby mu się gdyby tak postąpił. Uśmiechnęła się słabo do kapitana.
-Tak wspomniałam o mamie, tak nazywamy kobietę w wiosce, która przygotowuje lecznicze wywary. Przychodzi się do niej gdy się cierpi na bezsenność lub dokucza jakiś ból. Dlatego wysłała mnie po zioła. Do kolejnego wywaru. - powiedziała poważnie ponownie odwracając wzrok ku wyjściu z jaskini.
- Pracowałam tam, ale równie dobrze mogę zajmować się czymś innym - na wszystkie sposoby próbowała naprawić swój poprzedni błąd. Cóż więcej mogła zrobić? Kątem oka widziała uśmiech na twarzy mężczyzny tak jakby był zadowolony z faktu, że chce do nich dołączyć.

 Czyżby mieli tak słabą drużynę, że brakowało im ludzi? Przyjmowali przybłędę z ulicy. Gdyby mogła roześmiałaby mu się w twarz, ale nie mogła.
-Nie mam nikogo z kim mogłabym się kontaktować (kłamstwo), ani nawet nie chce (kolejne kłamstwo)- całe jej życie składało się z kłamstw. Co mogła mu jeszcze powiedzieć? Musiała dostać się do tej durnej ekipy ratunkowej. Kayn by tego chciał. Po to została wysłana. Zdobyć zaufanie, odzyskać kamień i wrócić do bazy. 

- Jak mówiłam pomagałam mamie w wiosce, śmierć nie jest mi obca. Śmiertelne przypadki także przyjmowaliśmy, a raczej staraliśmy się sprawić aby mniej cierpieli przed śmiercią.- gdyby przypadkiem ją spytał o zastosowanie ziół miała to w małym paluszku. U Kayna... Jej Kayna... Zdobyła taką wiedzę jakiej potrzebowała aby przetrwać. 


Ekko

-Tyle mi wystarczy. - kiwnąłem głową - Osoby, które nie mają własnego dachu nad głową i są pewne swojego celu, zawsze znajdą u nas schronienie. Kolejna z przepowiedni sprawdziła się, a to dobry znak. Zrobimy wszystko, aby zapewnić ci ochronę i nauczyć samoobrony.
Usiadłem na przeciwko dziewczyny, usilnie próbując doczyścić się z mazi, która pozostała na moim ciele oraz ubraniach. Wcześniej nie miałem nawet okazji, aby to zrobić. Znowu musialem się męczyć z czyszczeniem krwi stworów z ubrań. Jakbym już na chwilę obecną nie było ich mało w mojej szafie. To tego czyszczenie było strasznie uciążliwe.
Na moich kolanach usiadła Ikki, cały czas przyglądając się nowej rekrutce. Nawet na chwilę nie odrywała od niej wzroku. Jakby była zahipnotyzowana. Jedynym ruchem jakim wykonywała było poruszanie niewielkim noskiem, bacznie badając zapach, który unosił się w powietrzu.
-Wybacz za moją jaszczurkę. Po raz pierwszy widzę, aby zachowywała się w ten sposób. Oprócz naszej drużyny nie za bardzo lubi zbliżać się do ludzi. - powiedziałem spokojnie głaszcząc jaszczurkę po łebku, aby ją uspokoić. Mimo to nadal nasłuchiwała ruchów w otoczeniu, przyglądając się "nowej". Chcąc uspokoić zwierzę zasłoniłem jej oczy, nie widząc jednak otoczenia szybko zerwała się wbiegając na moje ramię i szybko znikając. Spojrzałem zdziwiony w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była Ikki.
-Dziwne... Mniejsza o to. Musisz odzyskać siły. Kiedy przestanie padać, udamy się do kryjówki. Musisz poznać resztę mojej załogi.
***
Minęło sporo czasu zanim przestało padać. Dziewczyna wyglądała lepiej niż wcześniej, więc bez obawy mogłem zabrać ją na grzbiet wyrośniętego stwora.
-Musimy ruszać w drogę, jeśli chcemy dotrzeć przed zachodem. Nie mamy zbyt wiele czasu. - mruknałem pod nosem spoglądając w niebo. Słońce zaczynało powoli chować się za drzewami. - Chciałbym jeszcze poznać twoje imię, skoro mamy ze sobą spędzić tyle czasu. Ludzie ochrzcili mnie imieniem Ekko, więc rownież możesz używać tego imienia. Jestem liderem, jak to nazwałaś, "drużyny bohaterów".


Luna

Jak na kogoś kto nie chciał zabierać zwykłych ludzi do swojej kryjówki zbyt szybko się zgodził jak na jej gust. Mogła przecież być każdym. Choćby sprzymierzeńcem ich największego wroga co w gruncie rzeczy nie byłoby kłamstwem. Dokładnie tym była. Uśmiechnęła się lekko patrząc z niepokojem na jaszczurkę. Po chwili przeniosła wzrok na kapitana przyglądając się uważnie jego ruchom. Zawsze miała się na baczności przed nieznajomymi. A zwłaszcza wrogami... Położyła się płasko na ziemi i podłożyła sobie dłonie pod głowę. Nie była ani trochę wyczerpana, może lekko zmęczona, ale znając jej tryb życia nikt by się tym nie przejął. Nie w domy Kayn'a. Tam ciągle trzeba byłoby być w gotowości. Jaszczurka nie była tak bardzo ufna jak jej właściciel. Nie było to jednak istotne. Nie zamierzała być w ich ekipie dłużej niż to konieczne. Już czuła się słabsza, czuła że ukryty kryształ powoli traci swą moc. Ile miała czasu? Miesiąc, dwa? Max trzy, nie więcej. W tym czasie musiała dowiedzieć się gdzie przechowują kryształ. Często zmieniali bazę więc kapitan nie mógł mieć go przy sobie, nie naraziłby kamienia na tak wielkie niebezpieczeństwo. W takim razie gdzie go mógł schować? Czy ktoś jeszcze to wiedział? Najlepszym źródłem był sam kapitan jednak jego postawa nie była zachęcająca. Owszem był uprzejmy, ale nic ponadto. Przypadkowe odkrycie swoich kształtów także nie zrobiło na nim wrażenia. Może gdyby udałoby jej się... Udałoby jej się.. samo słowo ciężko przechodziło jej przez myśl. Gdyby udało jej się z nim zaprzyjaźnić. Miała nadzieję, że w dużej mierze to on będzie ją "szkolił" choć wątpiła czy nauczy ją czegoś czego by nie potrafiła. Wtedy jednak będzie doskonała okazja by się do niego zbliżyć. Nic nie odpowiadając na słowa mężczyzny zapadła w spokojny sen. Jednak nawet najmniejszy szmer byłby w stanie ją obudzić.
***
Przeciągnęła się delikatnie słysząc głos obok siebie. Nastał kolejny dzień i po raz kolejny należało wcielić się w rolę początkującej rekrutki, która nic nie wie o życiu. Podniosła się z ziemi powoli pamiętając, że ma zranioną nogę. Lekki ból nigdy jej nie przeszkadzał wolała jednak nie ryzykować ciekawości Ekko. Spojrzała na kapitana. Nie mogła podać mu swojego prawdziwego imienia. Bałaby się, że ją rozpozna. Nie od dziś było wiadomo, że Kayn ma wychowanice imieniem Luna. Plotki głosiły, że jest szybka jak strzała, zwinna jak kot... I brzydka jak noc. Nikt jej nigdy nie widział, a ci którym się udało od dawna nie żyli. Okradała wszystkich, bogatych, biednych bez wyjątku. Byli też tacy co zarzekali się, że stanęli z nią oko w oko, ale jej widok był tak przerażający, że aż zbierało się na wymioty. Zawsze pracowała w przebraniu. Nie ryzykowałaby swojej tożsamości.
- Nazywam się Kenna - podeszła do wielkiej jaszczurki- a więc... Ekko. Chce ci tylko powiedzieć, że zazwyczaj nie bywam tak słaba jak wczoraj



Ekko

-Kenna... Ciekawe imię. Powinniśmy ruszać. Nie mamy zbyt wiele czasu. - podsadziłem dziewczynę, pomagając jej wspiąć się na grzbiet białego niedźwiedzia. Sam usadowiłem się tuż za nią, aby nie spadła w czasie podróży. Delikatnym klepnięciem w bok dałem znać zwierzęciu, że powinniśmy już ruszać.
***
Zsiadłem z niedźwiedziego grzbietu kiedy dotarliśmy na miejsce. Słońce praktycznie schowało się za horyzontem, pozostawiając po sobie jedynie mrok. Kiedy i dziewczyna znalazła się na ziemi, dałem przerośniętemu przyjacielowi znak, że może się oddalić. W zaledwie kilka sekund zniknął za pobliskimi drzewami pozostawiając nas u podnóża góry.
Tuż przed nami otworzyły się skalne wrota, ukazując przytulne i barwne pomieszczenie. Bez wahania wszedłem do pomieszczenia zrzucając z siebie zbędne okrycie. Niepotrzebna część ubrania wylądowała na szafce nieopodal wejścia.
-Wiara, wróciłem do domu. Mamy nowego członka załogi. - krzyknąłem radośnie wchodząc do jednego z pokoi, gdzie siedziały dwie osoby. - Oto Kenna. - zaprosiłem gestem ręki dziewczynę do środka, aby podążała za mną. - Ci tutaj to Jinx oraz Malphite, w skrócie Malph. - pokazałem ręką na dziewczynę w długich kucykach w kolorze ognistej czerwieni. Na przeciw niej siedział kamienny olbrzym, który zdawał się nawet nie przejmować obecną sytuacją. Jedyne co robił to układanie drewnianego statku w butelce. 
-Kolejna, która ucieknie lub umrze po tygodniu? Czemu nie może się do nas zgłosić ktoś lepszy? Ktoś, kto przeżyje chociaż pół roku? Jakoś nie ufam jej zbytnio. - powiedziała Jinx, z pretensją na mnie spoglądając.
-Ta... - mruknąłem pod nosem. - Nie zwracaj na to zbytniej uwagi. Przede wszystkim Jinx zajmuje się szkoleniem nowych. Jest dziwna i szalona, ale przy bliższym poznaniu nie jest taka zła. 
Tym razem podszedłem do kamiennego stwora, który nadal nie przejmował się moją obecnością oraz przybyłym gościem. 
-Malp to wielkolud o wielkim sercu, chociaż przez to kamienne ciało praktycznie nic nie czuje. - zaśmiałem się cicho, delikatni uderzając go pięścią w ramię. Stwór nawet nie drgnął. - Jest potworem, ale nie musisz się go obawiać. Dawno temu jego ciało wchłonęło duszę zabłąkanego chłopca i teraz jest bardziej jak człowiek. Brzmi strasznie, ale dobry z niego przyjaciel. 
Tuż obok Kenny pojawiła się kobieta, poruszając się prawie bezszelestnie. Przyodziana w złoto-niebieskie szaty, o idealnej cerze i aksamitnych włosach. Spojrzała na mnie pustymi oczyma. 
-Victor... W końcu wróciłeś.- wyszeptała ledwie słyszalnie.
-Kenna, poznaj Sonę. - powiedziałem podchodząc do swojej przyjaciółki. Objąłem ją ramieniem, przez co dziewczyna delikatnie wtuliła się we mnie. - Jest naszą wyrocznią. Większość czasu spędza w swoim pokoju, głównie analizując gwiazdy i ułożenie planet. Nieczęsto się odzywa. - przerwałem kiedy Sona stanęła na palcach, przybliżając się do mnie. Wyszeptała jedynie ciche "chce z tobą porozmawiać. Miałam nową wizję....". 
Nieczęsto kontaktowała się z innymi osobami z drużyny, informacje przekazując jedynie mi. Była cichą i zamkniętą osobę. Nawet po tak długim czasie, nadal ufała tylko mi.
-Muszę cię przeprosić i wysłuchać mojej przyjaciółki. Za niedługo wrócę. - ukłodziłem się lekko spoglądając na Kennę. Po chwili zniknałem za drzwiami pokoju, który należał do Sony.

Luna/Kenna

Podróż ciągnęła jej się niemiłosiernie długo. Podróż na białym niedźwiedziu była monotonna zwłaszcza, że PAN KAPITAN kazał jej siedzieć z przodu. Zapowiadały się przed nią ciężkie dni. Skoro już teraz miała ochotę zdzielić go w głowę to co będzie później. Westchnęła cicho i złapała się szorstkiego futra. Osobiście wolała podróżować na wilkach, były szybkie i nieprzewidywalne. Ci tutaj jednak zbytnio nie spieszyli się ze swoją robotą. A przynajmniej nie Ekko, który poruszał się w ślimaczym tempie. Kiedy podróż w końcu dobiegła końca miała ochotę dziękować światu za okazaną łaskę. Ostrożnie ześlizgnęła się z olbrzymiego cielska stając obok mężczyzny. Miał kamienną twarz, z której nic nie mogła wyczytać. Całkiem jak ona. Nikomu nie pokazywała swoich prawdziwych uczuć gdyż niewiele ich posiadała. Kochała Kayn'a, oddałaby za niego życie, przygarnął ją, ale tak naprawdę nigdy nie miała swojego miejsca w życiu. Musiała walczyć aby nie stracić tej cząstki, którą miała. Z trudem w duchu przyznała, że ich kryjówka była dobrze zabezpieczona przed niechcianymi gośćmi. Nie znaczyło to jednak, że nikt nie mógł się tu dostać co było doskonałym przykładem.
Uważnie studiowała każdą napotkaną twarz na razie ignorując wnętrze. Ruda...Jinx czy jak jej tam było od razu wydała się Lunie podejrzana. Nie można było jej ufać. Wybuchowa i temperamentna. Już widziała radość Rudej kiedy skopie tyłek nowej na treningu, a czarnowłosa nic nie będzie mogła zrobić. Luna nie przejmowała się jej wrogością, również ich nie znosiła. Drugi, osiłek, który niczym dookoła się nie przejmował od razu przypadł jej do gustu. Przynajmniej nie będzie pakował nosa tam gdzie nie trzeba. 
- Miło was poznać - uśmiechnęła się do wszystkich - obym nie zginęła tak szybko jak mówisz, może i jestem mała, ale szybko się uczę -nie lubiła być lekceważona. Pokój był skromny. Zniszczona kanapa, duży stół z mapą na środku i kilka krzeseł pod boczną ścianą. To musiał być salon. Uwagę dziewczyny przykuła nowa postać w pokoju. Ta ją zaniepokoiła. Wyrocznia? Mogła napytać jej strasznej biedy, zdemaskować jeśli trafi jej się odpowiednia wizja. Zazwyczaj jednak przepowiednia miała kilka znaczeń i nie było tak łatwo ją dopasować do otaczającego świata. Mimo wszystko nie spodobało jej się to. Nim Luna zdążyła coś powiedzieć Ekko zniknął, a ona została sam na sam z resztą załogi, w której łaski musiała się wkupić. Spojrzała uważnie na Jinx. Ona stanowiła większą niewiadomą.
- Długo przebywacie już w tym miejscu? - zapytała nie bardzo wiedząc od czego zacząć rozmowę. Nie chciała też stać bezczynnie jak kołek. Musieli widzieć w niej coś więcej niż mięso armatnie. Oczywiście nim nie była, ale w ich oczach musiała uchodzić za nowicjuszkę.



Ekko

-Od kilku lat, ale tobie nie wróżę aż tak długiego pobytu w tym miejscu. - powiedziała Jinx śmiejąc się na cały pokój. - wymiękniesz albo skończysz w żołądku któregoś ze stworów. Co chwila ktoś się tutaj pojawia i każdy był mięczakiem. Tu nie ma miejsca dla laleczek szukającego darmowego domku. - ognistowłosa rozłożyła się na kanapie, kładąc nogi na stole. - Chyba, że nagle obudzisz się kamiennym golemem. Może w tedy coś ci pomoże. Prawda Malp? - uderzyła kamiennego stwora w rękę cały czas się głośno śmiejąc. Malphite jedynie mruknął coś pod nosem, nie przejmując się zachowaniem swojej wspólniczki. Kolejne uderzenie dłoni Jinx padło na stół. Malp ze spokojem patrzył jak jego cenny statek w butelce się rozsypuje, pozostawiając po sobie jedynie stertę patyczków w szkle.
Stwór od razu wybuchnął rykiem, rzucając w ścianę stołem. Jinx uchyliła się przed atakiem nie mogąc powstrzymać się od śmiechu.
***
-Viktor... - wyszeptała Sona spoglądając mi w oczy.
-Nie powinnaś używać mojego starego imienia przy innych, zwłaszcza przy nowych osobach. Wolałbym całkowicie o nim zapomnieć. - powiedziałem poważnie. Moja twarz szybko złagodniała. Nie potrafiłem się przy niej denerwować. Jej obecność na wszystkich działała kojąco i uspokajająco. Wystarczyło się jedynie wsłuchać w jej łagodny głos.
- Wybacz Viktorze. Wiesz, że nie lubię tamtego imienia. - na znak potwierdzenia kiwnąłem jedynie głową. - Udało mi się rozszyfrować wizje z ostatnich nocy. W lęgach na skraju lasów wyklują się młode i będą poszukiwały pożywienia. Jedna ze ścieżek pokazuje, że istnieje możliwość ataku na wioskę. Jest jeszcze jedna... Nie widzę dokładnie obrazu, ale to coś dobrego i złego zarazem. W czasie wizji czuję negatywną energię... Bądź czujny. - ledwie wypowiedziała ostatnie słowa.
-Dziękuję. - mruknąłem patrząc zamyślany w podłogę. Coś dobrego i jednocześnie złego... To mogło być cokolwiek. Mogło nawet dotyczyć Kenny. W tej sytuacji najlepiej było zaufać Sonie i jej przeczuciom. Sprowadzenie tutaj tej dziewczyny jej zdaniem jest czymś bardzo ważnym i wniesie wiele zmian do naszego życia. Jej przeczucia nigdy nie były błędne.
Podniosłem gwałtownie głowę słysząc huk w salonie. Jak zawsze musieli coś zrobić i Malp zaczyna rzucać meblami.
-Zanim do nich wrócę... - powiedziałem cicho - pozwolisz, że jej pożyczę. - zgarnąłem jedną z sukienek Sony, które leżały na jej łóżku. Dziewczyna nic nie powiedziała, ale w jej oczach widziałem zgodę.

Wyszedłem z pokoju Sony, pozostawiając wyrocznię samą w pokoju. Zatrzymałem tuż przed wejściem do salonu.
-Uspokójcie się. Jinx, nie prowokuj go. Malp, przestań rzucać meblami. To już piąty stół w tym miesiącu. Następnym razem dostaniesz ucięty pień drzewa. Może chociaż tego nie rozwalisz.
Jak na komendę wielkolud usiadł na ziemi, prychając coś pod nosem. Nie potrafił mówić, ale swoje emocje wyrażał niekiedy zbyt dosadnie.
-Mam nadzieję, że się nie przestraszyłaś. Nie są groźni, ale trzeba się do nich przyzwyczaić. - przewróciłem oczyma. Nawet dnia spokoju nie można mieć. - Poznałaś już ekipę, więc pokażę ci resztę kryjówki.
Szybko oprowadziłem dziewczynę po "domu", pokazując przy tym inne pomieszczenia jak moją "norę", w której były planowane wszystkie misje i strategie, łazienkę oraz pokój każdego z członków drużyny.
-Tutaj będzie twój pokój. - wskazałem na niezamieszkane pomieszczenie na końcu korytarza. - Jeśli czegoś potrzebujesz, możesz śmiało pukać do mojego pokoju i pytać o co chcesz. Na dzisiaj to tyle. Możesz się rozgościć i odpocząć. A tu coś na przebranie. - rzuciłem jej sukienkę, którą cały czas miałem w ręku.


Luna/Kenna

Ta mała prowokacja Rudej kompletnie nie zrobiła na niej wrażenia. Jeśli liczyła, że ją wystraszy zachowanie kamiennego stwora to grubo się przeliczyła. Takie kąski łykała na śniadanie. Ze spokojem obserwowała jak stół przelatuje przez połowę pokoju po czym ląduje na ścianie roztrzaskując się na miliony kawałeczków. Jedno musiała przyznać. Miał parę w łapach. Jinx specjalnie go prowokowała, czego Luna nie miała jej za złe. Sama pewnie w normalnych okolicznościach zachowałaby się podobnie. No może trochę bardziej okrutnie. Już miała usiąść i trochę odpocząć kiedy do pokoju ponownie wrócił kapitan. Rozmowa nie zajęła mu zbyt dużo czasu. Powiedziałaby nawet, że nie minęło nawet dziesięć minut. O czym ten idiota mógł rozmawiać z wyrocznią? Chyba nie o niej. Gdyby tak było i zostałaby zdemaskowana to na pewno mężczyzna nie dałby jej przebywać w tajnej bazie, a co dopiero żyć. Zawisłaby jako ozdoba na jednej ze ścian. Mogliby się chełpić, że pokonali największą złodziejkę tych czasów. Na listach gończych była podobnie rozchwytywana co Kayn. Z tą różnicą, że jej tożsamości nikt do tej pory nie poznał.
- To były bardziej popisy, nic czego bym się wystraszyła. Dzieciaki w wiosce ciągle to robią - uśmiechnęła się lekko. Tyle kłamstw ile przejdzie przez jej usta podczas pobytu tutaj chyba nie wypowiedziała przez całe swoje życie. Oglądając dokładnie wszystkie ściany, pokoje, wystroje wnętrz nie znalazła nigdzie kamienia. Oczywiście nie była aż tak głupia aby sądzić, że zostawią go na widoku. Na pewno jednak wyczułaby choć cień energii. Z żalem musiała przyznać, że Ory tutaj nie było. Czas coraz bardziej działał na jej niekorzyść. Z uśmiechem na ustach i bólem w sercu szła dalej. Była wściekła. Nic nie układało się tak jak powinno. Weszła do pomieszczenia, które Ekko nazwał norą. Nic wielkiego. Kilka szafek, łóżko, mapy i dziwny wystrój. Czego innego mogła się spodziewać po kryjówce wydrążonej w skałach? Ci ludzie mieli zerowe pojęcie o guście. Nie to jednak było przedmiotem jej zainteresowania, ale mapy. Może gdzieś kapitan zapisał położenie kamienia. Wystarczyłoby tylko przeszukać jego pokój i nie dać się złapać. Jak tylko znaleźć się w jego sypialni bez wzbudzania podejrzeń? Z burzą myśli szła dalej pozostałym pomieszczeniom pozostawiając mniej swojej uwagi. Gdy dotarli do drzwi, które prowadzić miały do jej pokoju pchnęła je lekko, a te ze zgrzytem się otworzyły. Powinna je naoliwić. Inaczej nie uda jej się wymknąć niepostrzeżenie.
-Dziękuję, że mnie przyjąłeś- zwróciła się do Ekko stając na progu drzwi. W locie złapała rzucaną sukienkę. Od razu można było zauważyć, że będzie bardzo dopasowana w niektórych miejscach. Skinieniem głowy podziękowała mężczyźnie. Wolała na razie zachowywać się w stosunku do niego z rezerwą. Coś jej się wydawało, że Kapitan mógłby być zbyt spostrzegawczy co nie sprzyjało do końca jej misji.



Ekko

Spojrzałem zdziwiony kiedy mi podziękowała. Nieczęsto zdarzało się słyszeć takie słowa od rekruta. Wiele osób nas szukało tylko dlatego, że byliśmy znani. Uważali, że walka z potworami to zabawa, dzięki której będą sławni we wszystkich wioskach. Ochrona ludzi była naszą misją, ale nie zależało nam na sile, jak wielu osobom się wydawało. 
-Przyjmiemy pod dach każdego, kto nie ma swojego miejsca. Nie musisz za to dziękować. Każda osoba z załogi to wyrzutek, który niejedno doświadczył w życiu. Głównie to nas ze sobą scala. Jesteśmy jak rodzina. - powiedziałem spokojnie. Przed oczami ukazała się moja siostra, kiedy byłem jeszcze dzieckiem oraz pierwsze spotkanie z Soną. Nawet jeśli te myśli były zyt bolesne, nie chciałem o tym nigdy zapomnieć. - Mam nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej niż większość naszych rekrutów. Jeśli będziesz chciała kiedyś poznać historię każdego z nas, wiesz gdzie możesz nas znaleźć. - mruknąłem z bladym uśmiechem.
Przegarnąłem włosy doprowadzając swoje myśli do porządku. Nie mogłem się rozpraszać w takim momencie. Instynktownie dotknąłem palcami swojej blizny na środku twarzy, która układała się w znak X. Nigdy nie zapomnę tego jak powstała i kto się do tego przyczynił. Była to moja jedyna pamiątka z tamtego tragicznego dnia.
-Prawie bym zapomniał. Sona przepowiedziała, że jutro niedaleko wioski wylęgną się potwory i będą poszukiwały pokarmu. W czasie misji będziesz ze mną, więc sprawdzimy twoje umiejętności. Za godzinę staw się w salonie, w tedy dopracujemy cały plan działania. Możesz się przebrać i odświerzyć. 
Posłałem jej ledwie widoczny uśmiech, znikając za drzwiami swojego pokoju, który znajdował się tuż obok. Zamknąłem za sobą drzwi wzdychając ciężko. 
Coraz bardziej męczyły mnie myśli i wspomnienia z przeszłości. Gdyby nie nasza misja, już dawno bym się w tym zatracił i zapewne zwariował. Kiedyś na pewno to nastąpi, jednak wcześniej muszę zniszczyć Kayna, który był sprawcą mojego nieszczęścia. Miałem zamiar pomścić swoją ukochaną siostrę oraz uwolnić od niego świat. Był jedyną osobą, która zasługiwała na śmierć. Kiedy w końcu staniemy twarzą w twarz, to właśnie ja będę tym, który zada mu ostatni cios. Od tak dawna czekałem na ten moment. Ale to jeszcze nie był ten czas. Najpierw musiałem ochronić przed nim Orę. Nadal miał część jej energii, więc walka nie była zbyt sprawiedliwa. Jeśli jeszcze trochę będę cierpliwy, moc kamienia całkowicie zniknie z niego ciała a ja będę mógł dopełnić swoje plany.

piątek, 23 listopada 2018

Nowe KP :3

OPOWIADANIE 5

Ekko

Kapitan samozwańczej drużyny, która na własną rękę chroni świat przed dziwnymi stworami, zyskując po drodze coraz większą ilość wrogów. Będąc jeszcze nastolatkiem, po śmierci ukochanej siostry uciekł z domu, aby rozpocząć nowe życie. Poszukiwał takich samych wyrzutków jak on, którzy są w stanie zaryzykować wszystkim, aby zostać odkrytym przez świat. Mimo, że przez jego bazę przewinęło się wielu rekrutów, jednak niewielu zostało na dłuższy czas. Po wielu latach wyrósł na spokojnego i opiekuńczego, acz niebezpiecznego mężczyznę. Najlepiej ze swojej drużyny potrafił ocenić niebezpieczeństwo i wiedział, na ile może sobie pozwolić, aby nie narażać swojej załogi, która się stała dla niego równie ważna jak rodzina. Jego ciało zdobi wiele blizn, które opowiadają różne historie. Nie raz Ekko otarł się o śmierć, jednak wiedział, że robi to w słusznej sprawie. Nawet jeśli od dnia narodzin spisywano go na straty, wie, że teraz może chronić innych. /jego imię dla innych pozostaje nieznane. Ci, którzy kiedykolwiek o nim słyszeli ochrzcili go imieniem "Ekko". Razem z drużyną znikał równie szybko jak się pojawiał, pozostawiając po sobie jedynie echo pomiędzy rozmowami innych ludzi. Obecnie jego najważniejszym zadaniem jest ochrona Ory - tajemniczej energii, którą tylko jedna osoba może wykorzystać w złych celach. Nikt nie wie jak kontrolować tą naturalną energi. Jedno jest pewne, jest niebezpieczna.

Luna
Kim właściwie była Luna? Co znaczyła dla otaczającego ją świata? Czy istniał na Ziemi ktoś kto mógłby ją zaakceptować? Nie pamiętała swojej rodziny, życia, ani prawdziwego imienia. Mając dziesięć lat została znaleziona przez (wstaw imię złego) kiedy błąkała się zapomnianymi ulicami miasta, na których żyli najbardziej plugawi przedstawiciele rodzaju ludzkiego. Przygarnął ją i nauczył wszystkiego co sam potrafił. Wychował jak własną córkę... Przynajmniej tak na początku patrzyła na to co ich łączyło. Wspólne treningi, nauka sztuk walki, strzelania z pistoletów, oraz nawigacja. To dzięki niemu stała się tym kim stała. Najlepszą złodziejką wszech czasów. Nikt nigdy nie odkrył jej tożsamości. Pozostawała nieuchwytna, a z biegiem czasu zyskała nowy przydomek. Luna... Przylgnęło do niej to imię jak nowa skóra, otoczka ochronna. Zastanawiacie się czemu akurat taka nazwa? To dziecinnie proste. Dziewczyna działała wraz z udziałem księżyca i tylko wtedy. Wykradała dla swojego opiekuna wszystko czego potrzebował, a z każda nowa misja była trudniejsza od poprzedniej. Nie wiedziała nawet kiedy zaczęła czuć coś do tego czarnowłosego mężczyzny, który okazał jej tyle serca. Oczywiście nie każdy dzień był kolorowy i udany. Bywała surowo karana, można by rzec bardzo surowo. Wierzyła jednak, że (wstaw imię) robił to tylko po to aby stała się silniejsza. Teraz czekała na nią nowa misja i nie chciała w żaden sposób zawieść.

piątek, 7 września 2018

Medżik

Lamila

-Przeklęty mag - zaklęłam pod nosem, po raz kolejny szarpiąc drzwiczkami ptasiej klatki, w której zostałam uwięziona. Nie wystarczyło mu, że zrobił ze mnie bezużyteczną wróżkę, jeszcze musiał mnie uwięzić w lochach w miniaturowej klatce. To był zdecydowanie najgorszy dzień mojego życia.
Przecież wszystko szło już tak gładko. Miałam jedynie odebrać mu głupi pierścień. To nie tak, że na zawsze. Jedynie zabrałabym odrobinę magii i bym go oddała. Artefakt ani trochę nie był mi potrzebny, interesowała mnie jedynie jego moc. Ale niee... ten buc nie mógł posłusznie iść spać po zażyciu środków usypiających. Musiał poczuć jak zdejmuję z jego palca pierścień i zmienić poje piękne ciało w to... Beznadziejne coś! Nic dziwnego, że nikt nie brał wróżek na poważnie, nawet jeśli miały być opiekunkami i strażniczkami cennych rzeczy oraz przewodniczkami dla magów "szczęściarzy", z którymi się związały. W rzeczywistości były małe i do niczego się nie nadawały.
Eh, a moja magia w dalszym ciągu nie była zbyt silna. Nie byłam w stanie otworzyć zaczarowanego zamka, nie mówiąc już o odwróceniu tak potężnego zaklęcia jak zmiana kształtu...  Nie miałam jednak zamiaru tutaj utknąć na wieki.
Nastroszyłam szpiczaste uszy słysząc zbliżające się kroki. Uśmiechnęłam się z nadzieją, że ten pajac zmienił zdanie i postanowił mnie stąd chociaż uwolnić. Niestety uśmiech ten szybko opadł. Przed celą pojawił się jedynie jeden z zaczarowanych żołnierzy, który wrzucił do środka jakiegoś faceta. Widać nie byłam jedyną osobą łasą na jego majątek, skoro tutaj wylądował. Spokojnie odczekałam aż magiczna kupa żelastwa odeszła, dokładnie zamykając za sobą drzwi celi. 
-Kto by pomyślał, ktoś jeszcze oprócz mnie tutaj utknął. - uśmiechnęłam się pod nosem spoglądając na nieszczęśnika. - Potężny czas rzucony na zamki, nie łatwy do złamania. - mruknęłam, Najwidoczniej oboje utknęliśmy w tym miejscu. Nie miałam w zwyczaju spoufalać się z innymi, ale nie miałam zamiaru się tutaj zanudzić na śmierć. Oprócz strażników, którzy przynosili raz dziennie jakiś nędzny posiłek, od paru dni nikogo tutaj nie widziałam. Ten bogaty burak nie był zbyt miły, więc pewnie nie miał zbyt wielu znajomych. 
-Czym takim mu podpadłeś, że cię tu zamknął? Nie wyglądasz mi na jego "przyjaciela", albo kogoś, kto chciał dobić z nim układu. - Usiadłam na samej krawędzi ptasiej klatki tak, że moje nogi swobodnie zwisały w dół poza nią. - Czyżby złodziejaszek? - zaśmiałam się cicho pod nosem. Był w ubrany w ciemny płaszcz. Takich byłam w stanie wszędzie poznać. - Facet raczej nie jest zbyt chętny, aby dzielić się swoim majątkiem z innymi.


Simon

Stęknął cicho uderzając całym ciężarem swojego ciała o ziemię. Nie mógł powiedzieć, że było to miękkie lądowanie, ale przecież o to mu chodziło. Dostał się do środka, a więcej mu nie było potrzebne. Podniósł się ciężko rozglądając się dookoła. Jedno wąskie łóżko, mała toaleta do załatwienia najpilniejszych potrzeb i klatka dla ptaków. To było całe wyposażenie jego celi. Zmarszczył nos. Mimo "względnych" warunków w jego nowym lokum, zapach nie był najlepszym i najwykwintniejszym zjawiskiem jakiego doświadczył. Roztarł obolałe miejsce w klatce piersiowej. Przez chwilę zdawało mu się, że słyszy jakiś głos, ale myśląc, że to jego wyobraźnia szybko o tym zapomniał. Po pierwsze musiał się stąd wydostać. Więzienie było odporne na czary. Od razu to wyczuł. Nikt nie był jednak na tyle sprytny aby przeszukać kieszenie złapanego "człowieka". Simon posiadał przy sobie osobliwy kryształ. Pokazywał on dokładnie to czego jego właściciel w danej chwili naprawdę potrzebował. Simon wiedział czego w tym momencie najbardziej pragnął. Zemsty... Ale to nie ten człowiek i nie w tym domu miało się dokonać jego przeznaczenie. To był dopiero zalążek. Ponownie usłyszał cichutki głosik więc z większą uwagą rozejrzał się dookoła. Dostrzegł (ku swojemu zirytowaniu), że nie jest sam. Cóż mogła zawinić wróżka wielkości jego palca?
-Nie musi cię to interesować. Siedzisz tu zamknięta i liczysz na ratunek, a może na łaskę swojego nowego pana?- uśmiechnął się kpiąco. Widać było, że wróżce nie podoba się zaistniały stan rzeczy. Uśmiechając się lekko Simon usiadł na SWOIM nowym posłaniu. Nie byłoby trudno się stąd wydostać jednak ucieczka pierwszego dnia wydałaby się zbyt podejrzana. Poza tym nie miał w posiadaniu jeszcze tego czego szukał. Magii ani mocy nie potrzebował. Jego celem był magiczny artefakt. Nie istniał lepiej poinformowany człowiek niż ten, którego był "gościem". Dwa, trzy dni i będzie wolny. Zaklęcie trzymające zamki było dosyć proste.
- A ty nie wyglądasz na wielką złodziejkę. Co CIEBIE tu sprowadza? - specjalnie zaakcentował to jedno słowo aby rozzłościć wróżkę. Miał zbyt dużo czasu do zabicia, a noc wydawała się zbyt długa aby miał ją spędzać w nudzie.



Lamila

Prychnęłam pod nosem kiedy TEN KTOŚ mnie zignorował. Może i nie mierzyłam zbyt wiele, ale nadal tutaj byłam! Nikt nie dał mu prawa do ignorowania mnie!
Prychnęłam pod nosem kiedy w końcu mnie zauważył i rozsiadł się na łóżku, a przynajmniej tym czymś, co miało imitować owy mebel. Zatrzęsłam niewielkimi skrzydełkami od poirytowania. Czemu akurat do tego miejsca musiał trafić facet? Brzydził mnie ten... wybryk natury. Byli jedynie pomocni w tym, aby dawać się okraść. Do niczego innego się nie nadawali. A jednak jakoś musiałam przeżyć jego towarzystwo. Sama nie byłam w stanie się stąd wydostać, ale on tak. Nie trudno było dostrzec kryształ w jego ręku. Wystarczyło go jedynie podejść, aby chciał mnie stąd uwolnić. Później pójdę w swoją stronę. Moja moc nadal była słaba, potrzebowałam więcej. O wiele więcej.
-Lepiej zważaj na słowa chłoptasiu. Okradłam już dziesiątki magów polując na magiczne artefakty. W tym wypadku też niewiele mi brakował. - mruknęłam pod nosem. - Już miałam Pierścień Mandragory w swoich rękach. Gdyby tylko nie to jedno przeoczenie... Nie utknęłabym w ciele głupiej wróżki i polowałabym już na następnego głupka. - mruknęłam bardziej sama do siebie, głośno myśląc. Spojrzałam na "gościa" niezadowolonym wzrokiem, niech wie, że jego towarzystwo wcale nie ułatwia mi pobytu tutaj.
-Niech wygląd cię nie zmyli... Od lat studiuję księgi z istniejącymi artefaktami i jeszcze łatwiej te artefakty znajduję. Magiczne świecidełka, które można z łatwością wytropić po drugiej stronie półkuli. - prychnęłam pod nosem pewna swojego. Odnalezienie ich było proste jeśli na pamięć znało się każdą z ksiąg. Jako służką u króla często się wymykałam, aby w tajemnicy czytać księgi w królewskiej bibliotece. To właśnie z Zakazanych Ksiąg dowiedziałam się jak wykradać magię, a to, że nigdy mnie nie zauważono przekonało mnie, że z wykradaniem artefaktów również sobie poradzę. Czy je oddam czy nie, to było bez znaczenia. Liczyła się magia.
Wytropienie ich właścicieli? Łatwizna. Z wiedzą nawet zaklęcia tuszujące nie były w stanie sobie poradzić. Jednak zdobycie ich nie było już takie proste. Najczęściej musiałam zbliżyć się do tych oblechów i jakość ich uwieść, żeby móc zdobyć to, co chcę. Najgorsze przeżycia jakie musiałam kiedykolwiek doświadczyć...
-A ty to zgaduję "wielki czarodziej"? - powiedziałam z lekką ironią w głosie. - Chyba nie jesteś zbyt silny, skoro musisz się wspomagać czymś takim jak Kryształ  Ioni. - uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem wskazując na miejsce, gdzie wcześniej ukrył kamień. - Pasożytniczy kamień z mocnego kruszca, który pokazywał to, czego potrzebujesz. Z tym, że nie należy do ciebie... Kolor kryształu wskazuje na to, że jego właściciel jest daleko i to na nim kamień nadal pasożytuje. Jest przywiązany do swojego prawdziwego właściciela. Niestety magiczny potencjał kryształu nie jest zbyt duży, więc nie jest zbyt wiele wart... - odpowiedziałam bez problemu rozpoznając artefakt. Był to jeden z tych, od których najlepiej się trzymać jak najdalej. Lubi pasożytować na siłach życiowych innych, mocno się przywiązując do "właścicieli", dając ciągłe nadzieje, że bez kryształu nie mogą żyć. Mało magiczne i niebezpieczne. Ani trochę mnie nie interesowały. Niby kamień był daleko od właściciela, a jednak nie chciał go zmieniać na kogoś innego. Widocznie stojący przede mną mag nie był tak silny na jakiego wyglądał. Jeśli w ogóle da radę się stąd wydostać...


Simon

Irytujący dźwięk wydobywających się słów z ust małej wróżki nie dawał mu spokoju. Miał ochotę wywrócić oczami aby jasno dać jej do zrozumienia co o niej myśli. Podłożył ręce pod głowę starając się skupić na swoim planie. Jego mała towarzyszka miała dziwną manię chwalenia się swoimi dokonaniami, które wcale nie były tak ogromne jak myślała. Każdy mógł wykradać magię oraz artefakty. Każdy mógł stać się znawcą jeśli miał dostęp do odpowiednich ksiąg. Nie każdy jednak zdobytą moc potrafił okiełznać. Widział już takich, którzy zapatrzeni w swoje możliwości zatracili się w pożądaniu coraz to większej mocy. Nie interesowało go jednak co działa się z tymi ludźmi czy też istotami magicznymi. Spojrzał w stronę kamienia, który ukrył starannie pod posłaniem i parsknął śmiechem. Nie mógł się wprost powstrzymać.
- Zbyt szybko wyciągasz wnioski moja mała przyjaciółko. - wypowiedział te słowa z nieskrywanym sarkazmem. Wcale nie potrzebował kamienia do celów magicznych. Doskonale wiedział, że kamień jest przywiązany do kogoś innego, a nawet do kogo. Wiedział też, że dzięki kilku zaklęciom zdoła tego człowieka odnaleźć i wskazać jego miejsce pobytu. To była jego karta przetargowa. Za głowę tego osobnika wyznaczono sporą nagrodę.
- Mała, powinnaś częściej trzymać zamkniętą buzię. Nie znalazłem się w tej celi przypadkiem, nie to co ty najwyraźniej. - nie zamierzał zdradzać jej swoich planów. Wiedział o artefaktach wszystko co musiał poza jedynym. Dokładne miejsce położenia... Ciągle musiał tracić zarobione pieniądze, a może raczej skradzione, u informatorów. Uniósł jedną brew na wieść, że dziewczyna studiowała miejsca ich położenia. Nie tym jednak powinien się jednak zajmować.
- Widzę, że nam obojgu równie bardzo nie odpowiada obecne towarzystwo. Pozwól więc, że w ciszy poczekam na to co przyniesie los. - mówiąc los miał oczywiście na myśli właściciela owego przybytku. Prędzej czy później to nastąpi. W końcu prowadził z nim zeszłego wieczora dosyć burzliwą rozmowę. A może miało to miejsce kilka godzin temu? Stracił gdzieś poczucie czasu. Westchnął cicho rozciągając swoje obolałe ciało. Strażnicy nie obeszli się z nim zbyt łagodnie usłyszawszy jasne polecenia swojego pana i władcy. Ser Rickon był wściekły usłyszawszy wiadomości o swoim "zmarłym" starszym bracie, który nie do końca okazał się bym martwy. Wieści o człowieku, który mógł pozbawić go tytułu i pieniędzy. Na miejscu Ser Rickona sam by się obawiał. Jak głosiły plotki jego brat miał nie umrzeć śmiercią naturalną. Simon przeprowadził mały rekonesans zanim podjął się zdobycia magicznego artefaktu. Wszystko w jego życiu musiało być dokładnie zaplanowane. Nic nie pozostawiał przypadkowi.
-O... I nie łudź się, że będę się powstrzymywać bo jesteś kobietą. A może nie jesteś. Nigdy nie można ufać czarom. - uniósł jeden kącik ust ku górze. Miał na myśli oczywiście toaletę czego nie omieszkał dodać po chwili. Przeciągnął się aż do momentu gdy usłyszał satysfakcjonujący trzask w plecach. W celi było nieznośnie ciepło, jakby ktoś specjalnie rozpalił ogień w kominku. Problem w tym, że żadnego kominka nie było. Bez skrępowania zrzucił z siebie długi płaszcz, z którym się nie rozstawał, a zaraz za nim poleciała postrzępiona koszulka. Wszystko wylądowało na podłodze obok łóżka. Ani trochę nie przejmował się swoją nagością, choć przecież nie rozebrał się do końca. Z cichym westchnieniem zamknął oczy rozkoszując się tą jedną chwilą odpoczynku.


Lamila

Prychnęłam jedynie pod nosem. Nie miałam zamiaru dalej rozmawiać z kolejnym bucem. Jak widać nawet osoby "po fachu" były takie same. Wszyscy faceci byli tacy sami. Nic nie warci.
-Lepiej zważ na słowa chłoptasiu. - powiedziałam nerwowo ruszając skrzydełkami, które przesz szybkie poruszanie wydały z siebie dźwięk podobny do cichych dzwonków. - Jak widać przyszło mi do znoszenia towarzystwa kolejnego zboczeńca. - prychnęłam. Tylko o tym potrafili myśleć. Nie ważne jakiego faceta spotkałam na swojej drodze, czy był bogaty, czy też biedniejszy od ulicznej myszy, myśleli o kobietach jedynie jak o rzeczy, którą można było oglądać i obmacywać. Ci bogaci w szczególności myśleli, że kobiece ciało można było łatwo kupić. To było ich największą słabością. Obrzydliwą, ale skuteczną.
Kolejny przemądrzały buc. Ha, myślał, że jest aż tak inteligentny. Może i był złodziejem, ale zachowaniem ni odstawał od zadufanych w sobie bogaczy. Nie wiedział jak to jest wieść tragiczne życie i próbować odbić się od dna. Musiałam pracować w królewskim zamku za nędzne grosze, które i tak nie wystarczały mi nawet na życie. Dlaczego? Bo niemagiczna istota nie była do niczego potrzebna! Wzięli mnie, bo moi rodzice błagali o to na kolanach. Oczywiście nasz "wspaniały władca" w końcu się na to zgodził, aby pokazać jak bardzo jest łaskawy zatrudniając kogoś, kogo nikt nie chciał jako pracownika. Szkoda tylko, że nie wspomniał, że będę zarabiać kilka razy mniej od innych. Dla rodziny zawsze byłam hańbą, a rodzice i siostra wstydzili się przed innymi, że jako jedyna urodziłam się bez magicznych zdolności. Nie ważne jak się starałam, Anya i jej przecudowna magia były lepsze ode mnie. Ją posłano do szkoły magów, bo uznano że ma przeogromny talent, a ja nadal musiałam robić w zamku! Zdobyłam magię dla nich. Żeby w końcu mogli powiedzieć, że są ze mnie dumni i mogli powiedzieć, że się do czegoś nadaję. Do czegoś więcej niż sprzątanie zamku. I co usłyszałam? że nie chcą mnie znać! Przyniosłam wstyd całej rodzinie zdobywając magię! Co z tego, że pochodziła z kradzionych artefaktów? Nikt by mi jej nie dał w prezencie. W końcu zrozumiałam, że powinnam to zrobić dla siebie. Nie mogłam żyć jak robal, którego inni we mnie widzieli, bo byłam inna. Z własnej winy taka się nie urodziłam. Zawsze mówiono, że jestem tą gorszą wersją mojej siostry! Niepunktualna, roztargniona, bez magicznego talentu. Nie ważne co zrobiłam, każdy musiał mi przypomnieć, że Anya dzięki magii zrobiłaby to lepiej! Nienawidziłam jej równie mocno jak swoich rodziców.
Złożyłam ręce gwałtownie siadając na podłożu klatki. Na chłopaka nawet nie spojrzałam. Jakbym nigdy nie widziała męskiego ciała... Spotkałam dziesiątki magów o wiele przystojniejszych niż on. Nawet z urody nie był wyjątkowy.
Jedyną niesprawiedliwością był rozmiar więzienia. On miał do dyspozycji całą celę, a ja nędzną ptasią klatkę. Przez te głupie skrzydła nawet nie miałam zbyt wiele miejsca, aby się poruszyć.


Simon

-Spokojnie Mała... Nawet przez myśl mi nie przeszło aby chociażby cię dotknąć. - parsknął śmiechem jakby przed chwilą usłyszał doskonały dowcip. Nawet gdyby była w odpowiednich rozmiarach nie chciałby się z nią chociażby całować. Intrygował go jej wybuchowy charakterek, ale nic poza tym. Było w niej więcej jadu niż słodyczy, którą tak lubił w kobietach. Mała wróżka wyglądała na niepocieszoną zaistniałym faktem. Siedziała w małym więzieniu i ewidentnie nie potrafiła się z niego wydostać. Miał nawet pewność, że nie miała na to najmniejszego pomysłu. Zboczeniec... Też obelga... Nigdy nie zmusił do niczego żadnej kobiety. Był znany ze swoich zdolności, a żadna kobieta nie wyszła z jego łoża nieusatysfakcjonowana. Poza tym co mógł zrobić z kobietą rozmiarów okruszka? Nie wiedząc nawet kiedy zapadł w spokojny sen w akompaniamencie dzwoniących skrzydeł. Ile czasu upłynęło odkąd zamknął na chwilę oczy? Godzina, dwie... A może i minęła cała noc? Obudziło go dzwonienie kluczy i echo kroków na korytarzu. Ser Rickon nie był cierpliwym człowiekiem. Simon leniwie podniósł się ze swojego posłania i podniósł z ziemi ubranie, które powoli znalazło się z powrotem na jego ciele. Ziewnął przeciągle. Mała wróżka również musiała usłyszeć zbliżających się ludzi. Uśmiechnął się na widok jej zbolałej miny. Była mu całkowicie obojętna, ale znała położenie (podobno) wszystkich artefaktów, a mu był potrzebny kolejny. Miał ambitny plan.
-Jeśli chcesz wrócić do dawnej postaci i wydostać się z tego miejsca, możemy zawrzeć pewien układ. Oczywiście nie ma nic za darmo. - nie czekał na odpowiedź. Zwrócił się twarzą do wyjścia z celi spoglądając w ponure oczy jednego z strażników. Był niezbyt wysoki, a raczej okrągły. Wystarczyłby jedno zaklęcie, a leżałby na ziemi błagając o litość. Obok niego stał oczywiście Sir Rickon. Dystyngowany, ubrany w najlepsze szaty o ciemno brązowych włosach i zagubionym błękitnym uśmiechu. Był raczej młody i obawiał się, że straci swoją pozycję tak szybko jak ją zdobył.
- Jestem skłonny przyjąć twoją ofertę - szczękę miał mocno zaciśniętą gdy wypowiadał te słowa. Simon nie był ani trochę zaskoczony. Jego oczy emanowały spokojem i opanowaniem. Wszystko szło zgodnie z planem.
-Oddam ci swój pierścień kiedy wywiążesz się ze swojej części umowy. - Sir Rickon niemal wypluł te słowa. Widać było, że nie chciał rozstawać się z magicznym artefaktem. Jednak widmo utraty wszystkiego co posiadał było większe. Pierścień podnosił jego status jednak mężczyzna nie potrafił korzystać z magii w nim zawartej.
- Lasy Veroli... Dokładne miejsce podam kiedy mnie stąd wypuścisz, a pierścień trafi w moje ręce. Lasy Veroli były rozległym miejscem. Odszukanie jednego człowieka w tej puszczy graniczyło z cudem. Żądania Simona ewidentnie nie przypadły do gustu mężczyźnie. Najprawdopodobniej zamierzał go tu zostawić po otrzymaniu potrzebnych informacji. Simon nie był jednak na to aż tak głupi. Nie spuszczał bystrych oczu z Sir Rickona. Decyzja teraz należała do niego, a Simon wiedział, że i tak zdobędzie ten pierścień. Tylko od tego człowieka zależało czy będzie musiał posunąć się do bardziej brutalnych środków.


Lamila

Nie mogłam usnąć nawet na chwilę, cały czas rozmyślając. Nie wiedziałam co robić. Potrafiłam zdobywać zioła, robić leki, tworzyć mapy i korzystać z tego, co mnie otaczało. Właśnie to nauczyło mnie życie kiedy nie miałam do dyspozycji żadnych magicznych mocy. Musiałam sobie radzić z tym co mam. Do tej pory się to przydawało, bo moje moce były słabe. Nie ważne ile pochłonę mocy, nadal będę słaba. A w chwili obecnej nawet nie miałam do dyspozycji przedmiotów, które ułatwiłyby ucieczkę. Wykorzystanie kamienia, którym była wysłana cela do otworzenia zamka? Proste. Ale ściana była zbyt daleko. Klatka zbyt gładka, bez elementów do oderwania. Utknęłam tu na wieki. A mag nie był zbyt zainteresowany moim losem kiedy mnie tu wrzucił.
Poruszyłam spiczastymi uszami i zerwałam się na nogi słysząc nadchodzące kroki. Nie przyszli po mnie, ale może uda mi się coś zdobyć. Coś, co ułatwi mi ucieczkę.
Przewróciłam oczami kiedy mój współlokator się obudził. Wolałam go śpiącego, przynajmniej nie musiałam oglądać jego gęby.
Małe uszka zadrżały kiedy się odezwał.
Myśl, że miałabym wchodzić z nim w układy mnie nie pocieszała. W normalnych warunkach od razu bym odmówiła. Ale czy miałam wybór? Zwyczajnie wykorzystał moją obecną pozycję i fakt, że jestem w zamknięciu. Ale z drugiej strony nie chciałam tutaj zostać i powoli umierać z głodu. Nie było to pocieszające, ale jedna rzecz za wolność i dawną formę to nie było wiele. Sama sobie nie poradzę. Kiedy zrobię swoje, rozejdziemy się w różne strony i znowu będę polować na bogatych magów, którzy ślinią się na widok kobiecej nogi.
-Niech będzie - powiedziałam cicho, ledwie słyszalnie. Właściwie z niezadowoleniem wyrzuciłam te słowa z gardła. To tylko jedna rzecz... Na pewno jakoś sobie poradzę.
Przykucnęłam z uwagą przyglądając się zaistniałej sytuacji. Kiedy uważniej przyjrzałam się właścicielowi Pierścienia Madragory, był nawet przystojny. Może gdyby nie traktował kobiet jak przedmiotów, mogła bym nieco dłużej się z nim pobawić w kotka i myszkę i wyrwać z jego rąk jeszcze więcej magii.
O stałym związku, a nawet przelotnym romansie nie myślałam nigdy. Partner byłby jedynie przeszkodą w realizowaniu planów. I tak wystarczająco się przekonałam o tym, że nikt nie chce "wybrakowanej" partnerki. Kiedy rodzice po wielu miesiącach w końcu znaleźli mi narzeczonego, który zgodził się wziąć mnie za żonę. Musiałam nieustannie wysłuchiwać jak musieli go błagać i oddać połowę majątku, aby tylko przyjął ich propozycję. Według nich był taaaaki biedny, bo jego przyszła żona nie posiada magii, ale tylko tak do czegokolwiek się przydam. Chcieli zrobić ze mnie domową niewolnicę, żebym jeszcze bardziej nie zbrukała rodzinnego nazwiska. To, że mój przyszły narzeczony był pryszczatym grubasem nikogo nie interesowało. Ważna była jedynie godność rodziny.... Zamienienie tego "biedaka, który ze mną będzie żył" w głupiego kurczaka było jedną z najprzyjemniejszych rzeczy jakie w życiu zrobiłam. Pewnie tak słabe zaklęcie nie trwało zbyt długo, ale satysfakcja została.


Simon

Wiele sprzecznych emocji pojawiło się na twarzy Sir Rickona. Wiedział, że został pokonany. Nie pozostało mu nic innego jak przyznać się do porażki. Simon obserwował drgający mięsień na jego policzku, a chwilę później mógł rozkoszować się brzdękiem kluczy wsadzanych do kłódki i skrzypieniem kraty otwierającej się tak jak to sobie zaplanował. Uśmiechając się kącikiem ust wyciągnął rękę w stronę mężczyzny.
-Oboje nie chcemy stać tutaj w nieskończoność. Oferta podskoczyła. Wraz z pierścieniem chcę tą wróżkę. Tobie i tak nie jest potrzebna - powiedział wyraźnie. Nie zamierzał pozostawić nawet tego faktu przypadkowi. Wpatrywał się długo w oczy mężczyzny, jego głos był hipnotyzujący, a w każde wypowiedziane słowo wplatał odpowiednią ilość magii. Mógł to zrobić już wcześniej, ale lubił poczuć dreszczyk emocji na plecach. Miał wtedy wrażenie, że cofa się do starych czasów. Z jednej strony nie chciał ponownie, za żadne skarby świata znaleźć się z powrotem w swoim starym życiu, a z drugiej czasami odczuwał dziwne wrażenie, że za czymś tęskni. Szybko wyrzucił te myśli ze swojej głowy.
-Mnie i tak nie jest ona potrzebna...- powtórzył jak echo Sir Rickon ściągając jednocześnie artefakt ze swojego palca. Simon złapał klatkę z wróżką w jedną rękę, a pierścień schował do pustej kieszeni i jak gdyby nigdy nic wyszedł na wolność.
-To czego szukasz znajdziesz w starej chacie na południe od zachodniego królestwa. Na pewno nie przegapisz - zdobycie tego pierścienia było o wiele łatwiejsze niż odebranie dziecku kawałka chleba. Już dano mógł znaleźć się w karczmie gdyby tylko przestał odgrywać teatralne szopki i zabrał to czego potrzebował. Czy pierścień był mu niezbędny? Ciężko było odpowiedzieć na to pytanie. Potrzebował kilku artefaktów, które zamierzał zniszczyć. To było jego celem. Nie interesowała go magia w nich zawarta, a czuł, że jest potężna. Chciał się ich pozbyć, aby nikt nie mógł ich posiąść, zwłaszcza, ktoś kto nie był w stanie kontrolować tak wielkiej mocy. Z wróżką pod ramieniem wyszedł z wielkiej posiadłości. Gdyby tylko Sir Rickon miał na swoich usługach jakiegoś maga, albo chociaż władał odrobiną magii. Wtedy nie dałby tak łatwo się zachipnotyzować.



Lamila

Z uwagą przyglądałam się wydarzeniom. Poszło mu zbyt łatwo. Oczywiście... magia. Użył zaklęcia hipnotyzującego i od tak się uwolnił zdobywając co chciał. To był jakiś żart. Czy w tym durnym świecie liczy się jedynie magia? Bez niej nikt nie był w stanie sobie poradzić. Może i życie bez magii nie było proste, bo nad wieloma rzeczami trzeba było się napracować, ale wiele potrafiło nauczyć. Ktoś taki jak on nigdy by nie zdobył takich doświadczeń. Bez magii był niczym, tak jak i reszta tego nic nie wartego świata.
Najbardziej denerwowało mnie to, że to właśnie on zdobył pierścień. On należał się mnie! Pierwsza go upatrzyłam i jako pierwsza zaczęłam na niego polować! Zgromadzona w nim energia powinna już od dawna być w moich rękach. Napracowałam się, aby zdobyć tą durną błyskotkę a on to dostaje od tak, bez większego wysiłku. Nawet nie wie jak trudno było go uwieść i upić. A to wszystko dla pierścienia! Mam nadzieję, że w czasie snu go połknie i się nim udławi.
-A teraz mnie wypuść. Mam już dosyć tej ciasnej klatki. - prychnęłam niecierpliwie kiedy byliśmy już poza murami posiadłości. Spędziłam tutaj zbyt wiele godzin i miałam już dosyć. Teraz już wiem jak czują się te wszystkie wróżki zamykane w ciasnych klatkach.
-Lepiej żebyś potrafił zdjąć to zaklęcie przemiany, w przeciwnym razie nie licz na współpracę. Chcę odzyskać swoje dawne ciało. - powiedziałam stanowczo. Oby wiedział jak to zrobić. Jeśli celowo będzie przeciągał żeby mnie wykorzystywać, osobiście nazbieram ziół żeby go zabić. - I mów po co jestem potrzebna takiemu zboczeńcowi jak ty... - mruknęłam, spoglądając na niego kątem oka. W końcu nie powiedział po co chciał mnie ze sobą zabrać. Na litościwą osobę, która z litości chciała uwolnić biedną wróżkę również nie wyglądał.
Mimowolnie sięgnęłam ręką do sakiewki przyczepionej do uda. Na szczęście mój miecz nadal tam był. Nie wyciągałam go, póki nie był potrzebny. Jedyny problem był taki, że skurczył się również ze mną. Zdobyty wraz z jednym z artefaktów Miecz Dorana był teraz wielkości wykałaczki... Należał do tych z pasożytniczych, które dawać moc, powoli odbierały życiowe siły właściciela, aby samemu się posilić. Przynajmniej był bardzo przydatny w walce. Albo w samoobronie, kiedy śliniące się oblechy chciały się ze mną "zabawić".


Simon

Szedł niespiesznym krokiem w kierunku lasu. Ostatnio w okolicy coraz częściej pojawiały się żołnierskie patrole wysłane przez samego króla. Wiedział, że go poszukują. Okradł samego władcę, więc jego twarz musiała widnieć na liście gończym. Ostatnimi czasy udawało mu się jednak zręcznie omijać wszystkie zastawiane pułapki. Pytanie na jak długo? W patrolach brali udział doskonale wyszkoleni magowie. Z jednym miałby jakieś szanse, ale jeżeli zostanie otoczony to nie wróżył sobie szczęśliwego końca. Lasy były bezpieczniejsze pod względem ucieczki. Łatwiej było się schować, stworzyć kryjówkę i przede wszystkim przetrwać. Zerknął na klatkę i roześmiał się cicho.
-Myślisz, że urodziłem się wczoraj? Otworzę klatkę, a ty wyfruniesz i znikniesz nim zdążę wypowiedzieć choćby słowo. Poza tym gdy jesteś w tej postaci jestem bezpieczniejszy. Kto wie czy w nocy nie poderżnęłabyś mi gardła? - w rzeczywistości nie miał zamiaru zbyt szybko jej przemieniać. Nie dopóki nie odnajdzie dla niego pozostałych artefaktów. Chociaż... Może jeśli będzie dobrze się sprawować zmieni swoją decyzję.
- Mała... Nie masz co się obawiać. Gdy na ciebie patrzę nie mam ochoty nawet cię pocałować...- mruknął zniecierpliwiony. Znali się niecały dzień, a już został nazwany zboczeńcem. Niewiele go to obeszło, ale wolał nosić miana na które sobie zasłużył. Złodziej, kłamca, a nawet morderca, ale nigdy zboczeniec. Wszedł między drzewa uważnie nasłuchując.
-Z łaski swojej teraz się zamknij. Nie chce słyszeć nawet dzwonienia skrzydeł- tego mu brakowało aby dać się złapać przez tę irytującą istotę. Gdyby nie potrafiła wytropić magicznych przedmiotów to nawet nie traciłby na nią swojego czasu. Gałęzie i pożółkłe liście chrzęściły mu pod stopami. Dzień już dawno minął, a słońce schowało się za horyzontem. Jedyne światło, jakie mieli, rzucał księżyc. Nie zamierzał rozpalać ogniska mimo delikatnego chłodu. Zima zbliżała się wielkimi krokami, a jeszcze trochę i rozpoczną się ulewne deszcze. Dopiero gdy znalazł się w głębi lasu, a w odległości dziesięciu metrów nie było widać żywego ducha ponownie się odezwał.
- Naturalnie wytropisz dla mnie kilka artefaktów, a dokładniej rzecz ujmując pięć najpotężniejszych - zawiesił sobie klatkę do pasa spodni i rozejrzał się w poszukiwaniu schronienia. Najrozsądniej było się usadowić na drzewie. Z cichym westchnieniem powoli wspiął się na jedną z wyższych gałęzi. Wyciągnął z kieszeni malutki sznureczek i jednym zaklęciem powiększył go do sporych rozmiarów. Czymś należało się przywiązać jeżeli nie chciał w krótkim czasie złamać sobie karku.


Lamila

-Jak widać w przeciwieństwie do ciebie wiem czym jest honor. - prychnęłam pod nosem - Po co mam uciekać skoro chcę odzyskać swoją normalną postać? Niby taki z ciebie mag, ale mądrością nie grzeszysz... - powiedziałam zniesmaczona. Nie miałam zamiaru siedzieć w tym miejscu dłużej niż to konieczne. Niech sobie nie myśli, że będzie decydował o moim życiu. Nie miałam zamiaru być na jego usługach.
Specjalnie zaczęłam szybciej poruszać skrzydłami, aby tylko wydawały dzwoniący dźwięk. Niech sobie nie myśli, że będzie robił to, co mu się podoba. Na moje nieszczęście nic się nie stało i nikt nie przyszedł. Szkoda, może by pożałował i się nauczył, że ze mną się nie zadziera. Jeśli chce mnie trzymać w klatce, proszę bardzo, ale niech zapomni o współpracy. Nie będę dla niego robić jak służąca.
-Chcesz współpracy? Najpierw masz mnie uwolnić. W przeciwnym razie będę cały czas dzwonić skrzydłami i robić wszystko, aby tylko cię złapano. W końcu dźwięk dzwoniących skrzydeł wyda twoją pozycję. Specjalnie dla ciebie postaram się, aby były jak najgłośniej - powiedziałam poważnym głosem. - Jesteś mi potrzebny tak samo jak ja tobie, więc masz mnie traktować jak wspólnika, nie służkę. W końcu się stąd uwolnię, jeśli ty tego nie zrobisz, ale nie obiecuję, że dożyjesz rana... - odpowiedziałam groźnie. Obawiał się śmierci? Jeśli nie będzie ze mną współpracował na pewno ją otrzyma. Albo ode mnie albo od tych, którzy go szukają.
-Nasz układ obejmował zmianę mojej formy. Od jutra zaczynasz szukać zaklęcia, które przywróci mnie do poprzedniego stanu. W przeciwnym razie nie licz na to, że cokolwiek dla ciebie wytropię. - prychnęłam pod nosem.
Koleś ma niezły tupet żeby wydawać mi rozkazy. Na pewno nie będę dla niego pracować czekając na jego łaskę i nagrodę za dobre sprawowanie. Otrzymam to co chcę, albo niech radzi sobie sam. Już wolę gnić w zamku zamknięta w celi niż pomagać mu za darmo, bo on ma takie życzenie.
-Uwalniasz mnie i szukasz lekarstwa, albo zapomnij o jakiejkolwiek pomocy z mojej strony. Nie jestem i nigdy nie będę twoją własnością.
Kiedy przypiął klatkę do pasa, ta przechyliła się, przez co wylądowałam na jednej z krat. Zmarszczyłam wkurzona brwi łapiąc się za stłuczone ramię. W akcie zemsty zaczęłam jeszcze bardziej dzwonić skrzydełkami. W końcu uda mi się uwolnić z tej klatki i bardzo chętnie poszukam ziół, dzięki którym będzie miał bardzo powolną i nieprzyjemną śmierć.


Simon

Wrzaski coraz bardziej irytowały czarnowłosego chłopaka. Nie mógł się skupić ani tym bardziej zasnąć. Mógł się jej pozbyć. Zdobycie artefaktów zajęłoby mu więcej czasu, ale w końcu dopiąłby swego. Pytanie tylko czy ktoś by go nie ubiegł. Gdyby tylko dziewczyna była bardziej sprytna zyskałaby pierścień przed nim. Dzień różnicy, może dwa... Dla niego jednak zwłoka oznaczała zbyt dużo. A przynajmniej tak sobie powtarzał i to powstrzymywało go przed zrzuceniem denerwującej wróżki z drzewa. Na razie musiało mu wystarczyć wyobrażenie dziewczyny roztrzaskującej się na pniu.
-Nasz układ obejmuje zmianę twojej formy jak tylko wykonasz swoje zadanie. Zaklęcie zmiany nie jest specjalnie trudne, ale moje chęci aby cię odczarować z każdą sekundą maleją - mruknął lekko zdenerwowany. Jej dzwonienie skrzydłami przyprawiało go o ból głowy. Wypowiedział po cichu jedno z zaklęć i nagle nastała zbawienna cisza. Nie słyszał nic... Ani jej gderliwego narzekania, ani dźwięku skrzydeł. Zaklęcie miało utrzymywać się aż do ranka.
- Nie martw się Mała... W końcu cię odczaruje. Jeśli jednak ciągle będziesz narzekać i grozić mi, co w twoim obecnym stanie jest nawet zabawne, to cię tu zostawię - poklepał delikatnie klatkę uwiązaną do jego paska i zamknął oczy. Znajomość magii jak zwykle okazała się dla niego przydatna. Ułożył się wygodnie pozwalając aby dźwięki lasu ukołysały go do snu.

***

Ziewnął przeciągle po czym otworzył oczy. Noc minęła zbyt szybko jak na jego gust, a należał niestety do osób, które nie wstają z pierwszym pianiem koguta. Lubił pospać o wiele dłużej niż przeciętny człowiek jednak już od kilku lat nie miał tej cudownej sposobności. Promienie słoneczne świeciły delikatnie dając znać o kończących się ciepłych dniach. Miały nadejść srogie mrozy i deszczowe pochmurne dni. Przed nadejściem zimy zamierzał jednak uporać się ze swoim zdaniem.


Lamila

Warknęłam pod nosem. Nie miałam zamiaru wdawać się w dyskusję z tym kretynem. Nie będzie mi dyktował warunków. Niech nie myśli sobie, że będę mu służyć. Jeśli coś ode mnie chce, musi mi coś dać. I tak był głupszy niż mi się wydawało. Ha, jakby chociaż trochę pomyślał, albo docenił moje umiejętności, nigdy nie pozostawiłby klatki przypiętej do pasa.
Poczekałam aż tylko chłopak zaśnie. Kilkukrotnie wydawałam dźwięki skrzydłami upewniając się, że na pewno się nie obudzi. Więcej nie trzeba mi było. Początkowo spróbowałam otworzyć kłódkę ostrzem, ale tak jak wcześniej, było zbyt małe aby cokolwiek zdziałać. Była tylko jedna różnica. Obecnie byłam przywiązana do jego pasa, nie w celi z dala od wszystkiego. Z niemałym trudem i po wielu próbach udał mi za pomocą ostrza odciąć kawałek kory drzewa. Od napierania na kratki bolały mnie ramiona, ale nie mogłam się poddać. Z tym gościem na pewno się nie dogadam, był zbyt zadufany w sobie i myślał, że wszyscy są na jego usługach. W takim razie sama musiałam sobie radzić. Kolejną godzinę spędziłam na formowaniu kory tak, aby spasowała do zamka. Po kilku podejściach udało mi się otworzyć kłódkę. Na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech kiedy tylko drzwiczki otworzyły się, a przede mną rozpościerała się myśl o wolności.
Niezdarnie uniosłam się w powietrzy, próbując utrzymać się na nowo zdobytych skrzydłach. Były delikatne, ale bardzo wytrzymałe, trwałe i szybkie. Idealne nawet do ucieczki. Jednak nie mogłam jeszcze uciec. Nadal zależało mi na odzyskaniu swojego ciała, aby do końca życia nie pozostać miniaturową istotą. Jeszcze by ktoś mnie prosił o pomoc, bleh. Miałam zamiar dać temu gburowi ostatnią szansę. Chciał zdobyć artefakty? Nich da mi coś w zamian. Nie mam zamiaru robić dla niego za darmo.
Moim pierwszym celem stały się owoce, które rosły nieopodal. W tej wersji nawet niewielkie jagody wyglądały na ogromne i były bardzo syte. Zbyt długo karmiono mnie byle czym i mój żołądek zaczął domagać się konkretnego posiłku. Ha, w zamku przynajmniej cokolwiek mi dawano. Ten niby mag nawet nie pomyślał o tym, że też muszę jeść.
***
W końcu nastał ranek. Nie wróciłam do klatki, nie miałam takiego zamiaru. Na wszelki wypadek stałam na sąsiedniej gałęzi, jak najdalej od niego. W razie potrzeby musiałam jak najszybciej uciec.
Kiedy zauważyłam, że otwiera oczy, rzuciłam w niego żołędziem. Później kolejnym i kolejnym.
-Myślisz, że jesteś na wakacjach. Rusz się w końcu! - krzyknęłam rzucając w niego po raz kolejny. W końcu "śpiąca królewna" spojrzała na mnie. - A teraz słuchaj uważnie! Mam w nosie twoje zasady. Jeśli chcesz otrzymać ode mnie jakąkolwiek pomoc, masz jak najszybciej zacząć szukać przeciw zaklęcia, albo zapomnij o tropieniu artefaktów. Nie jestem na tyle głupia, aby ci ufać. Doskonale wiem, że po znalezieniu wszystkiego i tak nie wywiążesz się z danej obietnicy. - powiedziałam poważnie.  W przeciągu chwili podleciałam kilka gałęzi wyżej, będąc od niego oddaloną o kilka metrów. Spoglądałam na niego z góry ukryta w gęstych liściach. I tak wolałam na niego uważać. W przeciwieństwie do niego nie ignorowałam potencjalnych umiejętności swojego przeciwnika.
- Zgadzasz się na moje warunki albo radź sobie sam.



Simon

Noc spędzona na drzewie nie należała do najprzyjemniejszych rzeczy jakie przytrafiły mu się w życiu. O wiele bardziej wolał ciepły pokój w gospodzie na którą w tym momencie nie mógł sobie pozwolić. Odkąd wytyczył sobie nowy cel i sprzymierzył się z największymi rzezimieszkami w okolicy stał się jednym z poszukiwanych w pierwszej kolejności. Jego twarz została wywieszona w każdym mieście. Cena za jego głowę wzrosła gdy do króla doszły słuchy iż para się magią i nie tylko tą czystą. Kilka razy musiał skorzystać z czarno magicznych zaklęć aby dostać do czego pragnął. A czego tak właściwie pragnął. Zemsty za krzywdy z przeszłości, a może próbował tylko udowodnić sobie ile tak naprawdę był wart? Nie zamierzał tego aż tak dogłębnie analizować. Miał do wykonania zadanie, a pobudki jakie nim kierowały były w tym momencie jak najmniej ważne.
Simon syknął cicho czując ostry ból głowy. Otworzył zaspane oczy przerywając tym samym swoje rozmyślania. Poranne słońce oślepiło go na chwilę, a chłodny wietrzyk rozwiał zbyt długie jak na dzisiejszą modę ciemne włosy. Nie zobaczył nic zagrażającego jego życiu, ale za to do uszu dobiegł go znany z poprzedniego dnia irytujący dziewczęcy głosik. Spojrzał w tamtym kierunku.
- Jesteś ostatnią osobą, która będzie mi dyktować co mam robić laleczko. To nie ja jestem w tarapatach. Poza tym nie dałaś mi jeszcze nic co świadczyłoby o twoich zdolnościach więc nie będę marnować na ciebie swojego czasu. - potrzebował jej pomocy, ale nie wiedząc czy faktycznie coś potrafi jaką miała wartość? Lekko podirytowany jej bezczelnością rozwiązał linę którą przywiązał się do drzewa, a byłe mieszkanie wróżki zrzucił na ziemię. Klatka nie była mu do niczego potrzebna.
- Skoro jesteś już wolna możesz odlecieć, nie krępuj się - mruknął cicho po czym zeskoczył zwinnie na ziemię. W pobliżu nie słyszał nic oprócz ćwierkania ptaków. Znakomicie. O jeden problem mniej. Wystarczyło wrócić do dawnych czasochłonnych metod. Zastraszanie, rzucanie uroków i uwodzenie działało na ludzi najlepiej. Każdy miał swoje słabości, a kobiety miały ich najwięcej. Uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Skoro dziewczyna nie chciała zbyt szybko wrócić do swojej postaci to jej problem. On miał swoje zmartwienia na głowie. Co więc należało zrobić w tym momencie? Następnym na liście był jedyny w swoim rodzaju ametystowy kamień. Zaklęty przez najstarsze wiedźmy i umieszczony w żelaznej ramie podobno wykutej przez same smoki. Tak głosiła legenda. Kamień był wielkości dłoni, problem polegał na tym, że o położeniu kryształu dawno zapomniano. Musiał więc zaczerpnąć po raz kolejny pomocy z czarnej magii. Znał konsekwencje jej używania. Kłamałby gdyby mówił, że go to nie przeraża. Czy zamierzał się jednak wycofać przez jedną niedogodność? Na życiu i tak już mu nie zależało. Należało jedynie pomścić jedyną osobę, która na tym świecie coś dla niego znaczyła.


Lamila

Z niecierpliwością czekałam aż się podniesie. Przyznam, że odetchnęłam z ulgą wiedząc, że nie zamierzał mnie łapać. Nie chciałam znowu trafiać do klatki i stać się jego niewolnikiem, tylko dlatego, że on miał taką zachciankę. Zapewne nawet gdybym próbowała uciec i tak w końcu by mnie złapał. Wystarczyłoby dobre zaklęcie.
-Może i nie jesteś w tarapatach, ale dzięki mnie zdobędziesz to co chce o wiele szybciej niż szukałbyś sam, prawda? - uniosłam delikatnie brew spoglądając na niego. -Nie jesteś jedyną osobą, która byłaby w stanie mi pomóc. Możesz czuć się zaszczycony tym, że oferuję ci ten układ. Robię to tylko dlatego, że powrót do rodzinnego miasta zajęłoby mi zbyt dużo czasu. - powiedziałam poważnie. Oczywiście, że kłamałam, ale on nie musiał o tym wiedzieć. W samym królestwie i dookoła niego każdy wiedział kim jestem i dla własnego bezpieczeństwa lepiej byłoby tam nie wracać. Nawet bym tego nie chciała. Uważają mnie za istotę, która samymi swoimi narodzinami zbezcześciła ich szlachecki ród. Bycie "uszkodzoną" Eniripsą wcale nie było takie proste jak mógłby się wydawać. Wszyscy mają rasę Enirips za szlachetne, magiczne istoty, które nawet największemu wrogowi udzieliłyby pomocy, gdyby tego potrzebował. Szkoda, że nikt nie wiedział, że jest to jedynie powierzchowne. Jeśli ktoś z ich rasy za bardzo odstawał, robili wszystko żeby taką osobę zniszczyć, aby nikt się nie dowiedział o defektach i nie zniszczył dobrej opinii o nich.
-Wiedziałam, że to powiesz. Jesteście tacy przewidywalni... - mruknęłam pod nosem. Zfrunęłam na ziemię, odrzucając jeden z liści na bok. Przy samym korzeniu drzewa leżał kryształ nasączony zieloną cieczą.  Kryształ, jeszcze niedawno znaleziony przy jednym z drzew i opleciony zwykłym sznurkiem, był nieco wyższy ode mnie.
-Wiedząc co i jak można stworzyć wiele rzeczy i nie trzeba nawet korzystać z magii. Kryształ jest nasączony substancją, która w połączeniu z odpowiednimi minerałami potrafi wiele zdziałać. Kryształ doprowadzi cię do tego, czego chcesz. - powiedziałam poważnie. Popchnęłam kryształ w jego stronę. - Jest tylko jeden haczyk. Substancja nie jest trwała i trzeba ją tworzyć co jakiś czas od nowa. Ta w krysztale starczy jedynie na parę godzin. Jeśli chcesz więcej, z każdym postojem gdzie będę robić nową mieszankę, ty masz pracować nad tym, aby mnie odczarować. W przeciwnym razie nie licz na współpracę. - zmarszczyłam brwi przyglądając mu się uważnie. Musiał się zgodzić. Był moją jedyną nadzieją.


Simon

Przewrócił oczami słysząc po raz kolejny jej głos. Była wolna, czego chciała więcej? Ach tak. Nie mogła sama odczarować swojej postaci. Paradoksalnie potrzebowała go choć swoją gruboskórnością próbowała to ukryć. Miał ochotę się roześmiać. Sytuacja ta bawiła go jak żadna do tej pory. Odwrócił się twarzą w jej stronę słuchając co jeszcze ma do powiedzenia. Uniósł prawą brew widząc zielony kryształ. Bez namysłu podszedł bliżej i podniósł go z ziemi uważnie obracając w dłoniach i badając jego strukturę. Jego usta poruszały się delikatnie wymawiając cicho zaklęcie sprawdzające. Mieszanka była skomplikowana, a kilka rzeczy zbyt niejasnych. Był magiem, a nie alchemikiem. W tym momencie żałował, że nie odbył w swoim życiu szkolenia pod tym kierunkiem. Westchnął cicho patrząc na maleńką postać przed sobą. Jeśli by ją odczarował z pewnością zniknęłaby szybciej niż on znalazłby pierwszy artefakt. Zaklęcie przemiany było proste, jedno z pierwszych których się nauczył i bardzo pomocne gdy chciało się niezauważonym wkraść do czyjegoś domu. Chcąc sprawdzić działanie kryształu pomyślał o pierścieniu, który miał na palcu, a kamień zalśnił zielonym blaskiem. Przyszła pora na ametystowy kamień. Odetchnął głęboko i uśmiechnął się kątem ust widząc, że kryształ lśni teraz tylko po jednej stronie wskazując tym samym kierunek. Simon spojrzał na swoją "towarzyszkę". Mógł ją odczarować w każdej chwili jednak na jego korzyść działał fakt, że ona o tym nie miała pojęcia.
- Niech będzie. Masz moje słowo, że cię odczaruję - powiedział kłaniając się z lekką kpiną. Dziewczyna i tak nie wierzyła w jego słowa, a przynajmniej tak twierdziła.
- Simon Montgomery do usług, czeka nas długa droga - ciekawiło go czy na swoich malutkich skrzydełkach nadąży za jego tempem. Bardzo w to wątpił. Chętnie popatrzyłby jak się męczy próbując go dogonić jednak nie miał na to czasu.
- Jeśli nie boisz się, że postanowię cię w haniebny sposób wykorzystać - nawiązał do jej wcześniejszych słów dotyczących całej istniejącej męskiej populacji - może usiądziesz mi na ramieniu? Nie mam czasu na ciebie czekać - oparł się niedbale o drzewo czekając na jej decyzję. Cóż mógł zrobić więcej? Tego wieczora należało zniszczyć pierwszy artefakt. Ciekawy był jak zareaguję na to jego mała przyjaciółeczka. W końcu sama chciała zdobyć pierścień dla własnych celów.


Lamila

Zmarszczyłam delikatnie brwi wpatrując się w niego. Po jego głosie nie byłam zbytnio przekonana czy dotrzyma obietnicy. Ale jaki miałam wybór? Jeśli będzie chciał oszukiwać, w każdej chwili mogłam odejść. Po jego niezadowolonej minie widziałam, że magia nie pomogła mu w zdobyciu receptury. Ja też mogłam sprawiać problemy.
-Lamila, tyle ci wystarczy. Wątpliwe, że będziemy się bliżej poznawać. - prychnęłam. Żadnego z nas nie interesowało jak drugie ma na imię. Nawet nie musieliśmy ze sobą rozmawiać, ani niczego ustalać. Liczył się jedynie zawarty pomiędzy nami kontrakt. Do czarowania nie potrzebował mojego życiorysu.
Siadać na jego ramieniu? Być aż tak blisko niego? Eh, raczej sobie podaruję. Kiedy nie udzieliłam odpowiedzi, chłopak ruszył w dalszą podróż. Wytrwale leciałam za nim ignorując propozycję. Powinniśmy zachować dystans i tyle.
Po kilkunastu minutach mój lot się obniżył. Odetchnęłam ciężko czując obolałe skrzydła. Nie wiedziałam, że na wróżkowych skrzydełkach może być aż tak ciężkie. Jak te wszystkie wróżki dawały radę latać w tak szybkim tempie przez kilka godzin? Kiedy chłopak nieco zwolnił, przyśpieszając siadając na jego prawym ramieniu.
-Tylko nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Nie chcę spędzać z tobą więcej czasu niż to konieczne. - burknęłam pod nosem. - Tak czy inaczej, jeśli chcesz zwiększyć wydajność kryształu musisz mi powiedzieć jakich artefaktów szukasz. Muszę wiedzieć na co go nakierować. - spojrzałam na chłopaka uważnie.
Byłam nawet ciekawa w jakie miejsca zmierzamy. Nie mógł przede mną tego ukrywać przez cały czas, skoro mamy tyle czasu spędzać ze sobą czasu. Może nawet uda mi się wyciągnąć z artefaktów nieco magii zanim zostaną całkowicie zniszczone. Też mogłam  coś z tego mieć, więc czemu mam rezygnować? Wciąż byłam słaba i chciałam więcej.


Simon

Słysząc odmowę ze strony dziewczyny Simon jedynie wzruszył ramionami i rozpoczął podróż w kierunku wskazywanym przez kryształ. Kiedy będą już blisko zacznie mienić się zielonym światłem tak samo jak w przypadku pierścienia mandragory, który znajdował się na jego palcu. Słońce przyjemnie grzało w twarz choć czuć było nadciągające zimne dni. Nie zamierzał spędzać nocy w lesie podczas jednej z najzimniejszych zim w ostatnim stuleciu. Uzyskanie tych informacji wymagało od niego nie lada zachodu, potrząśnięcie sakiewką i zdobycie paru cennych przedmiotów, ale zdecydowanie się opłacało. Wróżbici z reguły przekazywali fałszywe informację chcąc szybko się wzbogacić, z nożem na gardle byli jednak bardziej wiarygodni, a zaklęcie prawdy tylko go w tym utwierdziło.
Używanie przemocy i zastraszanie nie było dla mężczyzny czymś nowym. Nie miał siedemnastu lat aby być uważanym za niedoświadczonego podlotka, a swoją niechlubną sławę zdobył dosyć szybko. Nie minęło nawet pół godziny kiedy zauważył, że dziewczyna opadła z sił. Nie trzeba było być ekspertem aby to przewidzieć. Miał ochotę parsknąć pod nosem, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.
-Nie licz, że poznasz wszystkie moje plany... Ametystowy kamień, mówi ci to coś?- mruknął rozglądając się uważnie. Miał wrażenie, że usłyszał kroki niedaleko miejsca, w którym się znajdowali. Zatrzymał się nasłuchując, ale dźwięk nie powtórzył się. Tym razem ostrożniej przechodził przez las, nie chcąc przegapić niczego co mogło mu zagrozić. Spojrzał z ukosa na dziewczynę. Jej obecność dekoncentrowała go w irytujący sposób. Była nie do zniesienia. Potrzebował jednak zapewnienia, że będzie mu pomagać póki nie odnajdzie pozostałych artefaktów. Jedynym wyjściem było odczarowanie jej, jednak nie mógł tego zrobić całkowicie. Wtedy z pewnością by uciekła przy najbliższej okazji. Gdyby jednak nałożył jakiś limit... Uśmiechnął się do siebie. W końcu udało mu się rozwiązać chociaż jeden z najważniejszych problemów. A może najmniejszy jego problem w tym momencie? Powiedzenie i wilk syty i owca cała sprawdzało się w tym momencie doskonale.


Lamila

-Oczywiście, że wiem. Tym bardziej nie rozumiem czemu go szukasz. Pierścień przy nim to jak zabranie dziecku cukierka. Kamień jest ukryty głęboko w smoczych górach i pilnie strzeżony przez tamtejszą rasę. - powiedziałam poważnie. Musiał być albo zdesperowany albo głupi aż tak ryzykując. Ametystowy kamień był pilnowany od wieków, w końcu jego istnienie uznano jedynie za legendy, które opowiadano dla dzieci. Same istnienie pilnujących go istot było owiane legendą. Od stuleci nit ich nie widział. Nawet najbardziej zagorzali naukowcy nie wiedzieli gdzie ich szukać. - Niby taki wielki mag, ale jednak zbyt głupi, aby wiedzieć gdzie szukać kamień... Nigdy nie uda ci się go odnaleźć. Nie jesteś pierwszą osobą, która go szuka i tak samo jak reszta polegniesz. To przecież oczywiste.
Ziewnęłam przeciągle znudzona podróżą. Położyłam się na ramieniu chłopaka całkowicie znudzona. Podróż trwała już czwartą godzinę a mi się już coraz bardziej nudziło. Wiedziałam, że chłopaka mogła zatrzymać jedynie słaba wydajność kryształu. Na moje szczęście jego auta coraz bardziej gasła i światło było ledwo widoczne. Oznaczało to tylko jedno, czas postoju.
Usiadłam po raz kolejny się przeciągając. Kiedy w końcu światło całkowicie zgasło, uniosłam się w powietrzu na własnych skrzydłach.
W końcu mogłam rozprostować kości. Taka forma podróży byłą niezwykle nudna. Nie byłam przyzwyczajona do ciągłego siedzenia i jedynie patrzenia przed siebie Tym lepiej, że byliśmy zmuszeni zrobić postój.
-Chyba pora się zatrzymać. - mruknęłam pod nosem. - Teraz twoja kolej na zapłatę. Następną porcję wywaru zrobię w tedy, gdy mnie przemienisz. Mam już dosyć tego małego ciałka. Udowodnij, że twój magiczny talent jest wart tego, aby się z tobą męczyć tyle czasu.
Wylądowałam na ziemi rozciągając ręce. Zaczynałam się rozglądać dookoła siebie w poszukiwaniu rzeczy, które przydadzą mi się do przyrządzenia wywaru.


Simon

- Jakoś sobie poradzę, możesz być pewna - jednym uchem słuchał jej słów o położeniu kamienia, a drugim próbował wyczuć niebezpieczeństwo. W okolicy roiło się od królewskich strażników, a on niekoniecznie chciał się z którymś spotkać w trybie natychmiastowym. Nie uszli nawet porządnie sześciu godzin kiedy kryształ przestał świecić jasnym światłem, aż w końcu zgasł całkowicie. Liczył, że przebędą większą część drogi. Wymruczał pod nosem ciche przekleństwo i oparł się o drzewo patrząc na małą wróżkę. Z całą pewnością spieszno jej było powrócić do dawnej postaci. Westchnął cicho. Był na nią skazany czy tego chciał czy nie. Oczywiście mógł się jej pozbyć w każdej chwili jednak wtedy jego poszukiwania będą trwały za długo. Zamierzał dać jej tylko cząstkę tego czego pragnęła. Ściągnął z palca pierścień mocno ściskając go w dłoni. Chciał nałożyć na nią jeszcze kilka ograniczeń w razie gdyby zamierzała uciec i na własną rękę ściągać zaklęcie. Usiadł po turecku na ziemi przymykając oczy. Po cichu wypowiadał ciąg zaklęć potrzebnych do ściągnięcia zaklęć i nałożenia blokad. Jego usta nieprzerwanie się poruszały. Dookoła dziewczyny zaczęły pojawiać się delikatne błyski, a jej postać powiększała się z każdą chwilą. Skrzydełka zaczęły znikać... Po dobrej chwili Simon w końcu otworzył oczy i spojrzał na dziewczynę. Była normalnego wzrostu i wyglądała jak każdy przeciętny człowiek.
- Będziesz utrzymywać się w tej postaci przez sześć godzin każdego dnia. Nie mniej i nie więcej. Jeśli jesteś głodna w moim plecaku znajdziesz kilka owoców. Wieczorem zapoluje - usiadł na ziemi koło drzewa pozwalając dziewczynie oswoić się z nową postacią. Miał nadzieję, że szybko będzie zdolna do dalszej podróży, a kryształ ponownie będzie działał.


Lamila

W końcu miała nastąpić chwila kiedy wrócę do swojej postaci. Tęskniłam za swoim dawnym ciałem. Za swoim idealnym, zgrabnym ciałem. Jeśli tylko go odzyskam, nie będę musiała łazić za nim i poszukiwać artefaktów. Łatwiej było udać się w swoją stronę i dalej zabierać magię. Przynajmniej nie będziemy sobie wzajemnie przeszkadzać.
W końcu powróciłam do swoich normalnym rozmiarów. Za radością dotknęłam swoich małych, szpiczastych uszu, które ukrywały się pod burzą czarnych loków. Nawet jeśli nie chciałam być kojarzona ze swoją powierzchownie miłą i pomocną rasą, miło było znów być Eniripsą. Nie miałam zamiaru wracać do ciała głupiej, małej wróżki.
Rozciągnęłam się wyciągając ręce wysoko do góry.
- Tylko sześć godzin?! Żartujesz sobie? Dobrze wiem co kombinujesz. Będziesz mnie przemieniał co jakiś czas póki nie zdobędziesz tego, co chcesz, a później zwyczajnie zostawisz w ciele wróżki. Nie mam zamiaru do końca życia latać na skrzydełka i być niedoszłą imitacją Eniripsy. - prychnęłam pod nosem. Ale to nie było wszystko... Czułam pewną zmianę. Pustkę, którą miałam w sobie od zawsze i próbowałam ją zapełnić. Odebrał mi to, na co tak długo pracowałam. - I gadaj co zrobiłeś z moją magią? Chcę odzyskać swoją moc! - uniosłam głos. Niech sobie nie myśli, że może od tak się rządzić. Też byłam oszustem i wiedziałam jak takie osoby działają. On ani trochę nie wyróżniał się z tłumu. Był typowym złodziejaszkiem i oszustem, który wpasowywał się w standardowy schemat.
Prychnęłam pod nosem. Weszłam głębiej w las, aby znaleźć potrzebne składniki. Na razie muszę wytrwać i znaleźć sposób,aby go podejść i trwale odzyskać swoją postać. Nie mogłam do końca życia być miniaturowym człowieczkiem. To uwłaczało mojej czci...
Po zebraniu potrzebnych rzeczy usiadłam pod drzewem, tyłem do chłopaka. Przygotowywanie mieszanki szło sprawnie i dosyć szybko.
-Przydaj się do czegoś i rozpal ognisko. Podgrzej to, póki nie uzyskasz płynnej masy. - burknęłam pod nosem rzucając Simonowi mieszankę zawiniętą w liście. Dalej zabrałam się za pracę.
Unikałam wzroku "towarzysza", nie chcąc nawiązywać jakiegokolwiek kontaktu. Rozmowa też była zbędna. Miałam jedynie wykonać swoją część umowy, a ja swoją.