czwartek, 29 marca 2018

Nanity cz.4

Rex

Jechałem cały czas przed siebie, aby znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Tam nie było bezpiecznie. Te stwory na pewno wszędzie by nas wytropiły. Do tego musiałem sprawdzić czy Valentina nie została zarażona tamtymi nanitami. Jej nanity powinny powstrzymać obce ciało, jednak nie mogłem aż tak bardzo ryzykować. Aby ją sprawdzić potrzebowałem chwili spokoju, aby nikt mi nie przeszkadzał. Ani Evo, ani Providence. Nie byliby zadowoleni jeśli wróciłbym z dziewczyną. Uznaliby, że nie byłem w stanie wykonać swojego zadania i zabiliby wszytskich Evo. Na uratowanie ich miałem czas do zachodu słońca, dlatego musiałem przynajmniej spróbować. 
-Najważniejsze, że jesteś cała. Dobrze, że nic więcej ci się nie stało - mruknałem pod nosem. 
W końcu zatrzymałem się na pustkowiu, zostawiając wieś daleko za nami, aby nie były w stanie nas wyczuć. Taka odległość powinna wystarczyć, aby spokojnie obmyślić plan działania. 
Spojrzałem na nią zdziwiony, kiedy zadała mi to pytanie. Sam nie byłem pewny odpowiedzi. Tłumaczyłem sobie, że robię to dlatego, że jest taka jak ja, ale w głębi wiedziałem, że to nie była trafna odpowiedź. Bo chronię Evo? Nie była potworem, więc ta odpowiedź tym bardziej jej nie dotyczyła. To było zupełnie coś innego.
-Bo... przypominasz mi mnie zanim znalazł mnie Szósty i zabrał do Providence. - powiedziałem po chwili namysłu. Była tak samo zbuntowana i zakłopotana jak ja na samym początku. Wiedziałem jak to jest wszystko stracić i trafić do miejsca, gdzie nikt ci nie ufał i uważał za zagrożenie. Minęło dużo czasu zanim byłem wolny, jeśli ciągłą kontrolę można było nazwać wolnością. Kontrolowano mnie na każdym kroku, ale przynajmniej nie skuwano mi rąk i nie dawano nianiek. Przynajmniej już nie teraz.
Pomogłem dziewczynie zsiąść. Po chwili cały motor rozpadł się na części, ustępując miejsca moim nogom, a kawałki metalu rozleciały się w pył. 
-Nie ruszaj się przez chwilę. Muszę cię sprawdzić. - przybliżyłem się do dziewczyny, obejmując ją w pasie. Szybko pochyliłem ją do tyłu, aby nie miała oparcia na własnych nogach. - Możesz poczuć jak przemieszczają się twoje nanity, ale nie powinno boleć.
Przyłożyłem prawą dłoń do szyi dziewczyny. Na całej mojej ręce pojawiły się mechaniczne połączenia. W tej chwili czułem każdy ruch nanitów w jej ciele, próbując szukać intruzów. Jej organizm sam mnie do nich doprowadził. Wchłonąłem każdego z zarażonych intruzów, oczyszczając z nich ciało Valentiny. Kiedy było już po wszystkim, puściłem dziewczynę odsuwając się od niej.
-Teraz wystarczy zatamować krwawienie i będzie dobrze.

Valentina

Dopiero kiedy zsiadłam w końcu z motoru poczułam się trochę swobodniej. W końcu mogłam stanąć o własnych siłach i zastanowić się nad tym co się właściwie stało. Bliskość chłopaka wcale nie pomagała w skupieniu się. Pierwszy raz byłam w takiej sytuacji. Czułam się jak w kropce. Nie mogłam ruszyć się w swojej wędrówce ani o krok na przód. Tak jakbym ciągle się cofała. Jakby umykało mi coś istotnego. A najgorsze było to, że sama dałam się wpakować w to bagno. Spojrzałam na Rexa. Może w przyszłości moglibyśmy zostać nawet przyjaciółmi. Nie widziałam w nim zagrożenia i wcale nie ukrywałam, że ma moje postrzeganie jego osoby wpłynęło to, że uratował mi życie.
- Przystałeś w końcu na ich warunki. Dlaczego?- potarłam obolałe ramię. Krwawienie prawie ustało. Nie było to nic na tyle poważnego aby poświęcać temu więcej uwagi niż to konieczne. Cofnęłam się o krok kiedy chłopak zbliżył się, a następnie objął mnie w pasie.
- Czekaj...- próbowałam zaprotestować. Co on zamierzał sprawdzać? Poczułam jego dłoń na swoim karku, a następnie straciłam grunt pod stopami. Gdyby mnie nie trzymał to z pewnością bym upadła. Od tej bliskości nanity znowu zaczęły nerwowo krążyć. NIGDY nie byłam tak blisko z nikim. Nawet z Pierwszym nie okazywaliśmy sobie zbyt dużo czułości. W zamian za to nauczył mnie podstaw samoobrony i kontroli nad nanitami. Teraz jednak jego nauki już się nie sprawdzały. Westchnęłam cicho. Moje ciało zaczęło się rozluźniać chociaż w duchu ciągle byłam spięta. Czułam jak wszystkie nanity uspokajają się. Nie czułam bólu. Ogarnął mnie wewnętrzny spokój. Dopiero na końcu zrobiło się nieprzyjemnie. Poruszyłam się niespokojnie. Tak jakby coś nie chciało opuścić mojego ciała. Czułam opór i wiedziałam, że nie wszystko poszło tak jakbyśmy chcieli. Mimo to nie czułam już pulsującego ognia, ani przemieszczających się nanitow. Uśmiechnęłam się do chłopaka zapominając, że przed chwilą krępowała mnie jego obecność. W jakiś sposób udało mu się mi pomóc. W ciagu tych kilku dni pomógł mi już wiele razy. Zaczynałam go lubić. A może już go lubiłam? Sprawiał wrażenie godnego zaufania... Pierwszy może by tego nie pochwalił ale to była moja decyzja, a komuś musiałam ufać.
- Już prawie nic nie krwawi. Jeszcze raz... Dzięki. Jak to zrobiłeś? Jak je uspokoiłeś?- nadal się wzdrygalam na myśl o tamtych EVO ale teraz panowałam nad swoją mocą.
- Jak ty kontrolujesz swoje nanity? - byłam tego ogromnie ciekawa. Nigdy nie spotkałam jeszcze nikogo z takimi umiejętnościami. Przeczesałam lekko włosy, które spywaly mi po plecach. Teraz były całe rozczochrane, a ubranie miałam brudne i poplamione krwią. Bałam się powroty. Może gdybym nauczyła się kontrolować ogień miałabym większe szanse... Biały miał tylko jeden cel.

- Zrobili to celowo. Chcieli się ich pozbyć - wyszeptałam cicho siadając zrezygnowana na ziemi. Gdybym ich zabiła, a samej udałoby mi się przetrwać to nigdy bym sobie tego nie wybaczyła.


Rex

- Zrobiłem to, bo to było jedyne miejsce, w którym mogłem się schronić. Wcześniej nie miałem domu ani bliskich mi osób. Doktor Holiday i Szósty mi to dali. Są dla mnie jak rodzina. Holiday pokłada we mnie nadzieje, że uda mi się uratować zarażonych i dzięki mnie w końcu uda jej się znaleźć na to lek. Pracuję dla Providence, aby zarażeni nadal mogli żyć. W przeciwnym razie nadal by ich zabijano. Wchłonę tyle zarażonych nanitów, ile będzie to konieczne, byle uratować niewinnych. - powiedziałem poważnie. W końcu nie mogłem trafić do tego miejsca przypadkowo. Miałem moc leczenia innych, dlaczego więc miałem tego nie wykorzystać. Ludzie tego potrzebowali. Może robiłem to z dobrego serca, a może z własnego egoizmu, aby czuć się potrzebnym. Co by tym nie kierowało, pomagałem innym ludziom i dawałem im nadzieje na przeżycie.
- Takie moce. Nie tylko tworzę mechaniczne rzeczy połączone z moim ciałem, ale też mogę pochłaniacz czyjeś nanity. Jeśli ktoś jest zarażony, mogę odebrać te złe nanity i oddać mu dawne życie. Mam tak odkad tylko pamiętam. Nanity zawsze się mnie słuchały. - miały tylko jedną słabość, ale o tym wiedziała jedynie Holiday. Tak powinno pozostać. Obiecała, że nawet Biały się nie dowie o mojej słabości. Gdyby uznali mnie za zagrożenie, mogliby to wykorzystać przeciwko mnie. Na to nie mogłem pozwolić. Czymś takim mogliby mnie powstrzymać nawet przed buntem, co niekiedy się zdarzało. - Nie wiem jak udaje mi się nad nimi zapanować, po prostu się tak dzieje. Właściwie niczego nie pamiętam przed trafieniem do Providence. Nie pamiętam niczego z mojego poprzedniego życia. Przyjaciele, rodzina, dom... Nawet nie wiem czy ich posiadałem. - powiedziałęm cicho. Nie, nie mogłem teraz popadać w melancholię. Musiałem pozostać skupiony jeśli chciałem, aby moje moce działały jak trzeba. Emocje były kluczem do panowania nad wszystkim.
-Zawsze łatwiej jest im zabić Evo niż je uleczyć. A ich jest naprawdę wiele. Wirus rozprzestrzenia się naprawdę wszystko. Wyłapywanie każdego z nich pokolei będzie zbyt trudne i zajmie wieki. Musimy znaleźć żywiciela, mózg, który tym wszystkim kieruje. Tam gdzieś musi być szef, który rozpoczął epidemię. Jeśli go złapiemy, uda mi się pochłonąć jego nanity. To jedyna nadzieja na uratowanie tych ludzi. Oby była trafiona... - spojrzałem w kierunku miasteczka. Nawet tutaj czułem te wszystkie nanity i smutek ludzi. Bardzo duży smutek, który rozrywał ich dusze. Z każdą chwilą wirus coraz bardziej odbierał ich człowieczeństwo, czyniąc bezmyślnymi potworami.

Valentina
Podniosłam się dopiero kiedy Rex skończył mówić. To wszystko także dla niego musiało być cholernie trudne. Dopiero teraz dostrzegłam między nami duże podobieństwo. Byłam w tej samej sytuacji co on kiedyś. Z tą różnicą, za ja mogłam mocą pozbawić kogoś życia, a nie uratować. Spojrzałam w tą samą stronę co on i wzdrygnęłam się na myśl o powrocie. Nie mogłam go jednak zostawić z tym samego. Dostrzegłam w jego oczach dziwny ból, który zniknął niemal natychmiast. Może to właśnie to sprawiło, że nie mogłam pozwolić aby poszedł sam. Zresztą sam powiedział NAM to znaczy, że potrzebował mojej pomocy.
- Evo boją się ognia, jeśli wytyczę nim ścieżkę będziemy mogli przejść w miarę bezpiecznie... - mogłam wywołać ogień i wchłonąć go z powrotem, a paradoksalnie to drugie było dla mnie dużo bardziej niebezpieczne. Po wchłonięciu zbyt dużej ilości musiałam odespać kilka dni w gorączce. Nie było to jednak śmiertelne, jedynie bolesne i uciążliwe. W żaden sposób nie próbowałam pocieszyć Rexa. Nie potrzebował współczucia tylko zrozumienia. Litość nie byłaby dobrą rzeczą.
- Ważne, że nie jesteś sam. Zostało nam kilkanaście godzin. Powinniśmy się pospieszyć - wytrzepałam ręce z piasku i podeszłam bliżej do chłopaka. Uśmiechnęłam się lekko. Chociaż z jedną osobą odnalazłam wspólny język. Nie wiedziałam tylko na jak długo. Biały pewnie będzie wściekły jeśli wrócę w jednym kawałku, a to tylko mnie motywowało aby przeżyć. Zaburczało mi w brzuchu. Od dwóch dni zjadłam jedynie tyle ile zdołał przynieść mi Rex. Zignorowałam to jednak.
Na próbę wystrzeliłam z dłoni linie ognia, na tyle grubą aby nikt nie przeszedł, a potem z powrotem ją wchlonelam. Na ziemi pozostał czarny ślad.
miałam nadzieję, że przyjmie takie rozwiązanie. Razem bylibyśmy bezpieczniejsi. Tego byłam całkowicie pewna. Odkąd mnie uratował czułam się przy nim bezpieczna. Do miasteczka było jakieś piętnaście minut drogi. Musieliśmy się spieszyć jeśli wszystko miało pójść zgodnie z planem.Słońce znajdowało się wysoko w górze. Nie było jednak zbyt ciepło. Czułam zimny wiatr na ciele. Czy Evo odczuwały zimno, albo głód? Jak funkcjonowały? Bałam sie, że prędzej czy później i mnie przydarzy się to wszystko. Wtedy jednak już nie będzie szansy na ratunek. Byłam innym przypadkiem niż oni. Pierwszy mi to wytłumaczył. Dlatego tak ważne było abym kontrolowała swoje moce i uczucia. Kiedy raz stanę się potworem to szansa na zmianę z powrotem w człowieka będzie zbyt mała.


Rex

-Bardzo dobry pomysł- uśmiechnąłem się delikatnie spoglądając na nią. Ta misja była dla niej zbyt niebiezpieczna, ale sam na pewno sobie nie poradzę. Mogłem liczyć jedynie na pomoc Valentiny. - Przynajmniej znamy ich słabość. Wiemy jak utrzymać ich zdala od nas. Jedno jest pewne, mają jednego szefa, ktory nimi rządzi, ale każdy z nich odczuwa ból. Musimy odszukać tego, który wszystkimi kieruje. Widziałaś go może? Wiesz jak go rozpoznać? - spojrzałem na nią wyczekująco. To była nasza jedyna i ostatnia szansa na pokonanie tych stworów. Nie było już odwrotu.
Stworzyłem motor, aby móc dotrzeć do wioski. Pomogłem dziewczynie wsiąść na pojazd. Tym razem siedziała z przodu, abym widział ją cały czas. Objąłem Valentinę delikatnie w pasie, aby tym razem nie spadła.
-Powinniśmy szybko tam dotrzeć. Prawdopodobnie będziemy mieć kilka minut zanim nas zauważą i ruszą do ataku. Trzeba w drodze obmyślić dokładnie plan. Później nie będzie na to czasu.
Ruszyłem z piskiem opon pozostawiając za sobą jedynie kurz i piach. Musieliśmy dotrzeć jak najszybciej. Zachód słońca był coraz bliżej. Providence na pewno szykowało swoją broń. Wiedzieli, że w dwójkę sobie nie poradzili, do tego Valentina była na pierwszej takiej misji. Miała tam zginąć, z lub bez pomocy Providence, dlatego nie mogłem na to pozwolić. Musi przeżyć. Póki ja tam byłem, nic nie mogą zrobić. Biały doskonale wiedział, że nie może mnie zabić. Stracił by zbyt wielkie poparcie w Providence, zwłaszcza u wszystkich swoich naukowców, którzy mają nadzieję na odszukanie lekarstwa na tą zarazę, póki sami nie padną jej ofiarą. Wszystko kręciło się wokół tego. Szukali, bo każdy chciał być bezpieczny. Tylko to się liczyło. Trzymali w zoo nieuleczalne Evo, które wyłapali, aby móc na nim eksperymentować w poszukiwaniu tego wspaniałego lekarstwa. I czy coś  to dało? Już minęło kilka lat i nadal nic nie wiedzą o nanitach. Ani jak je kontrolować, ani jak je powstrzymać. A tylko ja byłem w stanie ich leczyć. Problem w tym, że nie mogłem robić tego do końca życia. W końcu moje limity się wyczerpią albo zginę na któreś z misji.
W końcu dotarliśmy na miejsce. Byliśmy niedaleko wsi. Odetchnąłem ciężko widząc w oddali wszystkie to Evo. To była nasza ostatnia nadzieja.
-Jesteś gotowa?

Valentina
- Nie jestem pewna... - zamyśliłam się na chwilę. Próbowałam wrócić choć na chwilę do wspomnień z chwili ataku Evo. Wszystkie wyglądały tak samo. Czy któryś się wyróżniał? Może był wyjątkowo silniejszy lub sprawniejszy niż inne. W myślach znowu widziałam tą scenę... Krąg potworów, pazury wyciągnięte w moją stronę i... Czy jeden nie stał dalej jakby się wszystkiemu przyglądając.
- Rozpoznamy go w trakcie drogi. Tak mi się wydaje... Ale nie będziemy mieć zbyt dużo czasu- zacisnęłam mocno dłonie w pięści i podeszłam do chłopaka, który zamienił już nogi na koła. Uśmiechnęłam się nieśmiało podając mu dłoń aby pomógł mi usiąść przed sobą. Teraz to on mnie trzymał więc nie musiałam się martwić o to czy spadnę. Jedynym problemem była jego bliskość. Krępowała mnie... Nie miałam jednak innego wyjścia. Wiercilam się prawie całą podróż, tak jakby jego dotyk palił. Odetchnęłam z ulgą kiedy w końcu mogłam zejść. Spojrzałam na niego i przekrzywilam lekko głowę. Ciągle ciężko było mi znieść to, że nie jestem sama i muszę znosić czyjąś obecność. W tym przypadku obecność chłopaka - przystojnego chłopaka, który mógł stanowić niemałe zagrożenie. Ciągle się wahałam. Mimo czerwonej lampki w głowie zaufałam mu...
- Nie... Ale czy mamy inne wyjście?- wzruszyłam lekko ramionami i ruszyłam przodem. Evo zauważyło nas prawie natychmiast. Wystrzeliłam ogień z dłoni tym samym wytyczając ścieżkę. To samo zrobiłam z drugą dłonią. Czułam pracujące nanity w moim ciele. Odetchnęłam głęboko wchłaniając ogień za nami i jednocześnie wyrzucając przed nas kolejne gorące płomienie. Evo się nie zbliżały, a ja męczyłam się z każdym krokiem. Nie pokazywałam jednak nic po sobie. Teraz mieliśmy inny cel. Dostrzegłam kątem oka jednego z potworów, który w ogóle się nie ruszał. Stał w miejscu i przyglądał się całej scenie.

- To ten - powiedziałam poważnie, a krople potu spływały mi po czole. Stanęłam obok Rexa. Otoczyłam nas ogniem ogniem zostawiając lukę prowadząca do szeryfa. A przynajmniej tak mi się wydawało. Jeżeli się myliłam to tylko traciliśmy cenny czas.



Rex

-Ty masz wybór. Jeśli się boisz możesz się wycofać. Nie mogę narażać twojego zdrowia. Ale ja innego wyjścia nie mam. To moja misja - powiedziałem poważnie. Każdy z nas miał wybór. Mogła się wycofać jeśli się bała. Może nawet udałoby się jej uciec. Jeśli tam wejdzie, albo oboje zginiemy, albo nasza misja się powiedzie i wrócimy do Providence, a stamtąd nie ma już ucieczki. Być może nawet udałoby mi się ich zatrzymać na jakiś czas, póki nie znalazłaby schronienie. Zawsze było jakieś wyjście. A ja? Obiecałem sobie, że się tym zajmę i pomogę ludziom w walce z nanitami.
Ruszyliśmy przed siebie. W przeciągu kilku sekund Evo zaczęły biec w naszą stronę, jakby już na nas czekały. Musiały wiedzieć, że przybędziemy. Otoczył nas ognisty krąg, który całkowicie uniemożliwił Evo zbliżenie się do nas.
-Musi gdzieś tutaj być. - mruknąłem pod nosem, chociaż słowa te skierowałem bardziej do siebie niż do dziewczyny. Nawet jeśli bezpośrednio nas nie zaatakował, gdzieś musiał się czaić.
Spojrzałem w kierunku, który pokazała Valentina. Przymknąłem delikatnie oczy oślepiony słupem ognia, który nas otaczał. Było zbyt gorąco, aby logicznie myśleć, dlatego postanowiłem zaufać dziewczynie i skupić się na tym, na kogo wskazała. I tak nie było czasu na to, aby rozmyślać, czy aby na pewno on jest szefem. Wkrótce się o tym przekonamy.
-Musimy go odciąć od reszty stada. Jeśli pozostanie sam, nie będzie mógł się bronić. W tedy spróbuję go oczyścić. Oszczędzaj siły na tyle, na ile jest to możliwe. Jeśli ich szef zostanie złapany, na pewno będą próbowały wszystkiego, aby się do niego dostać.
Coraz bardziej przybliżaliśmy się w stronę stwora.
Moje ręce zmieniły się w mechaniczne pięści. Kiedy tylko któryś z Evo do nas podszedł, od razu został wyrzucony daleko stąd. Musieliśmy się bronić, ale tak, aby nie zrobić im większej krzywdy.
Szef cały czas się przed nami chował, sprytnie ukrywając się za swoimi sługami. Po dłuższej "zabawie" z nim w końcu udało nam się go odizolować od reszty. Tak jak myślałem, reszta ruszyła mu na ratunek. Tą część zadania musiałem jednak pozostawić dziewczynie. Liczyłem na nią i miałem nadzieję, że uda nam się dokończyć to zadanie. Zaszliśmy już zbyt daleko.
Przygwoździłem Evo do ziemi, aby nie mógł się ruszyć. Jedna z mechanicznych rąk rozpadła się, drugą zaś przytrzymywałem zarażonego. Wolną rękę przyłożyłem do jego głowy pochłaniając zarażone nanity.
Poczułem ogromny ból, który przemieszczał się po moim ciele, a z ust wydobył się krzyk. Jego nanity walczyły z moimi. Czułem, jakby coś rozrywało od środka moje ciało. Widząc, że to skutkuje i stwory coraz bardziej słabną, nie zaprzestawałem "oczyszczania". Stwory z każdą chwilą przybierały ludzką postać, póki całkowicie nie wchłonąłem zarażone nanity do swojego ciała. Bolało. Strasznie bolało. Mechaniczna dłoń wbrew mojej woli rozpadła się. Nie miałem siły jej kontrolować. Opadłem na ziemię nie mogąc się nawet podnieść. Dookoła słyszałem jedynie stłumione odgłosy zdrowych już ludzi.

Wizualizacja:
Kiedy Rexio leczy
Mieczyk
Piła
Śmigiełka do latania
Motorek
Wyrzutnia
Mecha rąsie

Valentina
Oszczędzać siły? Łatwo było powiedzieć. W momencie kiedy ogień wchłaniał się w moje ciało to temperatura niebezpiecznie podskakiwała. Nie czułam ciepła otaczającego nas ognia, ale płomienie znajdujące się wewnątrz mnie sprawiały największy problem. Szłam za Rexem chroniąc nas na każdy możliwy sposób. Chłopak uderzał w każdego potwora, który się do nas zbliżał. Najniebezpieczniej zaczęło się dopiero kiedy zamknęliśmy w ognistym kręgu ich szefa. Evo nagle oszalało. Próbowały przeskakiwać ogień byle jak najszybciej pomóc swojemu panu. Przerażona podniosłam ogień ponad nasze głowy. Bardzo zmęczona spojrzałam na chłopaka. Klęczał nad tym potworem nie bojąc się jego ostrych pazurów. Moja barierą opadła kiedy usłyszałam jego krzyk. Szybko jednak podniosłam ją na nowo, niestety jeden z Evo zdążył wskoczyć do środka. Wielka pięść uderzyła w moje ramię tak mocno, że aż się zatoczyłam. Ogień z mojej ręki wystrzelił w jego stronę wyrzucając go poza krąg. Kątem oka widziałam jeszcze jak turla się po ziemi aby ugasić płomienie. Syknelam kiedy poruszyłam zranionym ramieniem. Podeszłam do chłopaka. Ognisty krąg coraz bardziej słabł wchłaniając się w moje ciało, a z nim słabłam i ja. Chciałam jakoś pomóc Rexowi, który dygotał na całym ciele.
- Rex... Co się dzieje?- pytałam zdezorientowana, ale nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Rozejrzałam się dookoła. Otaczali nas zdrowi ludzi. Bariera opadła, a chłopak upadł na ziemię.
- Nie...Rex... Proszę cię wstań. Wszystko będzie w porządku tylko... - próbowałam sobie przypomnieć wszystko co o nim wiedziałam. Wchłaniał zarażone nanity. Doktor Hollyday kiedy się znalezłam w Providence także coś o tym wspomniała. Rex musiał znaleźć się jak najszybciej w bazie. Dla mnie to znaczyło tylko jedno. Otarłam pot z czoła. Możliwość ucieczki oddalała się... Nie mogłam go jednak tu zostawić kiedy i on uratował moje życie. Z trudem podniosłam się na nogi i rozejrzałam dookoła. Znalazłam dwóch silnych mężczyzn i wskazałam na Rexa.
- To on was uratował... Sam może przez to zginąć!- stanowczo zarządałam ich pomocy. Ostrożnie podnieśli go z ziemi. Położyłam swoją dłoń na ramieniu chłopaka, ale ten się nie ruszał. Ciągle dygotał na ciele. Oddychałam ciężko. Wysoką gorączką zawładnęła moim ciałem. Miałam mgiełkę przed oczami. Dostrzegałam jednak ludzi z Providence i widziałam jak furtka z wolnością zamyka się dla mnie. Spłacałam swój dług. Upadłam na ziemię kilka metrów przed ludźmi białego. Poczułam na sobie czyjeś ręce. Zapinane kajdanki obcierające do krwi moją skórę. Słyszałam krzyki i niezrozumiałe słowa, a potem nie widziałam już nic.



Rex

Mimo, że słyszałem i czułem co dzieje się dookoła mnie, nic nie mogłem z tym zrobić. Straciłem panowanie nad swoim ciałem, jakby nie należało do mnie. Wiedziałem co się ze mną działo. Holiday już kilka razy mnie przed tym ostrzegała. Kiedy tylko zbyt duża dawka chorych nanitów dostanie się do mojego organizmu, moje nanity musiały walczyć z intruzami, odbierając mi wszystkie siły. Nie było to nic przyjemnego. Czy mogłem od tego zginąć? Raczej nie. Czułem, że jest we mnie nanit, który nigdy by na takie coś nie pozwolił. Nie wiedziałem czym był, ale był inny niż reszta nanitów. Był wyjątkowy. Gdyby nie pomoc Holiday, regeneracja na pewno zajęłaby kilka dni zanim stanąłbym na nogi o własnych siłach.
Słyszałem głos Valentiny, ale ni mogłem jej odpowiedzieć. Nie byłem w stanie otworzyć chociażby oczu i kiwnąć głową, że to nic poważnego. W tej chwili działał jedynie mój umysł.
Poczułem jak ktoś mnie niezgrabnie podnosi, biegnąc w bliżej niezidentyfikowanym kierunku. Cały czas słyszałem zatroskany głos dziewczyny i czułem jej obecność. Na pewno bym się w tej chwili uśmiechnął, gdyby nie to, że moje ciało nie chciało mnie słuchać. Po dłuższym czasie wędrówki usłyszałem głos Szóstego.
-Znowu to samo? Ten chłopak kiedyś się przez to zabije. - powiedział skamieniałym głosem, chociaż mogłem w nim wyczuć troskę. Nie okazywał tego, ale wiedziałem już jak go rozszyfrować, nawet kiedy próbował to ukryć. Chciał zgrywać twardego, ale gdzieś w głębi niego były uczucia. - Nie martw się tak o niego, wyjdzie z tego. Nie rusza się, ale jest całkowicie świadomy. Musimy go zabrać jak najszybciej do bazy.
Miałem wrażenie jakby podróż trwała w nieskończoność. Trwało to zbyt długo. Po dłuższym czasie udało mi się delikatnie uchylić powieki, aby cokolwiek zobaczyć, chociaż niewiele to dało. Mój ruch był ledwie zauważalny.
Moje nieruchome ciało zostało w końcu przekazane doktor Holiday, która doskonale wiedziała co robić.
-Nie martw się Rex, za chwilę będziesz mógł się ruszać. Za kilka minut zabiorę te nanity. - powiedziała spokojnym głosem, w międzyczasie przygotowując kapsułę, która miała jej pomóc w tym zadaniu. Poczułem ciepło dookoła siebie kiedy gruba szyba opadła na dół, zamykając mnie szczelnie w maszynie. Minęło dobre pół godziny zanim udało mi się otworzyć oczy i poruszyć głową tak, aby zobaczyć wnętrze laboratorium. Na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech kiedy zobaczyłem Valentinę siedzącą na krześle. Była bardzo dokładnie badana przez Holiday.

Valentina
Docierały do mnie słowa szóstego, ale nie mogłam się na nich skupić. Robiło mi się strasznie ciepło, temperatura niebezpiecznie podskoczyła. Gdybym tylko mogła to przespać. Kajdanki znowu były zbyt mocno zaciśnięte. Otaczały mnie skwaszone miny, niezadowolone z przebiegu misji. Zignorowałam to jednak i przespałam całą drogę powrotną. Bałam się jak diabli, ale w tym stanie i tak nie mogłam nic zrobić. Po wylądowaniu Rexa zaniesiono od razu do gabinetu lekarskiego, a ja gdyby nie to, że ktoś trzymał mnie za ramię na pewno teraz leżałabym na ziemi. Szkoda tylko że złapał za to zranione. Nie protestowałam jednak. Żelazne kajdany w końcu zostały zdjęte z moich nadgarstków po czym posadzono mnie na krześle tuż przed doktor Hollyday. Oglądała mnie z każdej strony marszcząc co chwilę brwi. Najpierw zajęła się chłopakiem. Umieściła go w dziwnej maszynie, w której pozostawał zamknięty przez jakiś czas.
- Nie zasypiaj Valentino. - mruczała nerwowo pod nosem, ale jej słowa jakby wpadały jednym uchem, a wypadały drugim.
- Nic mi nie będzie - zadrżałam lekko powoli tracąc świadomość. Słyszałam pełne powątpiewania pomruki. Poczułam jeszcze jak ktoś prowadzi mnie na bardzo wygodne łóżko. Na pewno nie byłam w swoim "pokoju", było tu zbyt dobrze. Poruszyłam się niespokojnie czując szczypanie na nadgarstkach, a po chwili i na ramieniu. Otworzyłam oczy. Czoło pokrywały kropelki potu, a oczy miałam zmęczone i rozbiegane. Napotkałam twarz lekarki, a potem moje spojrzenie zatrzymało się na sylwetce Rexa. Ulżyło mi, że było mu już lepiej. Przez to jednak znowu wpakowałam się w sam środek tego bagna. Oczy same mi się zamknęły.
- Wody... - wyszeptałam i skuliłam się na łóżku. Usta miałam spierzchnięte. Wiedzialam, że sama byłam sobie winna. Wchlonelam zbyt dużo ognia przez co spędzę w łóżku co najmniej dwa dni. Przy dobrych wiatrach... Łapczywie przełknęłam chłodną ciecz ze szklanki przytknietej do moich ust. Kilka kropel spłynęło mi po brodzie. Oddychałam ciężko. Powoli zapadałam w sen choć słyszałam głos Hollyday abym tego nie robiła. A może to nie był sen tylko traciłam przytomność? Jedno jednak było pewne. Po minucie nie miała już kontaktu z otaczającym mnie światem. Całkowicie bezbronna pozostawiona byłam na pastwę obecnych tu ludzi.


Rex

W końcu udało mi się podnieść. Jak zawsze czułem się strasznie, ale przynajmniej nie musiałem sztywno leżeć przez kilka dni. Miałem wrażenie jakby upadła na mnie cięzka maszyna. Mimo wszytsko było warto. Ludzie ze wsi byli bezpieczni, czyli moja misja została spełniona. Nie, nasza misja. Gdyby nie pomoc Valentiny, nigdy by mi się nie udało tego dokonać. To dzięki niej mogłem zająć się wchłanianiem szkodliwych nanitów zamiast martwić się czy jakiś Evo mnie zaraz nie zaatakuje. Byłem jej wdzięczny za pomoc. Uratowała mnie, tym samym poświęcając swoją wolność. Dla niej musiało być to spore poświęcenie. Nie było wiadomo kiedy nadarzy się druga taka okazja.
Rozejrzałem się po laboratorium w poszukiwaniu dziewczyny. Była nieprzytomna, a jakieś urządzenia kontrolowały jej puls oraz tętno. Teraz czułem się winny, że musiała tutaj być. Zaryzykowała swoim zdrowiem, aby pomóc mi w realizacji zadania, chociaż wcale nie musiała tego robić.
Usiadłem obok niej. Doktor Holiday nie było nigdzie w pobliżu. Złapałem Val za rękę, drugą dłonią przeczesując jej włosy. Wyglądała spokojnie kiedy spała. Dotykając jej czoła od razu wyczułem wysoką temperaturę. Bez problemu połączyłem się z jej nanitami, aby sprawdzić co się dzieje. Były rozgrzane, rozszalałe i chaotycznie poruszały się, jakby nie wiedziały co powinny w tej chwili robić. Spróbowałem je jakoś uspokoić, aby obrały prawidłowy tor i zaczęły prawidłowo pracować. Tyle musiało wystarczyć. Nie byłem w stanie jej bardziej pomóc, jak tylko uspokoić jej nanity. Reszta leżała w rękach Holiday.
Przeczesałem jej włosy uśmiechając się pod nosem. Jej oddech nieco się uspokoił, ale nadal pozostawała w śnie. Oddaliłem się nieco, pamiętając że nie mogę się zbytnio zbliżać. Lepiej, aby jej nanity po raz kolejny się nie rozszalały, kiedy zobaczy mnie tak blisko siebie. Były silne, ale bardzo niestabilne, jakby brakowało im przewodnika.

Valentina
Obudziłam się obolała. Dookoła siebie widziałam dziwne urządzenia, a długie kabelki były połączone z moim ciałem. Kroplówka? Ociężała usiadłam na krawędzi łóżka i jednym ruchem wypięłam wenflon. Lekko zapiekło, ale nic poza tym. Gorączka spadła, a ja czułam się o niebo lepiej. Wszystkie elektrody w końcu zostały odpięte, a ja poczułam się wolna. Próbowałam sobie przypomnieć wszystko co działo się odkąd poprosiłam dwóch mężczyzn o pomoc. Znowu byłam uwięziona... Co miałam robić? Kiedy znowu nadarzy się okazją do opuszczenia tego miejsca? Nie chciałam do końca życia być więźniem! Na ten jednak moment nie miałam wyboru. W gabinecie byłam sama. To była idealna okazja aby troszkę pomyszkować. Podeszłam do biurka i otworzyłam dwie pierwsze szuflady. Były tam tylko jakieś papiery, długopisy i dziwne tabletki. Przeszukałam całe pomieszczenie, ale nic nie znalazłam. Wyostrzyłam słuch aby sprawdzić czy nikt przypadkiem się nie zbliża. Teren był czysty. W rogu pokoju stała jeszcze jedna szafka. Niestety... Zamknięta na klucz. Zastanawiałam się co może być w środku, czy może coś z tych tajemnych rzeczy dotyczyło mnie? Usłyszałam kroki. Szybko wróciłam na swoje miejsce na łóżku i usiadłam przybierając swobodną pozycje. Do środka weszła doktor Holiday, a za nią Rex i jakiś osiłek.
- Widzę, że się obudziłaś. To bardzo dobrze... Zaczynałam się martwić, bo minęły już trzy dni. Co się wydarzyło na waszej misji?- zapytała z zainteresowaniem lekarka. Nie zamierzałam opowiadać jej o moich mocach, co to to nie. A skoro pytała mnie to znaczyło, że Rex nic nie powiedział? Nie! Na pewno zdał raport.
- Nie pamiętam - skłamałam gładko wpatrując się w ludzi przede mną. Uważnie przyjrzałam się Rexowi. Miałam dziwne wrażenie, że zrobił coś kiedy byłam nieprzytomna. Gorączka była o wiele znośniejsza niż zwykle. Postanowiłam go o to jednak zapytać później. Włosy miał lekko zmierzwione, jakby dopiero brał prysznic. Wyglądał na wypoczętego w przeciwieństwie do mnie. Całe szczęście, że ktoś zmienił mi ubranie na czyste. Osiłek założył ręce na piersi i spojrzał na mnie wyraźnie zniecierpliwiony. Wyraźnie nie miał ochoty na miłe pogaduchy. Wyglądał raczej na takiego który jednym ruchem potrafi skręcić kark. Był łysy i przypakowany. Jednym słowem wyglądał groźnie. Spotkanie z takim typem w ciemnym zaułku byłoby fatalnym zdarzeniem.
- Biały chce z nią rozmawiać... - mruknął spoglądając to na mnie to na doktor Holiday.
- Wykluczone. Dopiero się obudziła. Muszę zrobić dodatkowe badania.- odpowiedziała pani doktor. Osiłek jednak nie wyglądał jakby miał zamiar odpuścić.
- Mam wykonać rozkaz... Badania później - prawie warczał. Wzruszyłam lekko ramionami. Ciągle kręciło mi się lekko w głowie i byłam osłabiona, nie jadłam też żadnego porządnego posiłku od kilku dni. Wolałam się jednak nie odzywać. Czułam, że ten dzień i tak będzie ciężki.

Rex

Zerwałem się na nogi kiedy doktor Holiday wróciła do laboratorium. Wcześniej nie pozwoliła mi zostać w środku razem z dziewczyną, dlatego musiałem czekać kiedy była nieobecna. Z każdym dniem byłem coraz bardziej niecierpliwy. Holiday mówiła, że w końcu Valentina odzyska przytomność, ale nikt nie wiedział kiedy to nastąpi. Przez ten czas zdobyła kilka cennych informacji o jej nanitach, które pomogą dziewczynie, jeśli będzie wymagała leczenia. Mi jednak niewiele to dawało. Nadal musiałem czekać.
W czasie raportu nie powiedziałem wiele o jej mocach. Chciałem zachować to w tajemnicy. Przez ten czas Providence nas nie obserwowało. Nie wiedzieli co się tam wydarzyło. Notatka o niewielkiej pomocy Val w powstrzymaniu Evo od ataku powinna im wystarczyć. Byłem jej wdzięczny za tą pomoc, jednak póki tego chciała, powinienem zachować to dla siebie.
Wszedłem do pokoju, kiedy tylko drzwi zostały otwarte. Valentina w końcu się ocknęła. Poczułem jak kamień spada mi z serca. Uśmiechnąłem się pod nosem.
-Daj spokój, Biały może poczekać na jej wizytę. Doskonale pamięta co stało się ze mną kiedy NATYCHMIAST kazał mi się stawić po misji, chociaż nie byłem w stanie. Nie pozwolę jej wstać, najpierw musi odpocząć. - powiedziałem poważnie spoglądając na osiłka. Valentina musiała odpoczywać.
-Rex ma rację. Dziewczyna jest wycieńczona i potrzebuje bardzo dużo odpoczynku oraz jedzenia. Macie jej jak najszybciej przynieść posiłek i wody. Musi dużo pić, aby nabrać siły. To jest w tej chwili najważniejsze. - doktor Holiday była bardzo stanowcza wypowiadając te słowa. - A jeśli Biały chce ją widzieć teraz, niech sam tutaj przyjdzie i ją przepyta. W przeciwnym razie nie przeszkadzajcie mi w pracy. - warknęła w stronę osiłka.
Jeśli do walki satnąłby Biały Rycerz i Holiday, przywódca od razu by przegrał. Pani doktor była miłą kobietą i wspaniałym naukowcem, ale wolałbym nie zaleźć jej za skórę. Była niebiezpieczna kiedy się denerwowała.
Osiłek mruknął jedynie coś pod nosem wychodząc z laboratorium. Zaśmiałem się cicho siadając obok dziewczyny.
- Na razie nie powinien ci przeszkadzać, póki Holiday będzie stawiała na swoim. Jak się czujesz? Nieźle wszytskich wystraszyłaś przesypiając tyle dni.

Valentina
Patrzyłam na ostrą wymianę zdań między osiłkiem, a doktor Holiday. Najwyraźniej to ona miała decydujący głos w tym pomieszczeniu. Przynajmniej nie musiałam wstawać i ruszać się z miejsca. Po przeszukaniu pokoju zaczęło mi się kręcić w głowie. Nie mogłam nawet już wstać o własnych siłach, a co dopiero mówić o chodzeniu na dalekie odległości. Może niepotrzebnie odłączyłam tą kroplówkę... Zawsze to było choć trochę więcej energii. Jakiekolwiek pożywienie, które trzymało mnie przy życiu. Złapałam się za brzuch kiedy wydobyło się z niego głośne burczenie.
- Rozkazy są jasne. Nie dostanie jedzenia- powiedział na odchodne osiłek o już go nie było. Mieli albo zamiar zagłodzić mnie na śmierć, albo torturować. Ani pierwsza ani druga opcja nie wydała mi się dobra. Spojrzałam na Rexa kiedy usiadł blisko mnie. Wzruszyłam delikatnie ramionami. Jego brązowe oczy błyszczały kiedy na mnie spoglądał. Czarne włosy opadały mu lekko na oczy.
- Nieźle tylko... Jestem strasznie głodna i zmęczona. W głowie mi trochę wiruje, ale tak poza tym wszystko w porządku. - powiedziałam cicho przesuwając się do końca łóżka i opierając się o ścianę. Przymknęłam oczy.
- To ty mnie wystraszyłeś, a wyglądasz jakby nigdy nic ci się nie stało - mruknęłam cicho. Doktor Holiday z powrotem podpięła mi kroplówkę po czym wróciła do papierów na biurku. Czułam jak przechylam się na lewą stronę tracąc oparcie. Szybko otworzyłam oczy i przytrzymałam się ręką aby nie upaść.
- Wybacz...- prawie wylądowałam na Rexie. Delikatne rumieńce wyszły na mojej twarzy kiedy wracałam do poprzedniej pozycji. Odwróciłam wzrok od chłopaka i skupiłam wzrok na doktor Holiday. Ta uważnie mi się przyglądała po czym zapisała coś w swoim dzienniku.
- Kiedy ostatni raz coś jadłaś? - zapytała podchodząc bliżej.
- Nie wiem... Chyba trzy dni temu... Rano - mój brzuch zaprotestował na wspomnienie o jedzeniu. Byłam okropnie głodna. Nie wiedziałam jednak czy cokolwiek w tym miejscu dostanę. Wszyscy podlegali Białemu... Bałam się okropnie tego co będzie dalej. Zadrżałam, a nanity we mnie zawirowały. Odetchnęłam głęboko uspokajając się trochę. Przecież żyłam... A to było najważniejsze.


Rex

-Może Biały rządzi tym miejscem, ale laboratorium jest moim rewirem. Jeśli twierdzę, że mój podopieczny musi coś zjeść, tam na się stać. - warknęła osiłkowi na odchodne. Dawno nie widziałem jej aż tak wkurzonej. Z miłej kobiety zmieniła się w agresywną lwicę, która miała zamiar chronić swoje młode. Ostatni raz widziałem ją w takim stanie kiedy tutaj przybyłem i zniszczyłem całe laboratorium.
-Holiday mówi, że do jutra powinno ci się polepszyć. Na kilka dni masz zakaz uczestniczenia w misjach i treningach. Kazała też ci zmienić pokój. Uwierz mi, jeśli Holiday czegoś chce, zawsze to dostaje...-ostatnie słowa wyszeptałem, aby tylko Val mnie usłyszała. Zaśmiałem się cicho. Przy niej nawet Biały wyglądał jak posłuszna myszka. Wystarczyło ją zdenerwować i role szybko się odwracały. Wiedziała jak manipulować Białym, zwłaszcza kiedy groziła, że przestanie pracować dla Providence. -Na jakiś czas zamieszkasz u mnie i mam alarmować kiedy coś się zacznie dziać. Można powiedzieć, że od dzisiaj będę twoją nową opiekunką. Biały początkowo nie był z tego zadowolony, ale Holiday i Szóstemu w końcu udało się go do tego przekonać. - uśmiechnąłem się delikatnie - A o tamto nie musisz się martwić. To jedynie niewielkie przeciążenie nanitami. To tylko wygląda groźnie. 
-To nie zabawa Rex. Masz się o nią troszczyć i mówić mi o wszystkich zmianach. Może to nauczy cię w końcu odpowiedzialności. - powiedziała poważnie podchodząc do nas. Wywróciłem jedynie oczyma. Potrafiłem być odpowiedzialny, nawet bardzo. Po prostu nie chciałem taki być. W tedy było zabawniej. Gdyby dziewczyna nie wyruszyła ze mną na misję, na pewno nie układałbym jakiegoś nudnego planu i poszedłbym na żywioł. Początkowo właśnie taki miałem plan.
-W czasie misji udało mi się ją ochronić. Widzisz Holiday? Potrafię być rozważny i odpowiedzialny. - w odpowiedzi kobieta uderzyła mnie jedynie delikatnie w głowę, posyłając karcące spojrzenie. Prychnąłem pod nosem.
-Nie mów mi tutaj o odpowiedzialności, Rex. Coraz częściej przynoszą mi cię ledwie przytomnego. Nie potrafisz się zatroszczyć o swoje własne życie, więc może ta dziewczyna cię czegoś w końcu nauczy. Z każdą misją ryzykujesz coraz bardziej. Twoje nanity są bardzo silne, ale nie jesteś niezniszczalny, zrozum to w końcu. - odpowiedziała surowym głosem. A ja nie miałem ochoty słuchać następnego kazania od swojej "mamy".
Ignorując mnie, Holiday podsunęła Valentinie porcję ciepłego posiłku.
-Zjedz i odpocznij trochę. Wieczorem Rex zabierze cię do pokoju i masz od razu iść spać. Do tego czasu zostaniesz tutaj na obserwacji. Przez kilka dni będziesz się żywiła według przygotowanej przeze diety. Musisz szybko uzupełnić brakujące witaminy i odzyskać siły.

Valentina
Najwyraźniej to doktor Holiday miała ostateczny głos. W miejscu gdzie wszyscy byli skorumpowani i nie zwracali uwagi na ludzkie potrzeby był to wyczyn. Biały ogarnięty dziwną rządzą pozbycia się domniemanego zagrożenia całkowicie oszalał. Jeśli tak dalej pójdzie wybije wszystkie Evo, aż na świcie pozostanie tylko on jeden. Wszystkie anomalie były zagrożeniem, a on jako jedyny czysty zamierzał wyeliminuje każdego kto stanie mu na drodze. Z zakłopotaniem spuściłam wzrok wspominając to jak uratował mi życie. Naprawdę niewiele wtedy brakowało. Gdyby nie on byłoby już po mnie. Uśmiechnęłam się na to przyjacielskie przekomarzanie. Chwila... Miałam zamieszkać z Rexem? Odetchnęłam raz jeszcze. Przecież nic mi się nie stanie. Teraz też jesteśmy w jednym pokoju, a tam przynajmniej będę bezpieczna. Dopiero się poznaliśmy i jak do tej pory nie dał mi powodów dla których powinnam się go obawiać. Z wdzięcznością przyjęłam talerz z jedzeniem i w mgnieniu oka pochłonęłam wszystko co się na nim znajdowało. Nasyciłam swoje pragnienie głodu i od razu poczułam się lepiej.
- Dziękuję... Ale czy to wszystko jest konieczne? Zdarzało mi się to już w przeszłości. Kilka dni i zazwyczaj było po wszystkim, a tym razem zniosłam to o wiele lepiej - powiedziałam z przekonaniem w głosie zwracając się do doktor Holiday. Kobieta uparła się jednak abym została do końca dnia.
- Może opowiesz coś o sobie...- po jakichś dwóch godzinach bezczynnego siedzenia zwróciłam się do Rexa. Skoro miałam spędzać noce w jego towarzystwie, dobrze byłoby coś o nim wiedzieć. Jak już się dowiedziałam, nie pamiętał niczego ze swojej przeszłości. Dla niego życie zaczynało się w Providence. Moje życie tu się kończyło. Nie widziałam dla siebie przyszłości. Chciałam stąd odejść, a zaprzepaściłam na to jedyną okazję. Przyglądałam się czarnowłosemu chłopakowi próbując wyczytać z jego twarzy jakieś nieszczere intencje jednak nic takiego nie znalazłam. Oparłam głowę o chłodną ścianę nie spuszczając z niego wzroku. Był dla mnie zagadka, a ja nie znosiłam zagadek. Irytowało mnie jeśli nie wiedziałam czegoś od razu. Zmniejszało to moje szanse na ratunek... Niepewność.

-  Co robisz poza spełnianiem rozkazów waszego stukniętego przywódcy? - uśmiechnęłam się jednym kącikiem ust. Miałam nadzieję, że skłonie go do mówienia. Nie wydawał się być nieśmiały. Do tej pory pokazywał swoją otwartość i odwagę. Cieszyłam się że nie należy do tych okrutnych. Nawet jeśli za jego sprawą straciłam szansę na ucieczkę... Spłaciłam swój dług, nie zostawiając go na pastwę losu.



Rex

-Muszę cię przebadać. Jeśli coś ci się stanie w czasie jednej z misji, łatwiej będzie ci pomóc. To rutynowa kontrola, nie przejmuj się. Muszę wiedzieć jak najwięcej o odporności twojego organizmu i pracy nanitów. Już większość badań mam. Ale przerwałaś jedno, odpinając się od maszyny. - muknęła pod nosem patrząc na dziewczynę niezadowolona. Kiedy tylko Valentina zjadła, z powrotem podpięła ją do aparatury, aby pobrać więcej informacji. Zaśmiałem się cicho posyłając dziewczynie spojrzenie mówiące "z nią nie wygrasz".
-Aż tak ci się podobam, że chcesz wiedzieć o mnie więcej? - zaśmiałem się cicho. - Taki żarcik. -uśmiechnałem się jednym kącikiem ust. Jej mina wyglądała zabawnie. Sądząc po tej reakcji, nie spodziewała się takiej odpowiedzi.
-Przeważnie ćwiczę. Sama rozumiesz, muszę być w formie, aby nie paść na następnej misji. Szósty jest dosyć wymagający jeśli o to chodzi. Muszę mieć dużo siły, aby tworzyć maszyny i walczyć. Było trudno, ale z czasem udało mi się przyzwyczaić. Niekiedy udaje mi się wyjść na miasto, ale jak pewnie się sama domyśliłaś, Biały niechętnie się na to zgadza, tym bardziej bez obstawy. Jakbym miał nagle stracić nad sobą panowanie i rozwalić całe miasto. 
Spojrzałem na nią przechylając głowę na bok. Była ciekawą osobą i wielką tajemnicą. Raczej nie za wiele chciała o sobie mówić, a mnie coraz bardziej ciekawiło jaka była. Wolałem jednak jeszcze trochę odczekać zanim zacznę ją wypytywać o jej życie. Być może w trakcie znajomości sama mi coś o sobie powie i się bardziej otworzy.
-Dzięki, że mi w tedy pomogłaś. Gdyby nie ty, nie wiem po jakim czasie Prvidence by mnie znalazło, albo chociaż by się zainteresowali moim zniknięciem. Może po kilku godzinach by mnie odnaleziono. Albo by po prostu zostawili.

Valentina
Aparatura wydawała z siebie dziwne dźwięki jednocześnie zapisując pomiary na dziwnych karteczkach z liniami i liczbami. Doktor Holiday co jakiś czas mruczała coś do siebie pod nosem jakby wyniki nie do końca ją zadowalały. Nie zamierzałam się jednak skupiać na niej zbyt długo. I tak byłam już wystarczająco zmęczona, a ona zapewne nie powiedziałaby mi niczego. Marnowanie na nią energii byłoby stratą czasu. Zaśmiałam się lekko na jego słowa. Myślał, że wprawi mnie w zakłopotanie? Chyba zapomniał, że przez całe życie mieszkałam z jednym facetem.
- Raczej intrygujesz - przyjrzałam mu się uważnie i przewróciłam lekko oczami. Zachowywał się jakby mógł mnie urazić małym żartem albo złośliwością. Nie byłam kruchym jajkiem, o które trzeba było się troszczyć na każdym kroku. Przemilczałam to jednak mając nadzieję, że było to jednorazowe. Zmierzyłam go spojrzeniem od stóp do głów. Nie trudno było zauważyć mięśnie na ciemnej skórze. Naprawdę musiał dużo trenować aby uzyskać takie efekty.
- Ćwiczysz? Nie zauważyłam... Może podnosisz zbyt małe ciężary?- uśmiechnęłam się, ale już po chwili spoważniałam. Nie mogłam go wtedy zostawić... W obcym miejscu, zdany tylko na siebie. Wiedziałam jak to jest być bezsilnym, a nawet głodującym. Kiedy jedyne czego pragniesz to umrzeć. On by tego nie zrozumiał. Mojego życia przed spotkaniem z Pierwszym. Był moim opiekunem i uratował mi życie. Rexa znaleźliby prędzej czy później, ale wtedy... Widziałam w nim samą siebie.
- Ty także uratowałeś mi życie. Spłacałam swój dług - puściłam do niego oko mając nadzieję, że go rozbawię. - A tak naprawdę to sama się bałam. Gdybym sama była w takiej sytuacji nie chciałabym być zdana sama na siebie. Potrzebowałeś pomocy i wiem, że zrobiłbyś na moim miejscu to samo.- Naprawde musiałam choć trochę odreagować. Ciągle chodziłam spięta i wystraszona. Napięłam swoje mięśnie słysząc kroki na korytarzu za drzwiami. Były jeszcze daleko. Spięłam się i wlepiłam wzrok w drzwi zapominając o chłopaku siedzącym tuż obok. Słyszałam cichą rozmowę.
- Biały jest niezadowolony
- Jak tak dalej pójdzie rozkaże wybić wszystkie EVO
- To ta dziewczyna wprawia go w taką wściekłość... Nie wiem jakie ma co do niej plany, ale nie chciałbym być w jej skórze. Wiem tylko, że jeżeli nie przyprowadzimy jej do niego to szybko stracimy głowy - byli coraz bliżej. Nie słyszałam tego co mówił do mnie chłopak nadal skoncentrowana na mężczyznach za drzwiami. Drżałam ze strachu i wściekłości. Ręce miałam ciepłe. Oprzytomniałam dopiero kiedy drzwi się otworzyły. Spojrzałam na Rexa mając nadzieję, że nie zauważył mojego dziwnego zachowania. Skarcilam sama siebie w myślach za tą nieostrożność. Im mniej o mnie wiedzieli tym byłam bezpieczniejsza. Zastanawiałam się jaką mam podjąć decyzję. Czy powinnam współpracować i wyczekiwać szansy na ucieczkę czy raczej walczyć do utraty tchu i życia..?
- Biały nie będzie dłużej czekać - powiedział rosły brunet z bronią w dłoni cierpliwie czekający przy drzwiach. Nie spuszczał że mnie wzroku. Był to ten sam mężczyzna, który kilka dni temu zakładał mi kajdanki na dłonie. I tym razem trzymał je na jednym palcu z wyraźnym zamiarem ich wykorzystania. Zadrżałam prawie niezauważalnie. Nanity trochę się uspokoiły i byłam w stanie już nad sobą panować. Odetchnęłam lekko. Spogladajac to na Rexa to na mężczyzn próbowałam ułożyć w głowie jakiś plan. W tym momencie miałam tylko jedną wielką, czarną pustkę. Jako więzień nie miałam żadnych praw. Mogli posunąć się do wszystkiego, a to zmniejszało moje szanse na przetrwanie.


Rex

-To tylko tona na jedną mechaniczną rękę. Też myślę, że to mało, ale każdy musi od czegoś zaczynać. Nie można mieć wszystkiego - zaśmiałem się cicho. Od dawna nie miałem z kim żartować. Przynajmniej raz można było się rozluźnić i zapomnieć o tym miejscu, o misjach, rozkazach i o Białym. Holiday nie za często miała czas, aby ze mną żartować. Przeważnie była zajęta badaniami, niejednokrotnie nie przesypiając noce albo robiła na mnie nowe pomiary. A Szósty... Właściwie to Szósty. Prędzej ja zmutuję zanim on zacznie żartować jak normalny człowiek. Oni jako jedyni traktowali mnie jak człowieka, równego sobie, który może coś osiągnąć. Dla innych byłem jedynie narzędziem, którym mogą się posługiwać, aby pozbywać się Evo lub kiedy misja jest zbyt niebezpieczna. Niezależnie od tego jak ciężko było, nadal był to mój jedyny dom. Nie wiedziałem o sobie niczego i musiałem poznawać to na nowo. Po utracie pamięci znałem jedynie swoje imię, nic więcej.
-Nie każdy by to zrobił. Miałaś dwie okazje na ucieczkę, mimo to zostałaś ze mną. Ale nie miałaś wobec mnie żadnego długu. Jesteśmy od teraz partnerami, a partnerzy sobie pomagają.
-Są przed drzwiami - powiedziała poważnie Holiday, patrząc na kamerę, która monitorowała wejście do laboratorium. Jak widać nie dawali sobie spokoju z przyprowadzeniem dziewczyny do Białego. Facet mógłby w końcu nauczyć się cierpliwości i zacząć szanować inne osoby. -Wynoście się! Tylko mi przeszkadzacie w badaniach! Zachciało wam się młodej dziewczyny bez ubrań oglądać! Chociaż raz byście pukali! - kobieta od razu się na nich rzuciła, wypychając osiłków z pomieszczenia. Szybko zamkneła za nimi drzwi, dając nam kilka minut przewagi.-Zabierz ją stąd, już.- machnęła na mnie ręką pośpieszając.
Odpiąłem dziewczynę od aparatury, biorąc ją na ręce. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu, więc trzeba było się pośpieszyć. Nie było czasu nawet na chwilę zastanowienia.
-Jak widać Biały jeszcze poczeka. Idziemy stąd. - wolną ręką otworzyłem szyb wentylacyjny. Pomogłem najpierw wejść do niego dziewczynie, po czym sam do niej dołączyłem. Bezszelestnie pokazałem jej, aby szła przez siebie, a później skręciła w lewo. Minie nieco czasu zanim nas znajdą. Denerwowanie Białego było jedną z moich ulubionych rekreacji.

Valentina
Najwyraźniej nikt niczego nie zauważył. Oczywiście było mi to na rękę, mogłam więc w spokoju odetchnąć z ulgą. Ze zdziwieniem obserwowałam jak strażnicy zostają wyrzuceni z gabinetu, a drzwi za nimi się zamknęły.
- Jakbym w życiu gołej baby nie widział - usłyszałam zza drzwi ciche prychnięcie. Uniosłam jedną brew w pytającym geście. Dlaczego odwlekali to spotkanie? Przecież prędzej czy później i tak tam trafię. Nie było im to na rękę, a jednak mi pomagali. Próbowałam zaprotestować kiedy Rex mnie podniósł, ale nic do niego nie docierało. Nie byłam kukiełką, więc dlaczego wszyscy chcieli mną sterować? Osiłki zaczynały się już niecierpliwić. Wyraźnie słyszałam nerwowo postukujący but na posadzce. Weszłam niezgrabnie do szybu i przeszłam kilka metrów do przodu. Kręciło mi się w głowie od nagłego ruchu, ale nie zatrzymywałam się. Skręciłam w lewo jak nakazał mi mój towarzysz, potem w prawo i jeszcze kilka metrów prosto. Miałam wrażenie, że droga nigdy się nie skończy. Musiałam na chwilę się zatrzymać kiedy brakło mi tchu. Starałam się oddychać jak najciszej. W końcu przez szyby wszystko się niosło. Potrząsnęłam delikatnie głową i wyszłam z szybu na otwartą przestrzeń. Znaleźliśmy się w jakimś dużym pokoju. Był ładnie urządzony. W roku stało duże łóżko, przykryte brązową narzutą. Nie byłam w stanie skupić się na niczym więcej. Oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy. W głowie mi wirowało jak na karuzeli. Rex szybko wylądował na ziemi tuż obok mnie. Na chwilę byliśmy bezpieczni. Może godziny albo minuty dzieliły nas od ponownego zlokalizowania. Osunęłam się na ziemie, podciągnęłam kolana pod brodę i spojrzałam na chłopaka.
- Zaraz mi przejdzie. Potrzebuje tylko chwili...- powiedziałam na powrót przymykając oczy - Dlaczego to zrobiliście? - zapytalam po dłuższej chwili. Otworzyłam oczy kiedy świat się zatrzymał i oparłam się wygodniej o ścianę. Byłam zadowolona z odsunięcia w czasie tego spotkania oraz faktu, że nikt nie zauważył, że nie byłam zaskoczona wejściem tamtej dwójki. No na pewno nie doktor Holiday. Stała za daleko i zajęta była papierami. Co innego Rex. Wyczuwał moje nanity i przyglądał mi się uważnie. Nie zachowywał się jednak jakby się czegoś domyślił.
- Myślisz, że szybko nas znajdą? Wtedy także mnie obronisz Supermanie?- pokazałam mu język i uśmiechnęłam się przekornie. Jeszcze nigdy z nikim tak dobrze mi się nie rozmawialo. Czułam się jakbym znalazła z kimś wspolny język. W końcu Rex był bardzo do mnie podobny. Z tym wyjątkiem, że ja nie zawsze potrafiłam kontrolować swoje moce. Prawie nigdy mi to nie wychodziło. Musiały władać mną silne emocje jak te w mieście aby coś z tego wyszło. Wtedy zadziałał strach. W większości przypadkach ogień jednak wyskakiwał niekontrolowanie. Dopiero od niedawna zaczęłam się uczyć go opanowywać. Teraz jednak bez Pierwszego... Sama nie byłam w stanie sobie poradzić.