Rex
-Nie myślicie chyba, że zostawię moją nową przyjaciółkę na pożarcie Białego? Idę z wami. Muszę wiedzieć co facet dokładnie zadecyduje, aby mój nową wspierać. - powiedziałem stanowczo. Kiedy już ruszyliśmy, delikatnie uśmiechnąłem się do dziewczyny. - Nie martw się, będę przy dobie. Odpowiedzialność za wcześniejszą ucieczkę biorę całkowicie za siebie, więc nie musisz się niczym przejmować. Wbrew pozorom nie jest tutaj aż tak źle. - wyszeptałem do niej, aby chociaż trochę pocieszyć dziewczynę. Była miła i nawet mi się spodobała, dlatego nie chciałem zostawiać jej tutaj samej. Nieobeznana w zasadach panujących w tym miejscu na pewno szybko by trafiła do Białego na dywanik, dlatego był jej potrzebny ktoś, kto wszystko wytłumaczy. Oczywiście tym kimś zamierzałem być ja. Mały flirt w międzyczasie też nikomu nie zaszkodzi. Przynajmniej miło spędzimy czas i się zabawimy.
W końcu dotarliśmy do gabinetu, w którym miał nas przyjąć Biały Rycerz. Gabinetu, a raczej zwykłej prowizorki. Było to niewielkie pomieszczenie z białymi ścianami a na środku największej ściany wisiał ekran. Po chwili zobaczyliśmy twarz Białego.
Tak naprawdę nikt nie wiedział gdzie facet miał swój gabinet. Jedynie najbardziej zaufani posiadali takie informacje. Tłumaczył się bezpieczeństwem, jako, że jest tutaj najważniejszą osobą, jednak każdy wiedział, że zwyczajnie nie chciał zarazić się nanitami. Od czasu "wypadku" był całkowicie czysty. Tak właściwie miał obsesję na punkcie Evo i sam nie chciał się nim stać. Ani trochę nie wiedział jak działały nanity.
-Rex, jak miło cię znowu zobaczyć. - powiedział mężczyzna nieprzyjemnym tonem. Ubrany był w biały garnitur oraz miał śnieżnobiałe włosy. Raczej nie będzie zbyt dużym zaskoczeniem jeśli powiem, że był w białym gabinecie z białymi meblami. Facet zdecydowanie miał zbyt dużą obsesję na tym punkcie. Zdecydowanie za bardzo przesadzał z czystością. Nawet jedzenie, które mu podawano, musiało być peerfekcyjnie oczyszczone i przebadane, aby nie zawierały ani jednego nanitu. -Zaledwie wczoraj się widzieliśmy. W tym czasie zdążyłeś już zepsuć misję i zacząć działać na własną rękę ignorując rozkazy, wymknałeś się w nocy, przyprowadziłeś tutaj jakąś dziewuchę, ukrywałeś ją i do tego uciekałeś, kiedy kazałem ją przyprowadzić. Z dnia na dzień sprawiasz coraz więcej problemów. - odparł zdenerwowany, jednak szybko postarał się uspokoić. Najważniejsze, że dziewczyny nie obwiniał za to, że spotkanie opóźniło się. Jeszcze by brakowało, aby przeze mnie miała problemy na samym starcie. Tak naprawdę nie była niczemu winna. Na słowa Białego wzruszyłem jedynie niechętnie ramionami.
Valentina
Byłam mu wdzięczna za towarzystwo, ale nie musiał o tym wiedzieć. W końcu o to nie prosiłam więc nie byłam raczej nic dłużna. Uśmiechnęłam się jedynie kącikiem ust i szłam za półgłówkami w bliżej nieokreślonym kierunku. Jeśli ten ich Przywódca chciał ze mną rozmawiać to równie dobrze sam mógł się do mnie pofatygować. Nie byłam jakimś niewolnikiem, który miał się zjawiać wtedy kiedy go wołano.
Nie powiedziałam tego jednak. Swoje przemyślenia wolałam zachować dla siebie. Nigdy nie miało się pojęcia na kogo się trafi, ani jak te informacje postanowią wykorzystać przeciwko nam. Rex nie wydawał się zły, ale nie wszystko wydawało się niewłaściwe na pierwszy rzut oka. Z drugiej strony próbował mnie chronić i nie miałam żadnych podstaw aby mu nie zaufać. Oprócz tajemniczego listu od Pierwszego, ale może on nie znał Rexa... Poza tym ten chłopak próbował go uratować, a to musiało coś znaczyć. Odetchnęłam głęboko. Weszliśmy do dziwnego pokoju w którym znajdował się tylko duży ekran, który po paru sekundach zaświecił się, a na samym środku pojawił się jakiś mężczyzna. Wszystko co go otaczało było w kolorze białym. Nawet jego ubranie i włosy były dokładnie w tym odcieniu. Wydało mi się to co najmniej chore. Uniosłam jedną brew widząc, że ten człowiek bez żadnego powodu naskoczył na chłopaka, który jako jedyny był tu dla mnie miły. Jeszcze nie postanowiłam co począć w stosunku do niego, ale nie zamierzałam też dać nim pomiatać. Byłam mu to winna przynajmniej za próbę uratowania mojego opiekuna.
-Ta dziewucha po pierwsze ma imię. Jeśli już chciał się "pan" ze mną widzieć to nie wydaje mi się aby był potrzebny ten nieuprzejmy ton. Poza tym nie jest winą Rexa niepowodzenie misji, a dobór ludzi jakich "pan" do niej wybrał. Przypadkowych zbirów z ulicy?- powiedziałam z wyraźnym lekceważeniem w głosie- skoro i tak nie chcesz mnie tu widzieć to może wypuścisz mnie i dasz spokój?
. Tak naprawdę to ten człowiek był odpowiedzialny za śmierć mojej rodziny. On był przywódcą i on mógł to powstrzymać.
-Jak śmiesz się tak do mnie odzywać. Jesteś w tym miejscu nikim i to ja zdecyduje co z tobą zrobić. Nigdzie stąd nie pójdziesz, a od tej pory moi dwaj strażnicy będą cię pilnować aby zapobiec ewentualnej możliwości ucieczki. Twoje moce mogą okazać mi się niezbędne- warknął w moją stronę mężczyzna z ekranu, a za mną pojawiło się jeszcze dwóch strażników. Ci nie wyglądali na przygłupów. Wręcz przeciwnie... Sprawiali wrażenie jakby jednym ruchem mogli połamać kości w czyimś ciele jak małe zapałki. Nie dałam po sobie poznać strachu choć w duchu trzęsłam się cała. Należało stwarzać pozory czego Pierwszy uczył mnie przez całe moje życie. Nawet powieka mi nie drgnęła. Mężczyzna w białym garniturze zniknął z ekranu tak jakby nie należały mi się żadne wyjaśnienia. Założyłam ręce na piersiach i spojrzałam na moich "ochroniarzy". Musiał istnieć sposób aby się stąd wydostać! Swoim nierozważnym gadaniem pogrążyłam swoją i tak marną sytuację. I tak by mnie nie wypuścił (byłam tego absolutnie pewna), ale może obeszłoby się bez tych drabów...Teraz jednak nie było już odwrotu. Spojrzałam na Rexa i uśmiechnęłam się lekko. Przynajmniej ten biały idiota odpuścił sobie dalszą gadaninę i zostawił nas w spokoju.
-Odprowadzimy cię do twojego pokoju- powiedział jeden z mężczyzn popychając mnie lekko do przodu. Miałam ochotę na niego nawrzeszczeć, ale darowałam to sobie. Miałam dość przygód jak na jeden dzień. Obawiałam się jednej rzeczy... Czy moje torby będą na mnie czekać i czy nikt ich w tym czasie nie przeszukał. Kątem oka zerknęłam na chłopaka. Nie miałam szans na razie się stąd wydostać i wyglądało na to, że spędzimy razem dużo czasu.
Rex
W końcu "audiencja" zakończyła się i mogliśmy w spokoju wrócić do swojego pokoju. Właściwie zastanawiało mnie gdzie będzie mieszkała od tej chwili Valentina. Nie przypominam sobie, abyś gdzieś były wolne pokoje. Zazwyczaj wypełniali je pracownikami i wszystkie koszta były wyliczone co do grosza. Być może zorganizują coś w przeciągu kilku godzin i dziewczyna będzie miała własny kąt w tym miejscu. Było to bardzo pomocne chwilami, móc od wszystkich się odizolować i poudawać, że jest się normalną osobą z normalnym życiem, bez żadnych zmartwień i walki z EVO.
-Panowie pozwolą, że porwę ją na chwilę. - powiedziałem głosem nie znoszącym sprzeciwu wyprzedzając ich znacznie, jednak nadal pozostając na ich widoku. Nie chciałem dzisiejszego dnia narażać dziewczyny na większy gniew naszego szefa.
Wziąłem dziewczynę pod rękę idąc do przodu. Na plecach cały czas czułem chłodny wzrok jej "nianiek".
-Dzięki za wstawienie się za mną, ale następnym razem tego nie mów. - powiedziałem nieco poważniej. W tej chwili przyszła pora na to, aby poznała kilka zasad, które panowały w tym miejscu. Bez tego na pewno długo nie przetrwa tutaj, a mogły one nie raz ocalić skórę. - Pamiętaj, ja mogę się wstawić za tobą, ponieważ znam Białego. Potrzebuje mnie, dlatego nawet jak narzeka, co najwyżej może mi dać nieszkodliwą karę. Ty natomiast jesteś tutaj świerzakiem. Powinnaś trzymać się zasad i nie wstawiać się za innymi, zwłaszcza jeśli właśnie dostali ochrzan. Może i Biały dąży do ochrony ludzkości, ale jest z niego bardzo nieprzyjemny typ. My dla niego jesteśmy jedynie zmodyfikowanymi maszynami, dlatego lepiej się nie narażać. Litość może poczuć jedynie w stosunku do tych, których uważa za ludzi. Nic z tym nie zrobimy, dlatego trzymamy się jego zasad. - mój ton był cały czas poważny. Powinna na serio wziąć moje słowa do serca, jeśli tylko zależało jej na życiu. Mnie dodatkowo ochraniał Szósty i Holiday, jednak nie miałem pojęcia czy i za nią by się wstawili. Mnie znali już od ponad roku, Valentina jednak była nowym nabytkiem. Znając Holiday na pewno by jej broniła, jednak Szóstego o wiele trudniej było rozszyfrować. W przeciwieństwie do pani doktor, był osobą mocno poznawioną uczuć. Właświcie nigdy nie zdażyło mi się widzieć jak się uśmiecha lub z czegoś cieszy. Każdego dnia na jego twarzy widniała ta sama kamienna, pozbawiona uczuć mina.
-Na chwilę możesz zatrzymać się u mnie, póki nie znajdą ci własnego pokoju. Pamiętaj, aby trzymać się blisko mnie, póki nie oswoisz się z tym miejscem. Ja mogę wychodzić poza mury Providence kiedy mam czas wolny, myślę jednak, że do ciebie nie mają aż tak dużego zaufania, aby na to pozwolić. -uśmiechnałem się delikatnie po tych słowach.
Valentina
Szłam spokojnie przed gorylami, którzy za zadanie mieli mnie pilnować. I tak nie miałam większego wyboru. Dałam się pociągnąć do przodu idąc pod rękę z Rexem. Uniosłam jedną brew słuchając jego słów. To, że byłam tutaj nowa nie znaczyło jeszcze, że można było mną pomiatać. Skoro on wolał tak żyć to jego problem i jego wybór. Oswobodziłam swoją rękę. Nie wiedziałam tak naprawdę po czyjej stronie stał. Mnie znał dzień. Nie miał żadnych powodów aby mi pomagać. Zrobiłam się podejrzliwa. Znał ludzi tutaj lepiej niż ja, na pewno miał znajomych. Czemu więc teraz był tu ze mną? Może czegoś ode mnie chciał? Jeśli tak to dowiem się czego. Będę to słyszeć nawet zza ścian.
-Czemu ty mi tak pomagasz co? Nawet się nie znamy... Poza tym nie jestem tutaj zgodnie ze swoją wolą chce ci przypomnieć. Jestem tu więźniem i jeszcze jak grzeczna owieczka mam przestrzegać zasad? Wolne sobie! Dla mnie ten człowiek jest nikim, wolny od nanitów czy też nie... -wszystko to powiedziałam szeptem tak aby tylko Rex mnie usłyszał. Zwolniłam na tyle aby moi tak zwani ochroniarze nas dogonili. Miałam się zachowywać tak jak oni chcieli i najlepiej jeszcze wykonywać rozkazy. Żałowałam z całego serca, że wsiadłam do tego cholernego samolotu.
-Wydaje mi się, że twój przywódca jasno dał ci do zrozumienia, że mu dziś podpadłeś... Ta dziewczyna ma już pokój, w którym będzie mieszkać- powiedział jeden z osiłków, a ja zrobiłam się w jednej chwili bardzo podejrzliwa. Chciałam zostać sama i to wszystko przemyśleć, a może i co nieco posłuchać... Szłam już dalej w milczeniu aż doszliśmy do wąskich brązowych drzwi. Zdziwiło mnie to, bo do tej pory każde drzwi wyglądały tak samo. Otworzyłam je jednym pchnięciem, ale środek nie zachęcił mnie do zostania tu. Jedno łóżko stało pod malutkim oknem. Drugim i ostatnim meblem była stara rozpadająca się komoda. Cudownie... Lepszej kwatery pewnie nie było. Spojrzałam na jednego z drabów. Uśmiechał się on nieprzyjemnie trzymając w ręce klucz. I niech ktoś mi powie że nie byłam więźniem. W pokoju panował nieprzyjemny chłód. Nie było nawet lampy tylko świeca na parapecie. Miałam mieszkać w gorszych warunkach niż nie jeden biedny człowiek. Spojrzałam na całą trójkę piorunującym spojrzeniem. Byłam wściekła. Dopiero teraz zauważyłam moją torbę w rogu pokoju, ale zapięta była inaczej niż ja to robiłam, a to znaczyło, że ktoś ją przeszukał. Na łóżku była cienka narzuta, która miała mnie ochronić przed zimnem. Nie ufaj nikomu... Coraz bardziej zaczynałam wierzyć w sens tych słów.
Rex
- Bo jesteś taka sama jak ja, to jest dla mnie wystarczający powód. - uśmiechnąłem się do niej zalotnie.Nie ufała mi i było to po niej widać. Nie oczekiwałem od niej jednak pełnego zaufania. Na razi wystraczy mi tyle, że nie wpada w żadne tarapaty. - Szósty musiał powiedzieć o twoich mocach, dlatego cię zatrzymali. Nie masz wyboru i właśnie dlatego powinnaś się dostosować, a przynajmniej na tyle, aby ci zaufali. Oni są inni, nie boją się Evo... Mają broń na każdego z nas. Nawet ja nie jestem w stanie im nic zrobić. Wystarczy jeden fałszywy ruch i się mnie pozbędą. Też byłem nowy w tym miejscu, więc wiem co to znaczy. Z roli kanalizacyjnego psa awansowałem na tajną broń i mogę wychodzić poza mury organizacji. Przemęczenie się z nimi kilka tygodni zdecydowanie było tego warte. Albo to, albo już do końca będzie się kundlem, który na odwalić brudną robotę. Jesteśmy tutaj jedynymi EVO, więc normalni ludzie nie mają dla nas szacunku. - mruknąłem pod nosem. - Oczywiście nie licząc naszego "zoo pupilków". To tam trafiają wszystkie EVO, których nie jestem w stanie leczyć,czekając na inne lekarstwo. Prawie naturalne środowisko, gdzie mogą wieść spokojne życie. Musisz je kiedyś zobaczyć, chyba, że boisz się kontaktu ze stworami, które kiedyś były krwiożerczymi bestiami. - uśmiechnąłem się zachęcająco. Nawet jeśli Providence nie było najlepszym miejscem, o którym można marzyć, posiadało wiele plusów. W przeciągu roku to miejsce bardzo się rozwineło i było bardziej przyjazne zarażonym. Szkoda, że dotyczyło to jedynie pokrzywdzonych. Ci, którzy w pełni panowali nad swoimi mocami byli uważani za jeszcze większe potwory. Dlaczego? Bo byli świadomi swojego postępowali. Providence takich potrafiło jedynie wykorzystywać do swoich celów albo eliminować, aby nie stwarzali większego zagrożenia. Właśnie dlatego tacy chowali się.
-Widzimy się jutro. Podrzucę ci później jakąś ciepłą pościel, żebyś nie zamarzła tam. Zapewne oni nie zrobią tego z własnej woli. - powiedziałem radośnie, całkowicie ignorując słowa jej goryli. - Wyśpij się lepiej. Możesz mieć ciężki dzień. - powiedziałem na odchodne.
Valentina
-Nie jestem taka jak ty... Ja nie jestem grzecznym pieskiem czekającym z niecierpliwością na następną komendę...-powiedziałam cicho do Rexa. Miałam zostać w tym obskurnym pokoiku sama... Do tej pory nawet nic nie dostałam do jedzenia. Przy dobrych wiatrach w plecaku znajdę kilka batonów. Mogłam się założyć, że warunki w jakich żył ten chłopak były o wiele lepsze niż stare łóżko i nieszczelne okno. Nie potrzebowałam litości ani pomocy. Usiadłam na łóżku. Zostałam sama, a za drzwiami usłyszałam dość wyraźne przekręcenie klucza w zamku. Zadrżałam kiedy zimny powiew wpadł do pokoju. Podeszłam do swojej torby, ale niestety... Pieniądze, broń, a nawet jedzenie zostało wyciągnięte. Jedyne co mi zostawili to były ubrania. Powiedzieć, że byłam wściekła do mało powiedziane. Wzięłam do ręki dwie stare koszulki, które miałam nadzieję, już mi się nie przydadzą i uszczelniłam nimi okno. Było zimno, ale już nie wiało. Położyłam się pod cienką narzutą.
I niech mi ktoś teraz powie, że nie jestem tutaj więźniem...! Nikt nie prosił, aby ktoś o mnie coś opowiadał. Uspokoiłam oddech i wytężyłam słuch. Na pewno uda mi się coś usłyszeć. Dopiero po jakichś dziesięciu minutach udało mi się wychwycić stłumione głosy. Musieli być daleko, ale na szczęście z każdą chwilą coraz bliżej.
-Nie wróżę jej łatwego życia...
-Biały, na sto procent już coś dla niej przygotował
-Jasne, jeśli nie wykorzysta jej jak broni to po prostu się jej pozbędzie, przecież nie pierwszy raz mamy do czynienia z EVO
-Niby tak, ale skoro włada ogniem to można by ją...
Więcej nie byłam w stanie usłyszeć. Mimo, że przez chwilę ta dwójka się przybliżała to nagle jakby zniknęła. Musieli zjechać niżej lub wjechać wyżej. Nie widziałam innego wytłumaczenia. Westchnęłam cicho. Tak w skrócie zapowiadała się moja przyszłość? Nie dam im tej satysfakcji i nie będę wykonywać poleceń. Nie w takich warunkach. Mogli być nawet Bogami, ale nie mieli prawa traktować mnie w ten sposób. Kilka godzin później podczas mojego bezsensownego gapienia się w sufit i liczenia pęknięć znowu usłyszałam głosy. Dopiero teraz, bo wcześniej moi "ochroniarze" nie wypowiedzieli nawet słowa. Nie przysłuchiwałam się za bardzo, ale wyłapałam jedynie krótką i gwałtowną odmowę po czym znów zapadła cisza. Zamknęłam oczy. Byłam zmęczona i zmarznięta. Po chwili odpłynęłam do krainy snu. Rex z ciepłą pościelą się nie pojawił, ale nawet na to nie liczyłam. Jak na razie byłam bardziej przekonana, że mimo iż czasem się buntuje to grzecznie wykonuje wszystkie polecenia. Byłam dla niego nowo poznaną osobą. Nie miał wobec mnie żadnych zobowiązań tak jak ja wobec niego. Pomógł mi raz i tyle... Nie znaczyło to jeszcze, że rzucę mu się do stóp i zacznę dziękować. Nie miałam pojęcia co mnie czeka.
Rex
Przez cały czas mnie pilnowali, nawet na sukundę nie spuszczając z oczu. Zapewne Biały był bardziej czujny, aby dziewczyna nie uciekła stąd z moją pomocą. Znałem każdą drogę, którą możnaby stąd wyjść. Jednak nie mógłbym zrobić tego Valentinie. Wiedziałem, że szybko by ją wytropili i się jej pozbyli. Jedyny sposób aby mogła stąd odejść to było pozbycie się nanitów z jej ciała. Była to bardzo dobra myśl i mógłbym szybko jej pomóc. Jeśli tylko była uleczalna... Musiałbym dysckretnie złożyć jej tą propozycję, aby się na mnie nie zezłościła. Tylko czy sama by tego chciała? Nie wiedziałem na ile moce były dla niej ważne. Byli tacy, którzy nie chceli się ich wyrzekać i doskonale ich rozumiałem. Sam nie byłbym w stanie żyć bez nanitów. Nie wyobrażałem sobie siebie w takim zwykłym życiu.
Nawet na stołówce mnie obserwowali, czułem to. Nie robili tego jawnie, ale byłem świadom tego, że nie spuszczają mnie z oczu. Musiałem zachować czujność i nie dać niczego po sobie poznać.
Nigdzie nie zauważyłem dziewczyny. Zapewne nie wypuścili jej z pokoju, aby chociaż zjadła kolację przed snem. Własciwie od początku dnia niczego nie jadła. Na pewno musiała być głodna i spragniona.
Udało mi się schować cześć kolacji, udając, że chcę ją zabrać ze sobą do pokoju. I tak też było. Pośpiesznie wróciłem z talerzem do siebie, zamykając drzwi na zamek, aby nikt nie pożądany nie wchodził do środka.
Wziąłem do ręki ciepły koc oraz szczelnie zapakowałem jedzenie, aby nie wystygło zbyt szybko. Usunałem kratkę wentylacyjną i szybko wśliznąłem się do środka. Na sczzęślie byłem w stanie zmieścić się do środka. Ostatnimi czasy był to idealny sposób, aby poruszać się po budynku niepostrzeżenie. W końcu udało mi się dotrzeć do pokoju Valentiny.
Jak najciszej odkręciłem śruby w kracie wślizgując się do jej pokoju. Byłem dokładnie pod łóżkiem. Dziewczyna w tym czasie była już pogrążona we śnie, a na jej twarzy malowało się wycieńczenie. Wolałem jej nie budzić dzisiejszej nocy. I ona zasługiwała na sen.
Przykryłem ją dokładnie ciepłym kocem. Szybko wtuliła się w puchaty materiał, zapewne nieświadoma tego co robi. Talerz położyłem na niewielkim stoliku. Tak szybko jak się pojawiłem, tak też zniknąłem, jakby nigdy mnie tu nie było.
Wróciłem do swojego pokoju kładąc się do łóżka.
Valentina
Miałam wrażenie, że w ogóle nie spałam. Za oknem było jeszcze ciemno, a w głowie mi dudniło. Podniosłam się ciężko rozglądając dookoła. Dopiero po chwili przypomniałam sobie gdzie się znajduje i że jestem w pułapce. Podciągnęłam nogi pod brodę. W rękach ścisnęłam mocno gruby koc. Chwilą... Koc? Mogłabym przysiąc, że jak się kładłam nie było żadnego. Coś delikatnie zapachniało. Podniosłam się szybko z łóżka chcąc zlokalizować źródło zapachu. W końcu znalazłam szczelnie owinięty talerz. Delikatnie ściągnęłam folie z góry. W naczyniu znajdowała się porcja ziemniaków i duży kawałek mięsa. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego posiłku zwłaszcza, że byłam głodna jak wilk. Wszystko zniknęło w mgnieniu oka, a ja choć troszkę napełniłam żołądek. Ciekawiło mnie kto to tu przyniósł i jedyną osobą, która przychodziła mi do głowy to Rex. Byłam mu ogromnie wdzięczna. Zadał sobie tyle trudu, a ja na niego prawie nawrzeszczałam.
Jako jedyny podał mi pomocną dłoń. Drzwi pokoju otworzyły się gwałtownie, a w progu stanął jeden z osiłków.
- Ruszaj się... Mamy dla ciebie robotę - miałam ochotę prychnąć na ten protekcjonalny ton. Rozkazywał mu jakbym była co najmniej jego własnością. Podeszłam powoli do niego. Opór był bezcelowy skoro mężczyzna był ode mnie silniejszy. Bez trudu zaciągnął by mnie dokładnie tam gdzie chciał. Było to trochę przerażające, ale zawsze mogłam się bronić. Oczywiście nikt nie zaprowadził mnie na żadną stołówkę, ani nie dał ubrań na zmianę. Miałam nadzieję, że to co dostałam wystarczy na cały dzień. Nie było wyboru. Kroczyliśmy powoli pustym korytarzem. Musiało być wcześnie rano skoro nikt nie był jeszcze na nogach. Ciekawiło mnie jakie mieli plany wobec mnie. Nie znałam żadnego miejsca, które mijaliśmy. W głowie starałam się układać jakiś plan i liczyłam kroki. Czterdzieści kroków i skręt w prawo, a potem trzydzieści kroków prosto... Wszystko mi się powoli zaczynało mieszać.
- Rusz się - zostałam popchnięta przez co prawie straciła równowagę. Ręką przytrzymałam się ściany aby nie upaść. Miałam ochotę ich zwyzywać jednak najpierw musiałam zbadać sytuację.
Rex
Rozciągnąłem się kiedy zadzwonił mój budzik. Nienawidzę wstawać o tak wczesnych porach, zwłaszcza jeśli tak późno chodzę spać. Kazać komuś iść na misję o tej godzinie podchodziło pod znęcanie się nad innymi. Mimo wszystko było to trochę dziwne.
Już nie raz zrywano mnie do roboty o wczesnych porach, niekiedy nawet w środku nocy, ale każde z dych wezwań było nagłe. Evo mogły pojawić się w każdej chwili i trudno było coś takiego przewidzieć. My mogliśmy jedynie szybko reagować, aby nie ucierpiało zbyt wielu ludzi. A teraz? Misja zaplanowana jeszcze poprzedniego dnia, do tego nikt nie powiedział o co w tym wszytskim chodziło. Nawet nie miałem pojęcia co powinienem w tedy robić.
Darowałem sobie śniadanie, aby kolejny dzień nie spóźnić się kiedy mnie wzywano. W końcu nawet Biały kiedyś straci do mnie cierpliwość, bez względu na to, jakie mam moce i w czym mogę pomóc. O tej godzinie każdy jeszcze spał, dlatego sam musiałbym przyrządzić sobie posiłek. Kulinarnym mistrzem nie byłem, dlatego to odpadało. Przygotowanie czegoś jadalnego zabrałoby więcej czasu niż posiadałem.
10 minut do zbiórki. Tylko tyle mi zostało, aby się ubrać i spakować potrzebne rzeczy. Biegiem pobiegłem do łazienki, aby szybko się ubrać. Naciągnąłem na siebie wymięte ubrania, które jeszcze niedawno się suszyły. Raczej nie należałem do osób, które zwracały uwagę na wygląd ubrań. Bluza była jeszcze wilgotna od dołu. Nie było już czasu na zmianę. Nawet nie miałęm zbyt wiele ubrań na zmianę. Jeśli chodzi o ubiór, Providence za bardzo nie obchodziło czy Evo-pomocnicy mieli w czym chodzić. Samo proszenie ich o nowy ubiór, kiedy poprzedni został zniszczony w czasie misji, zajmowało dosłownie wieku. To musiało mi wystarczyć.
Do plecaka wrzuciłem najpotrzebniejsze rzeczy i szybko wybiegłem ze swojego pokoju. Tym razem musiałem zdążyć.
Zatrzymałem się kiedy przede mną pojawił się osiłek. Tuż obok niego wędrowała nowa mieszkanka Providence. Przywitałem się z nią skinieniem głowy oraz puściłem w jej kierunku oczko. Dzisiejszego dnia Valentina wyglądała nieco lepiej niż wczoraj. Miałem nadzieję, że najadła się posiłkiem i nie musiała iść na misję z pustym żołądkiem. Póki nie będzie im chociaż trochę posłuszna, wątpię, aby Biały zatroszczył się o to. Prędzej ją zagłodzi niż ulegnie. Właśnie do takich ludzi należał. W takim razie ktoś musiał troszczyć się o dziewczynę, aby nie padła z wycieńczenia.
-Skup się Rex. Na miejscu dostaniesz dokładne instrukcje. I tym razem masz się słuchać. Żadnego działania na własną rękę. - powiedział jak zawsze bez czułym głosem. Chyba za każdym razem to słyszałem. I tak kończyło się zupełnie inaczej.
-Jeszcze nad tym pomyślę. - mruknąłem z delikatnym uśmiechem.
Valentina
To wszystko okropnie mi się nie podobało. Nawet nie wiedziałam co miałam robić. Wszyscy byli tajemniczy, a jedyne co mogłam usłyszeć to "Zamknij się" oraz " Nie ty tu decydujesz". Jednym słowem miałam być posłuszna niezależnie od tego czego ci ludzie będą ode mnie oczekiwać i wykonywać każdy rozkaz z wielką żarliwością. Nie doczekanie! Czemu miałam robić coś wbrew sobie? Owszem mogli mnie torturować, ale co by na tym zyskali? Nie posiadałam żadnych informacji.
- Tym razem jest ich więcej... Zaatakowały północną część miasta. Musimy interweniować.- usłyszałam z głębi samolotu. Nikt oprócz mnie tego jednak nie słyszał. Nie zamierzałam się jednak dzielić jakimikolwiek informacjami. Nawet Rex nie był do końca godny zaufania. W końcu pomagał temu idiocie - Białemu. Samolubnemu, aroganckiemu i bez krzty współczucia typowi, który myślał, że jest niewiadomo jak potężny. Tak naprawdę był nikim, a tylko dzięki pieniadzą zdołał utrzymać się na tak wysokim poziomie i miał tyłu zwolenników.
- Jeśli będzie trzeba po prostu pozbędziemy się tej nowej. Nie potrzebujemy balastu - słuchałam dalej i aż zadrżałam na samą myśl. Zostałam niezbyt delikatnie wepchnięta do pojazdu, a za mną weszła reszta. Moje ręce zostały unieruchomione jakims żelastwem. Miałam ochotę prychnąć, ale nic nie zrobiłam. Spojrzałam tylko przelotnie na Rexa. Nadal nie rozumiałam czemu mi tak pomagał skoro nie miał w tym żadnego interesu. Może to także było tylko po to aby zdobyć moje zaufanie? Porzuciłam jednak na razie tą myśl. Od razu bylo widac że Rex i strażnicy nie za bardzo się lubią. Wyjrzalam przez okno. Widok z góry lekko mnie przerażał i fascynował. Podczas ostatniego razu nie miałam okazji się przyjrzeć. Zostawiliśmy bazę daleko za sobą. Może gdyby udało mi się uciec... Sama nie wiedziałam co mnie czeka. Walka? Jak na razie przywiązana musiałam siedzieć w jednym miejscu, a ludzie z bronią mogli się mnie pozbyć w każdej chwili. Po co mnie tu ciągnięto? Lecieliśmy bardzo długo. Zmęczona oparłam głowę o zimny metal. Innego wygodnego ułożenia nie znalazłam, a kajdanki zbyt mocno przypięte obcieraly moje nadgarstki. Westchnęłam cicho. Teraz już wszystkiego mogłam się spodziewać.
Rex
Wszedłem do samolotu, będąc tuż za dziewczyną. Usiadłem dokłądnie na przeciw niej. Nadal mnie intrygowała i przyciągała swoją uwagę. Była taka sama jak ja i to fascynowało mnie najbardziej. Zazwyczaj ci z przewagą nanitów raczej próbują mnie zabić, nawet jeśli są w stanie nad nimi panować. Nawet wśród swoich nie mogłem szukać wsparcia. Byliśmy podobni, może nie licząc tego, że wewnątrz mojego ciała tkwił nanit kontrolny, który utrzymywał w ryzach wszystkie moje nanity. Bez niego zapewne stałbym się takim samym potworem jak inni, podążając jedynie za instynktem. Nigdy bym nie chciał przeżyć czegoś takiego. Być wszystkiego świadom, ale nie móc kontrolować własnego ciała. Tacy byli jedynie niewolnikami w zdeformowanym ciele, nad którym nie mieli panowania.
-Uwolnijcie ją! Skoro ma z nami pracować, nie traktujcie jej jak więźnia. - uniosłem głos widząc jej kajdanki. Sądząc po zaczerwienieniach dookoła nich, na pewno nie były zbyt wygodne. Zerwałem się ze swojego miejsca, jednak szybko Szósty usadził mnie z powrotem na miejscu. Wzrokiem przekazał mi, że nie powinienem tego robić. Każdego z tych osiłków miałem ochotę przygwoździć do ściany lub wyrzucić z samolotu. - Przestańcie nas traktować jak bezmózgie potwory. - wysyczałem przez zęby. Biały nigdy nie pozwolił mi zapomnieć, że właśnie tak Providence spostrzega Evo. Nie ważne było czy był mutantem czy nie, każdy był wrzucany do jednej szuflady. Każdy z nas był jedynie bezlitosnym potworem. Dlatego wszyscy zaczęli już się ukrywać lub co gorsza, walczyć przeciwko Providence. Powinniśmy pomagać takim osobom, właśnie po to powstała organizacja, ale Biały i jego obsesja na punkcie naniktów zadecydowali inaczej.
Spojrzałem groźnie na "goryli" prychając pod nosem. Wiedziałem, że przez mój bunt ucierpi również dziewczyna, a to było zbyt ryzykowne. Sama ściągała na siebie zbyt wiele problemów swoim zachowaniem.
Valentina
Nie odzywałam się przez całą drogę. Nadgarstki bolały od zbyt mocno zaciśniętych kajdanek obcierając skórę. Nikt nie zwracał na mnie większej uwagi, a przynajmniej taką miałam nadzieję. Nie miałam żadnych praw i byłam zdana na łaskę lub nie łaske znajdujących się dookoła ludzi. Nie wróżyło to dobrze mojej przyszłości. Chęć buntu nagle gdzieś że mnie uleciała. Przez podsłuchaną rozmowę zdałam sobie sprawę, że aby przeżyć muszę sprawiać wrażenie posłusznej. Tylko wtedy uda mi się uciec z tego miejsca. Może ta wspaniała chwila nadejdzie szybciej niż wszyscy myśleli... Gdyby tylko nadarzyła się odpowiednia okazja. Na pewno bym ją wykorzystała. Spojrzałam na Rexa siedzącego naprzeciwko mnie. Miał dokładnie tyle samo wolności chociaż nie był przywiązany. On ograniczony był jedynie mentalnie. Żył w tym miejscu, przyjmował ich zasady. Czy nie miał żadnej nadziei na normalne i szczęśliwe życie? Chciał tu spędzić resztę swoich dni? Moja przyszłość rysowała się w jeden sposób. Jeśli nie zginę tu zabita przez żołnierzy to wykończą mnie EVO. Byłam jednak w stanie spróbować przeżyć sama. Czynienie rzeczy nie zgodnych ze swoją naturą czyniło z ludzi pozbawionych skrupułów potwory. Wyjrzałam przez okno. W końcu po kilku godzinach pojazd zniżał się do lądowania. Czy powinnam nadal pozostać spokojna? A może należało jak najszybciej to zakończyć i sprowokować tych mężczyzn do morderstwa? Nie zamierzałam być niczyją marionetką.
- Biały ma co do niej jakieś plany... Tak słyszałem. Lepiej na nią uważać o ile nie chcemy stracic głów- znowu usłyszałam rozmowę tych samych ludzi. Zacisnęłam mocno dłonie w pięści przez co kajdanki mocniej wbiły się w ciało.
- Idziemy! - warknął jeden z goryli ściągając z jednej dłoni kajdanki tylko po to aby po chwili gdy stałam już na nogach założyć mi je ponownie. Korciło mnie aby przetopić je i się uwolnic to jednak na razie pozostawiłam na czarną godzinę. Wyprowadzono mnie z samolotu. Oślepiło mnie światło słoneczne. Przez kilka sekund nie mogłam nic dotrzeć. Dopiero po chwili zobaczyłam zarysy domów i dziwnie chodzących istot. Nie miałam pojęcia gdzie zostałam wywieziona, ale ani trochę mi się to nie podobalo.
Rex
Siedziałem niespokojnie zespuszczona glowa. Coraz mniej podobalo mi sie ich podejscie. Zawsze byli do takich jak ja wrogo nastawieni, ale nie mogli nas traktowac jak zwierzeta. Tez bylismy ludzmi. I nadal nimi jestesmy. Nawet evo mialo prawo do zycia, wiec dlaczego oni ich nie szanowali? Niektore z nich byly niebezpieczne, ale wiekszosc dalo sie uratowac. Tylko dlatego dla nich pracowalem i znosilem to wszystko. Dla doktor holiday bylem nadzieja na lepszy swiat. Tylko to trzymalo mnie w tym miejscu. Bialy zawsze powtarzal, ze moge odejść kiedy chce, ale nie wierzyłem w jego słowa. Moglem zeobic zbyt wiele, a z jego nieufnościa na pewno myslal, ze zmienilbym sie w potwora.
W koncu dotarlismy na miejscw. Westchnalem cicho widzac wioskę zamieszkala przez same evo. Nanity musialh rozprzestrzeniac sie naprawde szybko i jeszczw szybciej sie namnazac, skoro zmienily az tylu ludzi. Widok byl straszny. Evo zachowywaly sie jak zombie, ktoee bez celi krazyly po ulicach. Zapewne wystarczylby jeden intruz a aeuszylyby do ataku.
-Dawno nie widzialem czegoś takiego. Nanity w tym miejscu sa jak epidemia. -rulnalem pod nosem.
-wyczuwasz cos Rex- zapytal szósty, stajac obok mnie z kamienna twarza. W glebi wiedziałem, ze sam byl przerażony tym widokiem.
-Nanity... Duzo burzliwych i niestabilnych nanitow... Jakby krzyczały chciac wedzec sie do umyslu kazdej osoby. - powiedzialwm zmartwiony.
Misja nie bedzie nalezala do latwych. Trzeba było sie bronić, leczyc zaraxonych i jak najszybciej odizolowac ich od reszty evo, aby znowu sie nie przemienili. Misja prawie niemożliwa.
-Wlasnie dlatego pojsziwsz tam z dziewczyną. Juz jestescie potworami, wiec sie tym zamiecie. Nie będziemy ryzykowac swoim życiem. - burknal jeden z osilkow Bialego. Mialem do wyboru zgodzic sie na meczarnie i probiwac ratowac tych ludzi, albo pozwolic, abg zniszczylo cala wioske...
-Pojde tam sam. Valentina nie wie jak obchodzic sie z takimi evo. - powoedzialem stanowczo.
Nie moglem pozwolic na to, aby tam poszla. Ten typ evo dzialal jak stado, ktore porozumiewalo sie tematycznie. Bylo agresywne i w kazdej chwili gotowe do ataku, aby bronjc terytorium. Dzialali jak jeden organizm. Jeden nanit podzielony na tysiace części...
Z nog stworzylem pojazd przypominajacy motor od razu ruszajac w stone miasta. Poki holiday widziala we mnie nadzieje, mialem sile, aby zwalczyc te nanity i uwolnic zniewolonych ludzi.
Valentina
Rozglądałam się uważnie dookoła próbując ocenić swoje szanse. Jak na mój gust były znikome. Wylądowaliśmy w dziwnym miejscu, a raczej wiosce, która bynajmniej nie wyglądała na opuszczoną. Wszędzie roiło się od obrzydliwych potworów. Przełknęłam ciężko ślinę. Przecież i ja mogłam wyglądać w ten sposób jeśli nie opanuje swoich mocy. Kiedy nie panowałam nad swoimi emocjami to ogień brał nade mną górę. Pierwszy zawsze powtarzał mi, że muszę trzymać wszystkie uczucia na wodzy. Nie afiszować się z nimi, starać się uspokoić i zdusić zbyt silne emocje. Gdybym sobie nie potrafiła z nimi poradzić ogień strawiłby nie tylko moich wrogów, ale i mnie. Odetchnęłam głęboko przywołując na twarz spokój. Uspokoiłam bicie serca. Milczałam. W ciszy wpatrywałam się w swoich strażników co chwilę przenosząc swoje spojrzenie na Rexa. Czy oni chcieli abym tam weszła? Przecież te stwory rozszarpałyby mnie na strzępy kiedy tylko bym się do nich zbliżyła.
-Rex! Nie ty tutaj decydujesz, a Biały wyraził się jasno. Ona ma wziąć w tym udział! - krzyknął za nim Szósty, ale Rex nie słuchał. Odjechał nim zdążyłam otworzyć usta i zaprotestować. Miałam nadzieję, że w takim wypadku nie zechcą posyłać mnie prosto w paszcze wygłodniałych potworów. Nie chciałam ich tak traktować, w końcu kiedyś także byli ludźmi, ale w tym momencie strach owładnął całe moje ciało. Dłonie stały się cieplejsze i wiedziałam, że tracę kontrolę. Zacisnęłam mocno dłonie w pięści i wypuściłam powoli powietrze nosem próbując odzyskać rezon.
-To, że on odjechał nic nie znaczy. I tak masz tam pójść. Nie sprzeciwię się rozkazom. - szósty popchnął mnie do przodu. Na rękach nadal miałam kajdanki. Uniosłam dłonie i pytającym spojrzeniem wpatrywałam się w mężczyznę. Może uda mi się przy odrobinie szczęścia uciec. Nawet jeśli musiałabym wejść w ten tłum narażając się na śmierć. Czy lepsze było życie w zniewoleniu, czy śmierć na własnych warunkach? Mogłam sama wybrać jak zginę i na pewno nie stanie się to z ich rąk. Mężczyzna ściągnął metalowe kajdany i spojrzał na mnie zimnym wzrokiem. Nie rozumiałam jakim sposobem on i Rex znajdowali wspólny język. Przeszłam kilka kroków i zatrzymałam się. Obleciał mnie strach. Zacisnęłam oczy skupiając się na niebezpieczeństwie. Jak na razie EVO nie skupiało się na mnie. Wszyscy kierowali się w tą samą stronę. Uświadomiłam sobie, że tam właśnie musi być Rex. Szłam przed siebie wiedząc, że jeśli zawrócę oni pozbędą się mnie szybciej niż potwory przede mną. Z bronią palną nie mogłam nawet próbować walczyć. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi. Powłóczyłam noga za nogą co chwilę czując ciepło na rękach. Na razie głębokie oddechy pomagały. Raz po raz jakich Evo spoglądał na mnie po czym ruszał własną drogą. Niektóre zerkały wrogo, inne jeżyły sierść na karku gotowe do ataku. Nie było już drogi powrotnej. Jeden z zmienionych zbyt intensywnie mi się przyglądał. Jakby czegoś ode mnie chciał. Nadal nie dostrzegałam wyczarowanego przez chłopaka motorku, ani jego samego. W sumie to motorek przecież był jego ciałem... W myślach mi się mieszało. Evo zaczynały mnie okrążać zacieśniając swoje koło coraz bardziej. Myślałam, że idą przed siebie, a one powoli zwabiły mnie w pułapkę. Do kręgu dołączali nowi tym samym go zacieśniając. Już wiedziałam czego chciał ode mnie ten pożałowania godny przywódca. Było to ohydne, a jednak czułam że przewidział tą sytuację. Że zostanę sama bez pomocy, że będę musiała się bronić. Na razie trzymałam moce na wodzy nie chcąc ich wykorzystywać. Rozglądałam się uważnie próbując ocenić swoje szanse. Nie widziałam już niczego oprócz ciał Evo. Pozostawiły mi duże koło przestrzeni. Miałam wrażenie, że na coś czekają i nie bardzo chciałam się przekonywać co to takiego może być. Widziałam ich zaślinione pyski i puste oczy. Przerażający widok, który będzie nawiedzał mnie w koszmarach o ile to przeżyję. Potwory młóciły powietrze pazurami, a ja zauważyłam, że krąg niebezpiecznie zaczął się zmniejszać.
Rex
Cały czas pędziłem przed siebie. Musiałem jak najszybciej przemyśleć plan działania, w przeciwnym razie spędzę dożywocie w tym miejscu. Musiał być jakiś sposób, aby ich wszytskich wyleczyć. Nikt tego nie powiedział, jednak wiedziałem, że miałem czas maksymalnie do zachodu słońca. W przeciwnym razie Providence uzna to miejsce za zbyt niebiezpieczne i wszytskich zabije.
Evo cały czas podążały za mną. Czasami przyśpieszałem, kiedy niektóre z nich rzucały się do ataku. Z początku wygladały na bardzo powolne, jednak ani trochę ich nie doceniłem. Były szybsze niż mógłbym się początkowo spodziewać. Były urodzonymi drapieżnikami, które jedynie czekały na porcję uciekającego posiłku.
Zwolniłem kiedy uliczki zaczynały coraz bardziej pustoszeć. Stwory, które jeszcze przed chwilą mnie goniły, całkowicice z tego zrezygnowały. Niektóre z nich zaś przechodziły obok mnie, ani trochę się mną nie interesując. Rządziły nimi te same nanity, więc każdy z nich działał jak jeden organizm. To mogło oznaczać tylko tyle, że najważniejszy z nanitów obrał inny cel. Czyli nie mogłem być tutaj sam. Czy Providence było aż tak głupie, aby posłać tutaj Valentinę? Sam przez lata uczyłem się jak przetrwać w takich miejscach. Wymagało to ode mnie siły przetrwania, kontroli nad własnym strachem oraz umiejętnościami.
Przyśpieszyłem, aby dostać się do miejsca, w którym gromadziły się Evo. Nie zważałem na to, że stworów było coraz więcej, ani na to, że każdego z nich musiałem trącić i odpychać na bok, a nawet potrącić. Zdrowi zawsze byli najważniejsi.
Wbiłem się w sam krąg tracając i przewracając wszystkie Evo. Jedni gwałtownie się odsunęli, drudzy zaś runęli na ziemię nieprzyjemnie na mnie sycząc. Zignorowałem to. Przed moimi oczami ukazała się Valentina. Wziąłem ją szybko na ręce, zanim Evo ją dorwały. Czułem jak jej nanity niespokojnie przemieszczały się po całym jej ciele.
-Jedziemy stąd. Musimy znaleźć jakieś bezpieczne miejsce - rzuciłem niespokojnie przygladając się stworom. Większość z nich podnosiła się z miejsce. Oznaczało to, że trzeba było się wycofać. Odjechałem w poszukiwaniu bezpiecznej lokacji, gdzie chociaż na chwile moglibyśmy odetchnąć.\
Valentina
Miałam wrażenie, że nigdy się stąd nie uwolnię. Nie chciałam wykorzystywać swoich mocy. Jeśli bym wybuchnęła to wszyscy ci ludzie łącznie ze mną by zginęli. Dygotałam ze strachu. Evo coraz bardziej się do mnie zbliżało, a ja nie widziałam ani jednej, małej szansy na ucieczkę. Powoli traciłam nadzieję. Jeden z potworów zamachnął się na mnie ręką wbijając swoje pazury w moje ramie. Krzyknęłam cofając się gwałtownie. Ręka mi zapłonęła ogniem niemal natychmiast, a w następnej chwili po płomieniach nie było śladu. Evo cofnęło się przerażone i zaintrygowane. Do moich uszu dotarł dźwięk motoru. Oby tylko słuch mnie nie mylił! Odwróciłam się i prawie serce mi stanęło kiedy wylądowałam twarzą w twarz z jednym z mutantów. Poczułam na sobie czyjeś ręce, chciałam zacząć się wyrywać, ale wtedy dostrzegłam jego twarz. Uśmiechnęłam się słabo kiedy wyciągnął mnie z tego miejsca. Zostałam przytrzymana przez mocne ramiona i posadzona na motorze. Dopiero teraz poczułam krew na ramieniu. Nie było to głębokie zadrapanie, ale musiałam przyznać, że bolało. Na całe szczęście od tego nie umrę. Objęłam go w pasie i trzymałam go przez całą drogę. Co dziwne Rex ciągle się nie zatrzymywał. Wyjechaliśmy z miasteczka ciągle przemieszczając się na północ. W przeciwnym kierunku niż zostawiliśmy moich "oprawców" i pracowników Providence - chociaż dla mnie to było jedno i to samo. Na początku Evo ruszyło w pościg za nami, ale gdy dostrzegli, że nie mają szans nas dogonić poddali się i wróciło do swoich spraw.
-Dziękuję... Że zjawiłeś się tak szybko - powiedziałam cicho powoli się uspokajając. Ciągle jeszcze czułam jak nanity krążą po moim ciele nie mogąc się w żaden sposób uspokoić. Nie wróżyło to dobrze mojej przyszłości. W sytuacjach stwarzających zagrożenie traciłam panowanie nad sobą i nad mocami. Mogło się wydarzyć wszystko. Jednego jednak przerażało mnie jeszcze bardziej. Zostałam przysłana przez Białego do tego miasteczka tylko w jednym celu. Liczył, że stracę nad sobą kontrolę i nie pozbędę się niewygodnego problemu jakie stwarzały Evo w miasteczku, a przy okazji i ja nie byłabym zagrożeniem. Dziwnie czułam się będąc tak blisko Rexa. W końcu prawie się nie znaliśmy. Przyjechał jednak i uratował mnie, a wcześniej troszczył się o mnie w bazie. Chciałam mu zaufać - nadal miałam w głowie ostrzeżenie Pierwszego, ale Rex nie sprawiał wrażenia złego. Potrzebowałam tutaj kogoś kto mógłby mi pomóc. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała tam wrócić.
- Dlaczego mi pomagasz? - rozluźniłam uścisk chcąc znaleźć się trochę dalej. Jego bliskość krępowała mnie. Zachwiałam się lekko więc musiałam złapać go za koszulkę. W innym wypadku zleciałabym i złamałabym sobie kark.
Valentina
Byłam mu wdzięczna za towarzystwo, ale nie musiał o tym wiedzieć. W końcu o to nie prosiłam więc nie byłam raczej nic dłużna. Uśmiechnęłam się jedynie kącikiem ust i szłam za półgłówkami w bliżej nieokreślonym kierunku. Jeśli ten ich Przywódca chciał ze mną rozmawiać to równie dobrze sam mógł się do mnie pofatygować. Nie byłam jakimś niewolnikiem, który miał się zjawiać wtedy kiedy go wołano.
Nie powiedziałam tego jednak. Swoje przemyślenia wolałam zachować dla siebie. Nigdy nie miało się pojęcia na kogo się trafi, ani jak te informacje postanowią wykorzystać przeciwko nam. Rex nie wydawał się zły, ale nie wszystko wydawało się niewłaściwe na pierwszy rzut oka. Z drugiej strony próbował mnie chronić i nie miałam żadnych podstaw aby mu nie zaufać. Oprócz tajemniczego listu od Pierwszego, ale może on nie znał Rexa... Poza tym ten chłopak próbował go uratować, a to musiało coś znaczyć. Odetchnęłam głęboko. Weszliśmy do dziwnego pokoju w którym znajdował się tylko duży ekran, który po paru sekundach zaświecił się, a na samym środku pojawił się jakiś mężczyzna. Wszystko co go otaczało było w kolorze białym. Nawet jego ubranie i włosy były dokładnie w tym odcieniu. Wydało mi się to co najmniej chore. Uniosłam jedną brew widząc, że ten człowiek bez żadnego powodu naskoczył na chłopaka, który jako jedyny był tu dla mnie miły. Jeszcze nie postanowiłam co począć w stosunku do niego, ale nie zamierzałam też dać nim pomiatać. Byłam mu to winna przynajmniej za próbę uratowania mojego opiekuna.
-Ta dziewucha po pierwsze ma imię. Jeśli już chciał się "pan" ze mną widzieć to nie wydaje mi się aby był potrzebny ten nieuprzejmy ton. Poza tym nie jest winą Rexa niepowodzenie misji, a dobór ludzi jakich "pan" do niej wybrał. Przypadkowych zbirów z ulicy?- powiedziałam z wyraźnym lekceważeniem w głosie- skoro i tak nie chcesz mnie tu widzieć to może wypuścisz mnie i dasz spokój?
. Tak naprawdę to ten człowiek był odpowiedzialny za śmierć mojej rodziny. On był przywódcą i on mógł to powstrzymać.
-Jak śmiesz się tak do mnie odzywać. Jesteś w tym miejscu nikim i to ja zdecyduje co z tobą zrobić. Nigdzie stąd nie pójdziesz, a od tej pory moi dwaj strażnicy będą cię pilnować aby zapobiec ewentualnej możliwości ucieczki. Twoje moce mogą okazać mi się niezbędne- warknął w moją stronę mężczyzna z ekranu, a za mną pojawiło się jeszcze dwóch strażników. Ci nie wyglądali na przygłupów. Wręcz przeciwnie... Sprawiali wrażenie jakby jednym ruchem mogli połamać kości w czyimś ciele jak małe zapałki. Nie dałam po sobie poznać strachu choć w duchu trzęsłam się cała. Należało stwarzać pozory czego Pierwszy uczył mnie przez całe moje życie. Nawet powieka mi nie drgnęła. Mężczyzna w białym garniturze zniknął z ekranu tak jakby nie należały mi się żadne wyjaśnienia. Założyłam ręce na piersiach i spojrzałam na moich "ochroniarzy". Musiał istnieć sposób aby się stąd wydostać! Swoim nierozważnym gadaniem pogrążyłam swoją i tak marną sytuację. I tak by mnie nie wypuścił (byłam tego absolutnie pewna), ale może obeszłoby się bez tych drabów...Teraz jednak nie było już odwrotu. Spojrzałam na Rexa i uśmiechnęłam się lekko. Przynajmniej ten biały idiota odpuścił sobie dalszą gadaninę i zostawił nas w spokoju.
-Odprowadzimy cię do twojego pokoju- powiedział jeden z mężczyzn popychając mnie lekko do przodu. Miałam ochotę na niego nawrzeszczeć, ale darowałam to sobie. Miałam dość przygód jak na jeden dzień. Obawiałam się jednej rzeczy... Czy moje torby będą na mnie czekać i czy nikt ich w tym czasie nie przeszukał. Kątem oka zerknęłam na chłopaka. Nie miałam szans na razie się stąd wydostać i wyglądało na to, że spędzimy razem dużo czasu.
Rex
W końcu "audiencja" zakończyła się i mogliśmy w spokoju wrócić do swojego pokoju. Właściwie zastanawiało mnie gdzie będzie mieszkała od tej chwili Valentina. Nie przypominam sobie, abyś gdzieś były wolne pokoje. Zazwyczaj wypełniali je pracownikami i wszystkie koszta były wyliczone co do grosza. Być może zorganizują coś w przeciągu kilku godzin i dziewczyna będzie miała własny kąt w tym miejscu. Było to bardzo pomocne chwilami, móc od wszystkich się odizolować i poudawać, że jest się normalną osobą z normalnym życiem, bez żadnych zmartwień i walki z EVO.
-Panowie pozwolą, że porwę ją na chwilę. - powiedziałem głosem nie znoszącym sprzeciwu wyprzedzając ich znacznie, jednak nadal pozostając na ich widoku. Nie chciałem dzisiejszego dnia narażać dziewczyny na większy gniew naszego szefa.
Wziąłem dziewczynę pod rękę idąc do przodu. Na plecach cały czas czułem chłodny wzrok jej "nianiek".
-Dzięki za wstawienie się za mną, ale następnym razem tego nie mów. - powiedziałem nieco poważniej. W tej chwili przyszła pora na to, aby poznała kilka zasad, które panowały w tym miejscu. Bez tego na pewno długo nie przetrwa tutaj, a mogły one nie raz ocalić skórę. - Pamiętaj, ja mogę się wstawić za tobą, ponieważ znam Białego. Potrzebuje mnie, dlatego nawet jak narzeka, co najwyżej może mi dać nieszkodliwą karę. Ty natomiast jesteś tutaj świerzakiem. Powinnaś trzymać się zasad i nie wstawiać się za innymi, zwłaszcza jeśli właśnie dostali ochrzan. Może i Biały dąży do ochrony ludzkości, ale jest z niego bardzo nieprzyjemny typ. My dla niego jesteśmy jedynie zmodyfikowanymi maszynami, dlatego lepiej się nie narażać. Litość może poczuć jedynie w stosunku do tych, których uważa za ludzi. Nic z tym nie zrobimy, dlatego trzymamy się jego zasad. - mój ton był cały czas poważny. Powinna na serio wziąć moje słowa do serca, jeśli tylko zależało jej na życiu. Mnie dodatkowo ochraniał Szósty i Holiday, jednak nie miałem pojęcia czy i za nią by się wstawili. Mnie znali już od ponad roku, Valentina jednak była nowym nabytkiem. Znając Holiday na pewno by jej broniła, jednak Szóstego o wiele trudniej było rozszyfrować. W przeciwieństwie do pani doktor, był osobą mocno poznawioną uczuć. Właświcie nigdy nie zdażyło mi się widzieć jak się uśmiecha lub z czegoś cieszy. Każdego dnia na jego twarzy widniała ta sama kamienna, pozbawiona uczuć mina.
-Na chwilę możesz zatrzymać się u mnie, póki nie znajdą ci własnego pokoju. Pamiętaj, aby trzymać się blisko mnie, póki nie oswoisz się z tym miejscem. Ja mogę wychodzić poza mury Providence kiedy mam czas wolny, myślę jednak, że do ciebie nie mają aż tak dużego zaufania, aby na to pozwolić. -uśmiechnałem się delikatnie po tych słowach.
Valentina
Szłam spokojnie przed gorylami, którzy za zadanie mieli mnie pilnować. I tak nie miałam większego wyboru. Dałam się pociągnąć do przodu idąc pod rękę z Rexem. Uniosłam jedną brew słuchając jego słów. To, że byłam tutaj nowa nie znaczyło jeszcze, że można było mną pomiatać. Skoro on wolał tak żyć to jego problem i jego wybór. Oswobodziłam swoją rękę. Nie wiedziałam tak naprawdę po czyjej stronie stał. Mnie znał dzień. Nie miał żadnych powodów aby mi pomagać. Zrobiłam się podejrzliwa. Znał ludzi tutaj lepiej niż ja, na pewno miał znajomych. Czemu więc teraz był tu ze mną? Może czegoś ode mnie chciał? Jeśli tak to dowiem się czego. Będę to słyszeć nawet zza ścian.
-Czemu ty mi tak pomagasz co? Nawet się nie znamy... Poza tym nie jestem tutaj zgodnie ze swoją wolą chce ci przypomnieć. Jestem tu więźniem i jeszcze jak grzeczna owieczka mam przestrzegać zasad? Wolne sobie! Dla mnie ten człowiek jest nikim, wolny od nanitów czy też nie... -wszystko to powiedziałam szeptem tak aby tylko Rex mnie usłyszał. Zwolniłam na tyle aby moi tak zwani ochroniarze nas dogonili. Miałam się zachowywać tak jak oni chcieli i najlepiej jeszcze wykonywać rozkazy. Żałowałam z całego serca, że wsiadłam do tego cholernego samolotu.
-Wydaje mi się, że twój przywódca jasno dał ci do zrozumienia, że mu dziś podpadłeś... Ta dziewczyna ma już pokój, w którym będzie mieszkać- powiedział jeden z osiłków, a ja zrobiłam się w jednej chwili bardzo podejrzliwa. Chciałam zostać sama i to wszystko przemyśleć, a może i co nieco posłuchać... Szłam już dalej w milczeniu aż doszliśmy do wąskich brązowych drzwi. Zdziwiło mnie to, bo do tej pory każde drzwi wyglądały tak samo. Otworzyłam je jednym pchnięciem, ale środek nie zachęcił mnie do zostania tu. Jedno łóżko stało pod malutkim oknem. Drugim i ostatnim meblem była stara rozpadająca się komoda. Cudownie... Lepszej kwatery pewnie nie było. Spojrzałam na jednego z drabów. Uśmiechał się on nieprzyjemnie trzymając w ręce klucz. I niech ktoś mi powie że nie byłam więźniem. W pokoju panował nieprzyjemny chłód. Nie było nawet lampy tylko świeca na parapecie. Miałam mieszkać w gorszych warunkach niż nie jeden biedny człowiek. Spojrzałam na całą trójkę piorunującym spojrzeniem. Byłam wściekła. Dopiero teraz zauważyłam moją torbę w rogu pokoju, ale zapięta była inaczej niż ja to robiłam, a to znaczyło, że ktoś ją przeszukał. Na łóżku była cienka narzuta, która miała mnie ochronić przed zimnem. Nie ufaj nikomu... Coraz bardziej zaczynałam wierzyć w sens tych słów.
Rex
- Bo jesteś taka sama jak ja, to jest dla mnie wystarczający powód. - uśmiechnąłem się do niej zalotnie.Nie ufała mi i było to po niej widać. Nie oczekiwałem od niej jednak pełnego zaufania. Na razi wystraczy mi tyle, że nie wpada w żadne tarapaty. - Szósty musiał powiedzieć o twoich mocach, dlatego cię zatrzymali. Nie masz wyboru i właśnie dlatego powinnaś się dostosować, a przynajmniej na tyle, aby ci zaufali. Oni są inni, nie boją się Evo... Mają broń na każdego z nas. Nawet ja nie jestem w stanie im nic zrobić. Wystarczy jeden fałszywy ruch i się mnie pozbędą. Też byłem nowy w tym miejscu, więc wiem co to znaczy. Z roli kanalizacyjnego psa awansowałem na tajną broń i mogę wychodzić poza mury organizacji. Przemęczenie się z nimi kilka tygodni zdecydowanie było tego warte. Albo to, albo już do końca będzie się kundlem, który na odwalić brudną robotę. Jesteśmy tutaj jedynymi EVO, więc normalni ludzie nie mają dla nas szacunku. - mruknąłem pod nosem. - Oczywiście nie licząc naszego "zoo pupilków". To tam trafiają wszystkie EVO, których nie jestem w stanie leczyć,czekając na inne lekarstwo. Prawie naturalne środowisko, gdzie mogą wieść spokojne życie. Musisz je kiedyś zobaczyć, chyba, że boisz się kontaktu ze stworami, które kiedyś były krwiożerczymi bestiami. - uśmiechnąłem się zachęcająco. Nawet jeśli Providence nie było najlepszym miejscem, o którym można marzyć, posiadało wiele plusów. W przeciągu roku to miejsce bardzo się rozwineło i było bardziej przyjazne zarażonym. Szkoda, że dotyczyło to jedynie pokrzywdzonych. Ci, którzy w pełni panowali nad swoimi mocami byli uważani za jeszcze większe potwory. Dlaczego? Bo byli świadomi swojego postępowali. Providence takich potrafiło jedynie wykorzystywać do swoich celów albo eliminować, aby nie stwarzali większego zagrożenia. Właśnie dlatego tacy chowali się.
-Widzimy się jutro. Podrzucę ci później jakąś ciepłą pościel, żebyś nie zamarzła tam. Zapewne oni nie zrobią tego z własnej woli. - powiedziałem radośnie, całkowicie ignorując słowa jej goryli. - Wyśpij się lepiej. Możesz mieć ciężki dzień. - powiedziałem na odchodne.
Valentina
-Nie jestem taka jak ty... Ja nie jestem grzecznym pieskiem czekającym z niecierpliwością na następną komendę...-powiedziałam cicho do Rexa. Miałam zostać w tym obskurnym pokoiku sama... Do tej pory nawet nic nie dostałam do jedzenia. Przy dobrych wiatrach w plecaku znajdę kilka batonów. Mogłam się założyć, że warunki w jakich żył ten chłopak były o wiele lepsze niż stare łóżko i nieszczelne okno. Nie potrzebowałam litości ani pomocy. Usiadłam na łóżku. Zostałam sama, a za drzwiami usłyszałam dość wyraźne przekręcenie klucza w zamku. Zadrżałam kiedy zimny powiew wpadł do pokoju. Podeszłam do swojej torby, ale niestety... Pieniądze, broń, a nawet jedzenie zostało wyciągnięte. Jedyne co mi zostawili to były ubrania. Powiedzieć, że byłam wściekła do mało powiedziane. Wzięłam do ręki dwie stare koszulki, które miałam nadzieję, już mi się nie przydadzą i uszczelniłam nimi okno. Było zimno, ale już nie wiało. Położyłam się pod cienką narzutą.
I niech mi ktoś teraz powie, że nie jestem tutaj więźniem...! Nikt nie prosił, aby ktoś o mnie coś opowiadał. Uspokoiłam oddech i wytężyłam słuch. Na pewno uda mi się coś usłyszeć. Dopiero po jakichś dziesięciu minutach udało mi się wychwycić stłumione głosy. Musieli być daleko, ale na szczęście z każdą chwilą coraz bliżej.
-Nie wróżę jej łatwego życia...
-Biały, na sto procent już coś dla niej przygotował
-Jasne, jeśli nie wykorzysta jej jak broni to po prostu się jej pozbędzie, przecież nie pierwszy raz mamy do czynienia z EVO
-Niby tak, ale skoro włada ogniem to można by ją...
Więcej nie byłam w stanie usłyszeć. Mimo, że przez chwilę ta dwójka się przybliżała to nagle jakby zniknęła. Musieli zjechać niżej lub wjechać wyżej. Nie widziałam innego wytłumaczenia. Westchnęłam cicho. Tak w skrócie zapowiadała się moja przyszłość? Nie dam im tej satysfakcji i nie będę wykonywać poleceń. Nie w takich warunkach. Mogli być nawet Bogami, ale nie mieli prawa traktować mnie w ten sposób. Kilka godzin później podczas mojego bezsensownego gapienia się w sufit i liczenia pęknięć znowu usłyszałam głosy. Dopiero teraz, bo wcześniej moi "ochroniarze" nie wypowiedzieli nawet słowa. Nie przysłuchiwałam się za bardzo, ale wyłapałam jedynie krótką i gwałtowną odmowę po czym znów zapadła cisza. Zamknęłam oczy. Byłam zmęczona i zmarznięta. Po chwili odpłynęłam do krainy snu. Rex z ciepłą pościelą się nie pojawił, ale nawet na to nie liczyłam. Jak na razie byłam bardziej przekonana, że mimo iż czasem się buntuje to grzecznie wykonuje wszystkie polecenia. Byłam dla niego nowo poznaną osobą. Nie miał wobec mnie żadnych zobowiązań tak jak ja wobec niego. Pomógł mi raz i tyle... Nie znaczyło to jeszcze, że rzucę mu się do stóp i zacznę dziękować. Nie miałam pojęcia co mnie czeka.
Rex
Przez cały czas mnie pilnowali, nawet na sukundę nie spuszczając z oczu. Zapewne Biały był bardziej czujny, aby dziewczyna nie uciekła stąd z moją pomocą. Znałem każdą drogę, którą możnaby stąd wyjść. Jednak nie mógłbym zrobić tego Valentinie. Wiedziałem, że szybko by ją wytropili i się jej pozbyli. Jedyny sposób aby mogła stąd odejść to było pozbycie się nanitów z jej ciała. Była to bardzo dobra myśl i mógłbym szybko jej pomóc. Jeśli tylko była uleczalna... Musiałbym dysckretnie złożyć jej tą propozycję, aby się na mnie nie zezłościła. Tylko czy sama by tego chciała? Nie wiedziałem na ile moce były dla niej ważne. Byli tacy, którzy nie chceli się ich wyrzekać i doskonale ich rozumiałem. Sam nie byłbym w stanie żyć bez nanitów. Nie wyobrażałem sobie siebie w takim zwykłym życiu.
Nawet na stołówce mnie obserwowali, czułem to. Nie robili tego jawnie, ale byłem świadom tego, że nie spuszczają mnie z oczu. Musiałem zachować czujność i nie dać niczego po sobie poznać.
Nigdzie nie zauważyłem dziewczyny. Zapewne nie wypuścili jej z pokoju, aby chociaż zjadła kolację przed snem. Własciwie od początku dnia niczego nie jadła. Na pewno musiała być głodna i spragniona.
Udało mi się schować cześć kolacji, udając, że chcę ją zabrać ze sobą do pokoju. I tak też było. Pośpiesznie wróciłem z talerzem do siebie, zamykając drzwi na zamek, aby nikt nie pożądany nie wchodził do środka.
Wziąłem do ręki ciepły koc oraz szczelnie zapakowałem jedzenie, aby nie wystygło zbyt szybko. Usunałem kratkę wentylacyjną i szybko wśliznąłem się do środka. Na sczzęślie byłem w stanie zmieścić się do środka. Ostatnimi czasy był to idealny sposób, aby poruszać się po budynku niepostrzeżenie. W końcu udało mi się dotrzeć do pokoju Valentiny.
Jak najciszej odkręciłem śruby w kracie wślizgując się do jej pokoju. Byłem dokładnie pod łóżkiem. Dziewczyna w tym czasie była już pogrążona we śnie, a na jej twarzy malowało się wycieńczenie. Wolałem jej nie budzić dzisiejszej nocy. I ona zasługiwała na sen.
Przykryłem ją dokładnie ciepłym kocem. Szybko wtuliła się w puchaty materiał, zapewne nieświadoma tego co robi. Talerz położyłem na niewielkim stoliku. Tak szybko jak się pojawiłem, tak też zniknąłem, jakby nigdy mnie tu nie było.
Wróciłem do swojego pokoju kładąc się do łóżka.
Valentina
Miałam wrażenie, że w ogóle nie spałam. Za oknem było jeszcze ciemno, a w głowie mi dudniło. Podniosłam się ciężko rozglądając dookoła. Dopiero po chwili przypomniałam sobie gdzie się znajduje i że jestem w pułapce. Podciągnęłam nogi pod brodę. W rękach ścisnęłam mocno gruby koc. Chwilą... Koc? Mogłabym przysiąc, że jak się kładłam nie było żadnego. Coś delikatnie zapachniało. Podniosłam się szybko z łóżka chcąc zlokalizować źródło zapachu. W końcu znalazłam szczelnie owinięty talerz. Delikatnie ściągnęłam folie z góry. W naczyniu znajdowała się porcja ziemniaków i duży kawałek mięsa. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego posiłku zwłaszcza, że byłam głodna jak wilk. Wszystko zniknęło w mgnieniu oka, a ja choć troszkę napełniłam żołądek. Ciekawiło mnie kto to tu przyniósł i jedyną osobą, która przychodziła mi do głowy to Rex. Byłam mu ogromnie wdzięczna. Zadał sobie tyle trudu, a ja na niego prawie nawrzeszczałam.
Jako jedyny podał mi pomocną dłoń. Drzwi pokoju otworzyły się gwałtownie, a w progu stanął jeden z osiłków.
- Ruszaj się... Mamy dla ciebie robotę - miałam ochotę prychnąć na ten protekcjonalny ton. Rozkazywał mu jakbym była co najmniej jego własnością. Podeszłam powoli do niego. Opór był bezcelowy skoro mężczyzna był ode mnie silniejszy. Bez trudu zaciągnął by mnie dokładnie tam gdzie chciał. Było to trochę przerażające, ale zawsze mogłam się bronić. Oczywiście nikt nie zaprowadził mnie na żadną stołówkę, ani nie dał ubrań na zmianę. Miałam nadzieję, że to co dostałam wystarczy na cały dzień. Nie było wyboru. Kroczyliśmy powoli pustym korytarzem. Musiało być wcześnie rano skoro nikt nie był jeszcze na nogach. Ciekawiło mnie jakie mieli plany wobec mnie. Nie znałam żadnego miejsca, które mijaliśmy. W głowie starałam się układać jakiś plan i liczyłam kroki. Czterdzieści kroków i skręt w prawo, a potem trzydzieści kroków prosto... Wszystko mi się powoli zaczynało mieszać.
- Rusz się - zostałam popchnięta przez co prawie straciła równowagę. Ręką przytrzymałam się ściany aby nie upaść. Miałam ochotę ich zwyzywać jednak najpierw musiałam zbadać sytuację.
Rex
Rozciągnąłem się kiedy zadzwonił mój budzik. Nienawidzę wstawać o tak wczesnych porach, zwłaszcza jeśli tak późno chodzę spać. Kazać komuś iść na misję o tej godzinie podchodziło pod znęcanie się nad innymi. Mimo wszystko było to trochę dziwne.
Już nie raz zrywano mnie do roboty o wczesnych porach, niekiedy nawet w środku nocy, ale każde z dych wezwań było nagłe. Evo mogły pojawić się w każdej chwili i trudno było coś takiego przewidzieć. My mogliśmy jedynie szybko reagować, aby nie ucierpiało zbyt wielu ludzi. A teraz? Misja zaplanowana jeszcze poprzedniego dnia, do tego nikt nie powiedział o co w tym wszytskim chodziło. Nawet nie miałem pojęcia co powinienem w tedy robić.
Darowałem sobie śniadanie, aby kolejny dzień nie spóźnić się kiedy mnie wzywano. W końcu nawet Biały kiedyś straci do mnie cierpliwość, bez względu na to, jakie mam moce i w czym mogę pomóc. O tej godzinie każdy jeszcze spał, dlatego sam musiałbym przyrządzić sobie posiłek. Kulinarnym mistrzem nie byłem, dlatego to odpadało. Przygotowanie czegoś jadalnego zabrałoby więcej czasu niż posiadałem.
10 minut do zbiórki. Tylko tyle mi zostało, aby się ubrać i spakować potrzebne rzeczy. Biegiem pobiegłem do łazienki, aby szybko się ubrać. Naciągnąłem na siebie wymięte ubrania, które jeszcze niedawno się suszyły. Raczej nie należałem do osób, które zwracały uwagę na wygląd ubrań. Bluza była jeszcze wilgotna od dołu. Nie było już czasu na zmianę. Nawet nie miałęm zbyt wiele ubrań na zmianę. Jeśli chodzi o ubiór, Providence za bardzo nie obchodziło czy Evo-pomocnicy mieli w czym chodzić. Samo proszenie ich o nowy ubiór, kiedy poprzedni został zniszczony w czasie misji, zajmowało dosłownie wieku. To musiało mi wystarczyć.
Do plecaka wrzuciłem najpotrzebniejsze rzeczy i szybko wybiegłem ze swojego pokoju. Tym razem musiałem zdążyć.
Zatrzymałem się kiedy przede mną pojawił się osiłek. Tuż obok niego wędrowała nowa mieszkanka Providence. Przywitałem się z nią skinieniem głowy oraz puściłem w jej kierunku oczko. Dzisiejszego dnia Valentina wyglądała nieco lepiej niż wczoraj. Miałem nadzieję, że najadła się posiłkiem i nie musiała iść na misję z pustym żołądkiem. Póki nie będzie im chociaż trochę posłuszna, wątpię, aby Biały zatroszczył się o to. Prędzej ją zagłodzi niż ulegnie. Właśnie do takich ludzi należał. W takim razie ktoś musiał troszczyć się o dziewczynę, aby nie padła z wycieńczenia.
-Skup się Rex. Na miejscu dostaniesz dokładne instrukcje. I tym razem masz się słuchać. Żadnego działania na własną rękę. - powiedział jak zawsze bez czułym głosem. Chyba za każdym razem to słyszałem. I tak kończyło się zupełnie inaczej.
-Jeszcze nad tym pomyślę. - mruknąłem z delikatnym uśmiechem.
Valentina
To wszystko okropnie mi się nie podobało. Nawet nie wiedziałam co miałam robić. Wszyscy byli tajemniczy, a jedyne co mogłam usłyszeć to "Zamknij się" oraz " Nie ty tu decydujesz". Jednym słowem miałam być posłuszna niezależnie od tego czego ci ludzie będą ode mnie oczekiwać i wykonywać każdy rozkaz z wielką żarliwością. Nie doczekanie! Czemu miałam robić coś wbrew sobie? Owszem mogli mnie torturować, ale co by na tym zyskali? Nie posiadałam żadnych informacji.
- Tym razem jest ich więcej... Zaatakowały północną część miasta. Musimy interweniować.- usłyszałam z głębi samolotu. Nikt oprócz mnie tego jednak nie słyszał. Nie zamierzałam się jednak dzielić jakimikolwiek informacjami. Nawet Rex nie był do końca godny zaufania. W końcu pomagał temu idiocie - Białemu. Samolubnemu, aroganckiemu i bez krzty współczucia typowi, który myślał, że jest niewiadomo jak potężny. Tak naprawdę był nikim, a tylko dzięki pieniadzą zdołał utrzymać się na tak wysokim poziomie i miał tyłu zwolenników.
- Jeśli będzie trzeba po prostu pozbędziemy się tej nowej. Nie potrzebujemy balastu - słuchałam dalej i aż zadrżałam na samą myśl. Zostałam niezbyt delikatnie wepchnięta do pojazdu, a za mną weszła reszta. Moje ręce zostały unieruchomione jakims żelastwem. Miałam ochotę prychnąć, ale nic nie zrobiłam. Spojrzałam tylko przelotnie na Rexa. Nadal nie rozumiałam czemu mi tak pomagał skoro nie miał w tym żadnego interesu. Może to także było tylko po to aby zdobyć moje zaufanie? Porzuciłam jednak na razie tą myśl. Od razu bylo widac że Rex i strażnicy nie za bardzo się lubią. Wyjrzalam przez okno. Widok z góry lekko mnie przerażał i fascynował. Podczas ostatniego razu nie miałam okazji się przyjrzeć. Zostawiliśmy bazę daleko za sobą. Może gdyby udało mi się uciec... Sama nie wiedziałam co mnie czeka. Walka? Jak na razie przywiązana musiałam siedzieć w jednym miejscu, a ludzie z bronią mogli się mnie pozbyć w każdej chwili. Po co mnie tu ciągnięto? Lecieliśmy bardzo długo. Zmęczona oparłam głowę o zimny metal. Innego wygodnego ułożenia nie znalazłam, a kajdanki zbyt mocno przypięte obcieraly moje nadgarstki. Westchnęłam cicho. Teraz już wszystkiego mogłam się spodziewać.
Rex
Wszedłem do samolotu, będąc tuż za dziewczyną. Usiadłem dokłądnie na przeciw niej. Nadal mnie intrygowała i przyciągała swoją uwagę. Była taka sama jak ja i to fascynowało mnie najbardziej. Zazwyczaj ci z przewagą nanitów raczej próbują mnie zabić, nawet jeśli są w stanie nad nimi panować. Nawet wśród swoich nie mogłem szukać wsparcia. Byliśmy podobni, może nie licząc tego, że wewnątrz mojego ciała tkwił nanit kontrolny, który utrzymywał w ryzach wszystkie moje nanity. Bez niego zapewne stałbym się takim samym potworem jak inni, podążając jedynie za instynktem. Nigdy bym nie chciał przeżyć czegoś takiego. Być wszystkiego świadom, ale nie móc kontrolować własnego ciała. Tacy byli jedynie niewolnikami w zdeformowanym ciele, nad którym nie mieli panowania.
-Uwolnijcie ją! Skoro ma z nami pracować, nie traktujcie jej jak więźnia. - uniosłem głos widząc jej kajdanki. Sądząc po zaczerwienieniach dookoła nich, na pewno nie były zbyt wygodne. Zerwałem się ze swojego miejsca, jednak szybko Szósty usadził mnie z powrotem na miejscu. Wzrokiem przekazał mi, że nie powinienem tego robić. Każdego z tych osiłków miałem ochotę przygwoździć do ściany lub wyrzucić z samolotu. - Przestańcie nas traktować jak bezmózgie potwory. - wysyczałem przez zęby. Biały nigdy nie pozwolił mi zapomnieć, że właśnie tak Providence spostrzega Evo. Nie ważne było czy był mutantem czy nie, każdy był wrzucany do jednej szuflady. Każdy z nas był jedynie bezlitosnym potworem. Dlatego wszyscy zaczęli już się ukrywać lub co gorsza, walczyć przeciwko Providence. Powinniśmy pomagać takim osobom, właśnie po to powstała organizacja, ale Biały i jego obsesja na punkcie naniktów zadecydowali inaczej.
Spojrzałem groźnie na "goryli" prychając pod nosem. Wiedziałem, że przez mój bunt ucierpi również dziewczyna, a to było zbyt ryzykowne. Sama ściągała na siebie zbyt wiele problemów swoim zachowaniem.
Valentina
Nie odzywałam się przez całą drogę. Nadgarstki bolały od zbyt mocno zaciśniętych kajdanek obcierając skórę. Nikt nie zwracał na mnie większej uwagi, a przynajmniej taką miałam nadzieję. Nie miałam żadnych praw i byłam zdana na łaskę lub nie łaske znajdujących się dookoła ludzi. Nie wróżyło to dobrze mojej przyszłości. Chęć buntu nagle gdzieś że mnie uleciała. Przez podsłuchaną rozmowę zdałam sobie sprawę, że aby przeżyć muszę sprawiać wrażenie posłusznej. Tylko wtedy uda mi się uciec z tego miejsca. Może ta wspaniała chwila nadejdzie szybciej niż wszyscy myśleli... Gdyby tylko nadarzyła się odpowiednia okazja. Na pewno bym ją wykorzystała. Spojrzałam na Rexa siedzącego naprzeciwko mnie. Miał dokładnie tyle samo wolności chociaż nie był przywiązany. On ograniczony był jedynie mentalnie. Żył w tym miejscu, przyjmował ich zasady. Czy nie miał żadnej nadziei na normalne i szczęśliwe życie? Chciał tu spędzić resztę swoich dni? Moja przyszłość rysowała się w jeden sposób. Jeśli nie zginę tu zabita przez żołnierzy to wykończą mnie EVO. Byłam jednak w stanie spróbować przeżyć sama. Czynienie rzeczy nie zgodnych ze swoją naturą czyniło z ludzi pozbawionych skrupułów potwory. Wyjrzałam przez okno. W końcu po kilku godzinach pojazd zniżał się do lądowania. Czy powinnam nadal pozostać spokojna? A może należało jak najszybciej to zakończyć i sprowokować tych mężczyzn do morderstwa? Nie zamierzałam być niczyją marionetką.
- Biały ma co do niej jakieś plany... Tak słyszałem. Lepiej na nią uważać o ile nie chcemy stracic głów- znowu usłyszałam rozmowę tych samych ludzi. Zacisnęłam mocno dłonie w pięści przez co kajdanki mocniej wbiły się w ciało.
- Idziemy! - warknął jeden z goryli ściągając z jednej dłoni kajdanki tylko po to aby po chwili gdy stałam już na nogach założyć mi je ponownie. Korciło mnie aby przetopić je i się uwolnic to jednak na razie pozostawiłam na czarną godzinę. Wyprowadzono mnie z samolotu. Oślepiło mnie światło słoneczne. Przez kilka sekund nie mogłam nic dotrzeć. Dopiero po chwili zobaczyłam zarysy domów i dziwnie chodzących istot. Nie miałam pojęcia gdzie zostałam wywieziona, ale ani trochę mi się to nie podobalo.
Rex
Siedziałem niespokojnie zespuszczona glowa. Coraz mniej podobalo mi sie ich podejscie. Zawsze byli do takich jak ja wrogo nastawieni, ale nie mogli nas traktowac jak zwierzeta. Tez bylismy ludzmi. I nadal nimi jestesmy. Nawet evo mialo prawo do zycia, wiec dlaczego oni ich nie szanowali? Niektore z nich byly niebezpieczne, ale wiekszosc dalo sie uratowac. Tylko dlatego dla nich pracowalem i znosilem to wszystko. Dla doktor holiday bylem nadzieja na lepszy swiat. Tylko to trzymalo mnie w tym miejscu. Bialy zawsze powtarzal, ze moge odejść kiedy chce, ale nie wierzyłem w jego słowa. Moglem zeobic zbyt wiele, a z jego nieufnościa na pewno myslal, ze zmienilbym sie w potwora.
W koncu dotarlismy na miejscw. Westchnalem cicho widzac wioskę zamieszkala przez same evo. Nanity musialh rozprzestrzeniac sie naprawde szybko i jeszczw szybciej sie namnazac, skoro zmienily az tylu ludzi. Widok byl straszny. Evo zachowywaly sie jak zombie, ktoee bez celi krazyly po ulicach. Zapewne wystarczylby jeden intruz a aeuszylyby do ataku.
-Dawno nie widzialem czegoś takiego. Nanity w tym miejscu sa jak epidemia. -rulnalem pod nosem.
-wyczuwasz cos Rex- zapytal szósty, stajac obok mnie z kamienna twarza. W glebi wiedziałem, ze sam byl przerażony tym widokiem.
-Nanity... Duzo burzliwych i niestabilnych nanitow... Jakby krzyczały chciac wedzec sie do umyslu kazdej osoby. - powiedzialwm zmartwiony.
Misja nie bedzie nalezala do latwych. Trzeba było sie bronić, leczyc zaraxonych i jak najszybciej odizolowac ich od reszty evo, aby znowu sie nie przemienili. Misja prawie niemożliwa.
-Wlasnie dlatego pojsziwsz tam z dziewczyną. Juz jestescie potworami, wiec sie tym zamiecie. Nie będziemy ryzykowac swoim życiem. - burknal jeden z osilkow Bialego. Mialem do wyboru zgodzic sie na meczarnie i probiwac ratowac tych ludzi, albo pozwolic, abg zniszczylo cala wioske...
-Pojde tam sam. Valentina nie wie jak obchodzic sie z takimi evo. - powoedzialem stanowczo.
Nie moglem pozwolic na to, aby tam poszla. Ten typ evo dzialal jak stado, ktore porozumiewalo sie tematycznie. Bylo agresywne i w kazdej chwili gotowe do ataku, aby bronjc terytorium. Dzialali jak jeden organizm. Jeden nanit podzielony na tysiace części...
Z nog stworzylem pojazd przypominajacy motor od razu ruszajac w stone miasta. Poki holiday widziala we mnie nadzieje, mialem sile, aby zwalczyc te nanity i uwolnic zniewolonych ludzi.
Valentina
Rozglądałam się uważnie dookoła próbując ocenić swoje szanse. Jak na mój gust były znikome. Wylądowaliśmy w dziwnym miejscu, a raczej wiosce, która bynajmniej nie wyglądała na opuszczoną. Wszędzie roiło się od obrzydliwych potworów. Przełknęłam ciężko ślinę. Przecież i ja mogłam wyglądać w ten sposób jeśli nie opanuje swoich mocy. Kiedy nie panowałam nad swoimi emocjami to ogień brał nade mną górę. Pierwszy zawsze powtarzał mi, że muszę trzymać wszystkie uczucia na wodzy. Nie afiszować się z nimi, starać się uspokoić i zdusić zbyt silne emocje. Gdybym sobie nie potrafiła z nimi poradzić ogień strawiłby nie tylko moich wrogów, ale i mnie. Odetchnęłam głęboko przywołując na twarz spokój. Uspokoiłam bicie serca. Milczałam. W ciszy wpatrywałam się w swoich strażników co chwilę przenosząc swoje spojrzenie na Rexa. Czy oni chcieli abym tam weszła? Przecież te stwory rozszarpałyby mnie na strzępy kiedy tylko bym się do nich zbliżyła.
-Rex! Nie ty tutaj decydujesz, a Biały wyraził się jasno. Ona ma wziąć w tym udział! - krzyknął za nim Szósty, ale Rex nie słuchał. Odjechał nim zdążyłam otworzyć usta i zaprotestować. Miałam nadzieję, że w takim wypadku nie zechcą posyłać mnie prosto w paszcze wygłodniałych potworów. Nie chciałam ich tak traktować, w końcu kiedyś także byli ludźmi, ale w tym momencie strach owładnął całe moje ciało. Dłonie stały się cieplejsze i wiedziałam, że tracę kontrolę. Zacisnęłam mocno dłonie w pięści i wypuściłam powoli powietrze nosem próbując odzyskać rezon.
-To, że on odjechał nic nie znaczy. I tak masz tam pójść. Nie sprzeciwię się rozkazom. - szósty popchnął mnie do przodu. Na rękach nadal miałam kajdanki. Uniosłam dłonie i pytającym spojrzeniem wpatrywałam się w mężczyznę. Może uda mi się przy odrobinie szczęścia uciec. Nawet jeśli musiałabym wejść w ten tłum narażając się na śmierć. Czy lepsze było życie w zniewoleniu, czy śmierć na własnych warunkach? Mogłam sama wybrać jak zginę i na pewno nie stanie się to z ich rąk. Mężczyzna ściągnął metalowe kajdany i spojrzał na mnie zimnym wzrokiem. Nie rozumiałam jakim sposobem on i Rex znajdowali wspólny język. Przeszłam kilka kroków i zatrzymałam się. Obleciał mnie strach. Zacisnęłam oczy skupiając się na niebezpieczeństwie. Jak na razie EVO nie skupiało się na mnie. Wszyscy kierowali się w tą samą stronę. Uświadomiłam sobie, że tam właśnie musi być Rex. Szłam przed siebie wiedząc, że jeśli zawrócę oni pozbędą się mnie szybciej niż potwory przede mną. Z bronią palną nie mogłam nawet próbować walczyć. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi. Powłóczyłam noga za nogą co chwilę czując ciepło na rękach. Na razie głębokie oddechy pomagały. Raz po raz jakich Evo spoglądał na mnie po czym ruszał własną drogą. Niektóre zerkały wrogo, inne jeżyły sierść na karku gotowe do ataku. Nie było już drogi powrotnej. Jeden z zmienionych zbyt intensywnie mi się przyglądał. Jakby czegoś ode mnie chciał. Nadal nie dostrzegałam wyczarowanego przez chłopaka motorku, ani jego samego. W sumie to motorek przecież był jego ciałem... W myślach mi się mieszało. Evo zaczynały mnie okrążać zacieśniając swoje koło coraz bardziej. Myślałam, że idą przed siebie, a one powoli zwabiły mnie w pułapkę. Do kręgu dołączali nowi tym samym go zacieśniając. Już wiedziałam czego chciał ode mnie ten pożałowania godny przywódca. Było to ohydne, a jednak czułam że przewidział tą sytuację. Że zostanę sama bez pomocy, że będę musiała się bronić. Na razie trzymałam moce na wodzy nie chcąc ich wykorzystywać. Rozglądałam się uważnie próbując ocenić swoje szanse. Nie widziałam już niczego oprócz ciał Evo. Pozostawiły mi duże koło przestrzeni. Miałam wrażenie, że na coś czekają i nie bardzo chciałam się przekonywać co to takiego może być. Widziałam ich zaślinione pyski i puste oczy. Przerażający widok, który będzie nawiedzał mnie w koszmarach o ile to przeżyję. Potwory młóciły powietrze pazurami, a ja zauważyłam, że krąg niebezpiecznie zaczął się zmniejszać.
Rex
Cały czas pędziłem przed siebie. Musiałem jak najszybciej przemyśleć plan działania, w przeciwnym razie spędzę dożywocie w tym miejscu. Musiał być jakiś sposób, aby ich wszytskich wyleczyć. Nikt tego nie powiedział, jednak wiedziałem, że miałem czas maksymalnie do zachodu słońca. W przeciwnym razie Providence uzna to miejsce za zbyt niebiezpieczne i wszytskich zabije.
Evo cały czas podążały za mną. Czasami przyśpieszałem, kiedy niektóre z nich rzucały się do ataku. Z początku wygladały na bardzo powolne, jednak ani trochę ich nie doceniłem. Były szybsze niż mógłbym się początkowo spodziewać. Były urodzonymi drapieżnikami, które jedynie czekały na porcję uciekającego posiłku.
Zwolniłem kiedy uliczki zaczynały coraz bardziej pustoszeć. Stwory, które jeszcze przed chwilą mnie goniły, całkowicice z tego zrezygnowały. Niektóre z nich zaś przechodziły obok mnie, ani trochę się mną nie interesując. Rządziły nimi te same nanity, więc każdy z nich działał jak jeden organizm. To mogło oznaczać tylko tyle, że najważniejszy z nanitów obrał inny cel. Czyli nie mogłem być tutaj sam. Czy Providence było aż tak głupie, aby posłać tutaj Valentinę? Sam przez lata uczyłem się jak przetrwać w takich miejscach. Wymagało to ode mnie siły przetrwania, kontroli nad własnym strachem oraz umiejętnościami.
Przyśpieszyłem, aby dostać się do miejsca, w którym gromadziły się Evo. Nie zważałem na to, że stworów było coraz więcej, ani na to, że każdego z nich musiałem trącić i odpychać na bok, a nawet potrącić. Zdrowi zawsze byli najważniejsi.
Wbiłem się w sam krąg tracając i przewracając wszystkie Evo. Jedni gwałtownie się odsunęli, drudzy zaś runęli na ziemię nieprzyjemnie na mnie sycząc. Zignorowałem to. Przed moimi oczami ukazała się Valentina. Wziąłem ją szybko na ręce, zanim Evo ją dorwały. Czułem jak jej nanity niespokojnie przemieszczały się po całym jej ciele.
-Jedziemy stąd. Musimy znaleźć jakieś bezpieczne miejsce - rzuciłem niespokojnie przygladając się stworom. Większość z nich podnosiła się z miejsce. Oznaczało to, że trzeba było się wycofać. Odjechałem w poszukiwaniu bezpiecznej lokacji, gdzie chociaż na chwile moglibyśmy odetchnąć.\
Valentina
Miałam wrażenie, że nigdy się stąd nie uwolnię. Nie chciałam wykorzystywać swoich mocy. Jeśli bym wybuchnęła to wszyscy ci ludzie łącznie ze mną by zginęli. Dygotałam ze strachu. Evo coraz bardziej się do mnie zbliżało, a ja nie widziałam ani jednej, małej szansy na ucieczkę. Powoli traciłam nadzieję. Jeden z potworów zamachnął się na mnie ręką wbijając swoje pazury w moje ramie. Krzyknęłam cofając się gwałtownie. Ręka mi zapłonęła ogniem niemal natychmiast, a w następnej chwili po płomieniach nie było śladu. Evo cofnęło się przerażone i zaintrygowane. Do moich uszu dotarł dźwięk motoru. Oby tylko słuch mnie nie mylił! Odwróciłam się i prawie serce mi stanęło kiedy wylądowałam twarzą w twarz z jednym z mutantów. Poczułam na sobie czyjeś ręce, chciałam zacząć się wyrywać, ale wtedy dostrzegłam jego twarz. Uśmiechnęłam się słabo kiedy wyciągnął mnie z tego miejsca. Zostałam przytrzymana przez mocne ramiona i posadzona na motorze. Dopiero teraz poczułam krew na ramieniu. Nie było to głębokie zadrapanie, ale musiałam przyznać, że bolało. Na całe szczęście od tego nie umrę. Objęłam go w pasie i trzymałam go przez całą drogę. Co dziwne Rex ciągle się nie zatrzymywał. Wyjechaliśmy z miasteczka ciągle przemieszczając się na północ. W przeciwnym kierunku niż zostawiliśmy moich "oprawców" i pracowników Providence - chociaż dla mnie to było jedno i to samo. Na początku Evo ruszyło w pościg za nami, ale gdy dostrzegli, że nie mają szans nas dogonić poddali się i wróciło do swoich spraw.
-Dziękuję... Że zjawiłeś się tak szybko - powiedziałam cicho powoli się uspokajając. Ciągle jeszcze czułam jak nanity krążą po moim ciele nie mogąc się w żaden sposób uspokoić. Nie wróżyło to dobrze mojej przyszłości. W sytuacjach stwarzających zagrożenie traciłam panowanie nad sobą i nad mocami. Mogło się wydarzyć wszystko. Jednego jednak przerażało mnie jeszcze bardziej. Zostałam przysłana przez Białego do tego miasteczka tylko w jednym celu. Liczył, że stracę nad sobą kontrolę i nie pozbędę się niewygodnego problemu jakie stwarzały Evo w miasteczku, a przy okazji i ja nie byłabym zagrożeniem. Dziwnie czułam się będąc tak blisko Rexa. W końcu prawie się nie znaliśmy. Przyjechał jednak i uratował mnie, a wcześniej troszczył się o mnie w bazie. Chciałam mu zaufać - nadal miałam w głowie ostrzeżenie Pierwszego, ale Rex nie sprawiał wrażenia złego. Potrzebowałam tutaj kogoś kto mógłby mi pomóc. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała tam wrócić.
- Dlaczego mi pomagasz? - rozluźniłam uścisk chcąc znaleźć się trochę dalej. Jego bliskość krępowała mnie. Zachwiałam się lekko więc musiałam złapać go za koszulkę. W innym wypadku zleciałabym i złamałabym sobie kark.