Rex
Spojrzałem na nią niepewnie. Zbyt dużo przeżyła dzisiejszego dnia i musiała oglądać śmierć jedynej jej bliskiej osoby. Nie tak to miało się potoczyć. Gdyby tylko tamci się nie wtrącili... Nie byłem w stanie pochłonąć tak dużej dawki nanitów jaką posiadał w sobie Pierwszy, ale nie znaczyło to, że miał zginąć. Mogliśmy zabrać go ze sobą i zapewnić bezpieczeństwo, póki nie odnajdziemy lekarstwa. Nie jednokrotnie tak robiliśmy. Ja tak robiłem. Właśnie w ten sposób powstało "zoo pupilków". Był to zamknięty i pilnie strzeżony rejon gdzie w spokoju mogły żyć evo, nie ważne czy kiedyś byli ludźmi czy zwierzętami. Każdy zasługiwał na to, aby go wyleczyć. Ci, którym nie byłem w stanie pomóc, trafiali do tego miejsca czekając, aż nauka znajdzie lekarstwo na nanity.
-Ja... Tak właściwie nie wiem jakie moje życie było wcześniej. Znaleziono mnie w opuszczonej wiosce, w której szalały evo. To ostatnie co pamiętam ze swojego życia. W tedy Szósty zabrał mnie do tego miejsca. - mruknąłem pod nosem. Nie lubiłem o tym rozmawiać. Niepamięć była dla mnie zbyt bolesna. Nie wiedziałem skąd pochodzę, kim jestem. Nigdy nie poznałem nawet swojej rodziny. Miałem w głowie jedynie pustkę, której nie byłem w stanie się pozbyć. Chciałem poznać swoją rodzinę, jeśli jeszcze gdzieś tam była. Nawet nie wiedziałem kiedy zostałem z nimi rozdzielony i jak wyglądali. A jeśli zostałem przez nich porzucony? I takie myśli niejednokrotnie chodziły po mojej głowie. Równie dobrze mogłem być niechcianym dzieckiem, odrzuconym przez to, że byłem niebezpiecznym evo. Wiele było takich przypadków. Zdrowi ludzie nie ufali takim jak my przez nasze moce.
-Myślę, że możesz nam bardzo pomóc w uzdrawianiu innych ludzi. Evo często atakują niewinnych, a naszym zadaniem jest ich powstrzymać i uleczyć. Tutaj nie jest aż tak źle.
Widziałem, że chwilę później dziewczyna usnęła. Otuliłem ją kocem, aby nie zmarzła w nocy. Zasługiwała na chwilę odpoczynku. Sam również położyłem się spać.
Obudziło mnie pukanie do drzwi, które rozległo się z samego rana. Był to Szósty, który miał przekazać wiadomość od doktor Holiday. Mieliśmy się za chwilę u niej pokazać. Ja, aby mogła mnie przebadać po wczoraj i zbyt dużemu natężeniu nanitów w moim ciele oraz z dziewczyną, którą ze sobą zabraliśmy.
Valentina
Obudziłam się słysząc kroki zza drzwi. Ewidentnie był to mężczyzna. Chodził ciężko i głośno co świadczyło o pewności i oczywiście o wadze. Słuch mnie nie zawiódł i już po chwili widziałam tego samego mężczyznę co wczoraj, którego Rex nazywał swoją "rodziną" o ile można było tak nazwać ich relacje. Podniosłam się z fotela. Nie zamierzałam spędzić tutaj więcej czasu niż to było potrzebne. Miałam nawet nadzieję, że dzisiaj będę mogła stąd odejść. Nie łatwo będzie mi znaleźć nowe miejsce, w którym mogłabym zamieszkać i byłabym bezpieczna, ale na pewno nie było to niewykonalne. Spojrzałam na zaspanego chłopaka. Nic dziwnego, że był niewyspany. Nie chciałam mu współczuć, ale uczucie było silniejsze. Musiałam przyznać, że było mi go trochę szkoda. Po wczorajszym dniu musiał być wykończony. Natomiast ja starałam się za dużo nie myśleć. Myśli tylko przygnębiały, a na to nie mogłam sobie teraz pozwolić. Straciłam Pierwszego, ale jego śmierć nie mogła mi przysłonić racjonalnego myślenia. Ostrzegł mnie przed tym miejscem i jeżeli miałabym być ostrożna to tylko jeśli nie pogrążę się w smutku.
Mieliśmy teraz udać się do doktor Holiday. Nie uszczęśliwiało mnie jakoś specjalnie, ale nie chciałam już pierwszego dnia się buntować. Wolałam pozyskać zaufanie tych ludzi nawet jeśli ja im nie zamierzam ufać. Lepiej było mieć ludzi po swojej stronie. Jak to mówią... Przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Byle nie dopuścić ich za blisko siebie.
-Jak myślisz... Co zamierzają ze mną zrobić?- zapytałam Rexa. Nie wiedziałam też czy tak po prostu zechcą mnie stąd wypuścić. Nie miałam okazji się tutaj rozejrzeć, ale miejsce nie zachęcało aby w nim pozostać. Zastanawiał mnie również przywódca tego miejsca. Jeżeli chciałby się mnie pozbyć... Ważne było abym nie ujawniała swojej mocy związanej z ogniem.
-Czy mógłbyś nie mówić nikomu o... No wiesz... O moim ogniu? O tej mocy?- zapytałam chłopaka choć nie przypuszczałam, że się zgodzi. Zapewne robił wszystko co kazała mu ta organizacja i niczemu się nie sprzeciwiał. Jeżeli był posłusznym pieskiem to gorzej dla mnie. Mógłby chcieć się za dużo dowiedzieć o mnie i o moich mocach. Nie będzie łatwo je ukryć, ale przynajmniej będę się starała. Musiałam kontrolować tą moc... Mogła ona mnie rozsadzić od środka i zniszczyć wszystko w promieniu kilkunastu kilometrów. Byłam jak bomba, ale ani ja ani Pierwszy nie mogliśmy przewidzieć kiedy wybuchnę. Jedyną moją szansą było względne tłumienie ognia. Co do drugiej mojej mocy to wolałam aby pozostała tajemnicą, nawet przed Rexem. Słuch wyćwiczyłam do tego stopnia, że jeśli wystarczająco mocno się skupiłam to mogłam usłyszeć ludzi rozmawiających trzy pokoje dalej.
Weszłam do łazienki, przemyłam twarz po czym wróciłam do Rexa patrząc na niego wyczekująco. Miał ciemną skórę, która przyjemnie współgrała z jego czarnymi włosami. Chwila, moment... On był dla mnie zagrożeniem, nie powinnam się rozwodzić nad jego niezwykłą urodą. Odetchnęłam lekko. Wolałam mieć to spotkanie już za sobą. Niech zbadają co chcą zbadać i wypuszczą mnie na zewnątrz. Chciałam już być daleko stąd. Nie czułam się pewnie. Poprawiłam lekko dłonią włosy i podeszłam do drzwi czekając na chłopaka.
Rex
Bolało mnie całe ciało. I to dosłownie. Z ledwością byłem w stanie poruszyć chociażby małym palcem. Po raz pierwszy miałem okazję wchłonąć w swoje ciało aż tak dużą dawkę nanitów i jak widać nie był to najlepszy pomysł. Co prawda nie miałem w sobie ich na tyle, aby zagrażały mojemu życiu, ale i tak zbyt wiele krążyło ich po moim ciele. Wiedziałem, że Holiday wsadzi mnie do tej dziwnej kapsuły, aby pozbyć się nadmiaru. Przez nie nie byłem nawet w stanie poprawnie funkcjonować. Nawe jak dla mnie było to zbyt wiele. Rzadko kiedy miałem okazję spotkać na swojej drodze kogoś, kto nie był uleczalny. Jedyną pozytywną myślą było to, że nieuleczalne Evo trafiały do naszego rezerwatu czkając aż zostanie wynalezione lekarstwo. Tylko tyle mogliśmy dla nich zrobić.
Dopiero teraz zorientowałem się, że całą noc przespałem w swoich ubraniach. Musiałem się śpieszyć, aby zdążyć na badania, dlatego też zignorowałem ten fakt. Ściągnąłem jedynie bluzkę, aby móc ją przeprać na czystą. Obecność dziewczyny ani trochę mnie nie krępowała, dlatego też nie bawiłem się w zasłanianie swojego ciała.
-To wie jedynie Biały Rycerz. Najpewniej cię stąd wypuszczą. Chyba, że zobaczą w tobie kogoś, kto może ci pomóc. W przeciwnym razie zapewne poproszą cię o pomoc. Providence próbuje pomagać zarażonym, dlatego też przyda się nam każda pomoc. - mimo zmęczenia uśmiechnąłem się szeroko. Naciągnąłem szybko na siebie świeżą koszulę. Po chwili byłem już gotowy do wyjścia. Szósty już dawno zniknął z pola mojego widzenia, pozostawiając po sobie jedynie informację. - Doktor Holiday przebada cię, aby sprawdzić twój stan zdrowia i stan nanitów w twoim ciele. Na pewno zobaczy, że panujesz nad nimi. Zapewne powinienem powiedzieć Białemu jakie posiadasz moce, ale... Nie powiedziałbym, że zbytnio za sobą przepadamy. Będzie o wiele zabawniej jeśli dowie się o tym w inny sposób niż ode mnie. Zapewne mi się za to oberwie, ale będzie warto zobaczyć jego zszokowaną minę. - prychnąłem cicho pod nosem. - Facet jest dosyć dziwny. Nigdy nie wychodzi ze swojego gabinetu, który jest jedynym pomieszczeniem nieskażonym nanitami. Podobno to jedyny człowiek, który jest od nich czysty. Żyje w zamknięciu odkąd tylko pamiętam. - uśmiechnąłem się do niej szeroko próbując jakoś pocieszyć. Nie wyglądała na kogoś, kto był zadowolony z tego, że jest w tym miejscu. Z jednej strony lepiej dla nie by było jakby je opuściła. Z drugiej jednak chciałem, aby mogła tutaj zostać, chociaż na jakiś czas. Wydawała się niezwykle ciekawą osobą i chciaqłem poznać ją bliżej. Nie mówiąc już o tym, że była jedyną osobą w tym miejscu, która była w podobnym wieku co ja.
Otworzyłem dziewczynie drzwi, aby mogła pierwsza wyjść na korytarz. Od razu skierowaliśmy się do ganinetu doktor Holiday. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą. Zdecydowanie bardziej interesowała mnie dziewczyna.
Valentina
Nie pokazałam po sobie zdziwienia na wieść o dziwnym Białym Rycerzu... Znając życie to sam nadał sobie taki przydomek. W jego mniemaniu był jedynym czystym? Z tym nie mogłam się zgodzić. Przecież było to niemal niemożliwe. Jeżeli faktycznie tak było to aż śmiać mi się chciało na myśl o dorosłym mężczyźnie bojącego się kontaktu z innym osobnikiem jego gatunku. Lepiej dla mnie jeśli mnie wypuszczą. Zresztą nie mieli chyba prawa zatrzymać mnie wbrew mojej woli. Sama podjęłam decyzję aby polecieć z nimi. Mogłam się bronić, ale zdecydowałam inaczej. Dla dobra wszystkich, a zwłaszcza tego chłopaka, który jedyny był w tym towarzystwie przyjazny. Skoro niczym mi się nie naraził to nie mogłabym go skrzywdzić. Miałabym potem okropne wyrzuty sumienia.
Jeden jedyny raz moja moc wymknęła się w dużym stopniu spod mojej kontroli. Pozostałe wypadki były nieznaczące jak podpalona zasłona i zwęglony stół, ale to co stało się trzy lata temu zaczynało mnie przerastać. W snach wszystko wracało. Ciemna ulica, powrót ze sklepu do domu... Uczucie niepokoju i ktoś podążający krok w krok za mną. Moc sama ze mnie wystrzeliła, nie mogłam tego kontrolować, a poczucie winy towarzyszyło mi do dziś.
-Mam nadzieję, że w ogóle się nie dowie. To tylko moja sprawa, a ktoś obcy nie powinien się wtrącać. Jeśli się dowie... Nie mam pojęcia czy nie będzie chciał tego wykorzystać. Jedyne czego chce to się stąd wydostać i zacząć życie od nowa. Nawet nie wiem czemu z wami poleciałam. Byłam w szoku i to chyba jedyne wytłumaczenie. Poza tym nie chciałam z tobą walczyć. - powiedziałam powoli, ale stanowczo. Rex także nie wiedział o wszystkich moich mocach.
Szliśmy długim korytarzem przed siebie mijając ciągle takie same drzwi. Miałam wrażenie, że krążymy w kółko, ale chłopak sprawiał wrażenie, że wie dokąd idzie. Słyszałam stłumione głosy... Skupiłam na nich większą uwagę i po chwili wszystko słyszałam coraz wyraźniej.
"Nie mogę uwierzyć, że Pierwszy nie żyje", "To była prawdziwa legenda!", "Podobno miał córkę, albo podopieczną, nikt nie wie skąd się pojawiła" "Moc ognia... Będą z nią same kłopoty, mogę się założyć"
Miałam ochotę zakląć pod nosem. Niepotrzebnie prosiłam Rexa o dyskrecje. Najwidoczniej wszyscy już o mnie wiedzieli wszystko. Cała się spięłam. Czułam buzujacą we mnie moc. Odetchnęłam lekko trochę się uspokajając. Najważniejsze to zachować zimną krew. Musiałam zachowywać się naturalnie. W końcu weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia pełnego medycznych sprzętów. Najwidoczniej byliśmy na miejscu. W białym kitlu przy jednym z mikroskopów siedziała jakaś kobieta. Wolałam mieć to już za sobą.
Rex
-Przyprowadziłem Valentinę tak jak chciałaś. Tylko bądż dla niej dalikatna, nie chcę aby się spłoszyła. - powiedziałem z delikatnym uśmiechem na ustach do doktor Holiday. Była ona bardzo spokojną oraz miłą kobietą. Do tego bardzo stanowczą i odważną. Zawsze ciężko pracowała, co można było niejednoktotnie zobaczyć po jej zmęczonych oczach. Była jedną z najlepszych w swoim fachu i jedyną, w której ręce mógłbym się oddać jako pacjent. Miałem do niej pełne zaufanie jeśli chodziło o badanie moich nanitów.
-Hmmm, a więc to jest nasza nowa kruszynka. Valentina, prawda? - powiedziała kobieta podchodząc do "nowej". Mnie całkowicie zignorowała, będąc na chwilę obecną zainteresowana jedynie dziewczyną. Zawsze się cieszyła kiedy miała okazję zbadać nową osobę panującą nad własnymi nanitami. I tym razem tą radość można było zobaczyć na jej twarzy. - Szósty tyle mi o tobie opowiedział od wczorajszego dnia. Nie mogłam się doczekać, aby w końcu cię zobaczyć. - powiedziała energicznie łapiąc szczupłą twarz Valentiny w ręce. Uważnie przyglądała się jej drobnej twarzy, badając dokładnie każdą rysę. Była niezwykle podekscytowana jej obecnością. - Nie musisz się martwić, bedą to jedynie rutynowe badania, które pokażą stan twojego zdrowia oraz w jakim stanie są nanity. To nic wielkiego. - powiedziała z uśmiechem.
W tej chwili pozostawiła dziewczynę w spokoju, skupiając całą swoją uwagę na mnie. Jej uśmiech od razu zamienił się w skfaszoną minę. Wiedziałem jużco mnie czeka i że doktor Holiday ani trochę nie jest z tego zadowolona.
- Rexie Cesarze Peterze Salazar! Czy tobie już do reszty odbiło! - niemalże krzyknęła w moim kierunku. Na jej słowa wzruszyłem jedynie ramionami. Zawsze kiedy była zdenerwowana wypowiadała całe moje imię. - Wiesz na jak dużą dawkę nanitów wczoraj się naraziłeś? Doskonale wiesz co dzieje się z twoim ciałem kiedy pochłaniasz tak dużą dawkę nanitów. Ostatnim razem z ledwością udało mi się przywrócić cię do żywych! - westchnęła, próbując złagodzić swój ton głosu. - Powinieneś od razu do mnie przyjść, abym mogła cię zbadać. Nie mamy pewności czy nie zacząłbyś mutować w czasie snu i jak by to na ciebie wpłynęło. Pamiętasz ostatni raz? - powiedziałą stanowczo.
Wiedziałem, że się o mnie martwila, chociaż Biały Rycerz stanowczo jej powiedział, że ma się do mnie nie przywiązywać. Oprócz Szóstego, była najbliższą mi osobą w tym miejscu. Zawsze mogłem do niej przyjść i powiedzieć co mnie trapi. W jakieś części była w stanie zastąpić mi matkę, chociaż tylko w pewnych kwestiach. To dzięki niej mogłem tutaj zostać i zyskałem dach nad głową. Gdyby nie przekonała Białego Rycerza, że mógłbym być przydatny lecząc EVO, zapewne już dawno by mnie zabito. Właśnie to robiono kiedyś z takimi jak ja. Doktor Holiday widziała we mnie nadzieję, lekarstwo na nanity, które przejmowały coraz większą kontrolę.
Valentina
Stałam niepewnie ciągle patrząc na kobietę, która zaczynała się niebezpiecznie do mnie zbliżać. Chciałam się cofnąć, wewnętrznie potrzebowałam uciec przed niebezpieczeństwem; zagrożeniem. Stałam jednak w miejscu pozwalając się dotykać i tym samym wystawiając na dokładny ogląd. Oddychałam spokojnie. Grunt to nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak, a przecież wszystko było w porządku prawda? Gdyby Pierwszy mnie teraz widział na pewno by powtórzył to samo zdanie, które słyszałam za każdym razem kiedy byłam zdenerwowana lub wystraszona.
"Twój niepokój to pożywka dla przeciwników. Jeśli odsłonisz swoje słabości... Będziesz stracona."
Był dla mnie jak ojciec, a ja nawet nie powiedziałam mu jak bardzo go kochałam. To wszystko wydarzyło się tak szybko. Mieliśmy mieć dla siebie jeszcze tak dużo czasu! To w tym momencie było bez znaczenia. Teraz musiałam skupić się na chwili obecnej. Na tym aby tutaj przetrwać i żyć jak najdłużej. Uniosłam jedną brew pytająco. Co takiego ten Szósty mógł powiedzieć? Wiedział o mnie jedynie tyle, że mieszkałam z Pierwszym i posiadałam ognistą moc. Teraz widziałam jak głupia byłaby próba utrzymania mocy w tajemnicy skoro połowa ludzi w tym miejscu już o tym wiedziała.
Uśmiechnęłam się pod nosem widząc, że uwaga kobiety skupiła się na kimś innym. Usiadłam na stoliku i przysłuchiwałam się tyradzie prowadzonej przez doktor Holiday. Zadziwiona popatrzyłam na chłopaka. Dlaczego zrobił coś tak ryzykownego jak narażanie swojego życia dla kogoś kogo zupełnie nie znał? Byłam mu wdzięczna, że zrobił tak dużo. Nawet jeżeli to nie pomogło to byłam jego dłużnikiem. Przecież w czasie ratowania Pierwszego sam mógł zginąć albo zmutować!
Kobieta na początku przebadała chłopaka. W końcu to on był najbardziej potrzebujący, a mnie nic nie groziło.
-Wie może pani kiedy mnie stąd wypuszczą? Nie chce tracić czasu...- powiedziałam spokojnie próbując wybadać jej reakcje. Nawet powieka jej nie drgnęła. Nic mi nie odpowiedziała. Odeszła od chłopaka i skierowała się do maszyn w drugim pomieszczeniu zostawiając nas samych. Coś ukrywała, byłam tego pewna. Nie była złą osobą, ale wiedziała coś czego nie chciała powiedzieć i to coś było związane ze mną. Byłam stu procentowo pewna. Podeszłam do chłopaka i uśmiechnęłam się znikomo.
-Dziękuje, że tyle zrobiłeś aby go uratować. To dla mnie dużo znaczy- powiedziałam cicho. Chciałam tylko aby wiedział, że to doceniam. To wszystko było dla mnie dziwne. Kiedy doktor Holiday do nas wróciła ciągle miała na twarzy uśmiech.
-Tym razem masz szczęście Rex! Na ten moment nic ci nie grozi, ale musisz codziennie przychodzić na kontrolę. Wolałabym jednak mieć pewność.-powiedziała spokojnie analizując wyniki badań. Naumyślnie ignorowała moje pytanie.
Tym razem zaczęła badać mnie. Podstawowe badania i dodatkowo jakaś maszyna czy urządzenie, które miało sprawdzić stan moich nanitów. Widząc wyniki kobieta już na nas nie spojrzała. Zmarszczyła brwi nad czymś głęboko zamyślona.
-I jak?- zapytałam ciekawa czy wszystko jest w porządku.
-Tak, tak kruszynko. Możecie już iść- wymruczała ciągle zapatrzona w wyniki. Ani trochę jej nie uwierzyłam. Coś było nie tak i jak na razie nie wróżyło mi to dobrze. Czułam się jak w pułapce.
Rex
- To nic takiego... Taki właśnie jest plan Providence, uleczyć wszystkie EVO. Żałuję, że nie mogliśmy zrobić nic więcej. Według planu Szóstego Pierwszy miał zostać wyleczony. W wypadku gdyby nie byłoby to możliwe, mieliśmy go tutaj zabrać, gdzie w spokoju czekałby na lekarstwo. Nie powinniśmy dopuścić do jego śmierci. Nie w taki sposób. - mruknąłem cicho pod nosem. Zawsze czułem się winny kiedy ktoś przeze mnie tracił życie. Nawet zwierzęce EVO zasługiwały na lekarstwo, aby mogły żyć dalej. Nikt nie powinien być skazany na śmierć. Wierzyłem w to, że jest to uleczalne i w końcu uda nam się odnaleźć lekarstwo. Musiałem w to wierzyć. Według Holiday moje nanity były nadzieją na znalezienie antidotum. Nie wiem czy całkowicie można zniszczyć krążące w nas nanity, ale na pewno można uciszyć je na tyle, aby nikomu nie zagrażały. W tej chwili zarażeni stanowili zbyt duże niebezpieczeństwo dla innych. Jedynie niewielu było w stanie to kontrolować. Gdyby nie nanit kontroli będący w moim ciele, sam nie miałem pewności czy nie stałbym się jednym z potworów.
Spróbowałem się uśmiechnąć kiedy doktor Holiday wróciła do nas. Już wystarczająco się mną zamartwiała. Nie musiała przejmować się jeszcze moim stanem psychicznym po tym, co miało miejsce wczorajszego dnia. Szósty wystarczająco jej zapewne o tym opowiedział, resztę informacji pozostawię dla siebie.
-Nie ma się czym martwić, Holiday. Czuję się bardzo dobrze i nic się nie dzieje z moim ciałem. Wszytsko jest w normie. Myślę, że moje nanity same poradziły sobie z tym problemem i nie potrzebuję dalszych badań. - powiedziałem z uśmiechem. Nie chciałem obciążać ją kolejnymi badaniami.
Kątem oka zerknąłem na wyniki dziewczyny, które Holiday trzymała w ręku. Spędziłem już w tym miejscu tochę czasu i bez trudu rozpoznałem czerwony pasek, który pokazywał niestabilne nanity w ciele. Było to nieco niepokojące. Wiedziałem, że w tym stanie nie będą chcieli jej stąd wypuścić, póki będzie stanowiła jakiekolwiek zagrożenie dla innych ludzi. Zastanawiało mnie czy można ją wyleczyć i czy w ogóle tego chciała. Przy któreś okazji na pewno będę musiał ją o to zapytać, ale w tej chwili nie był to najlepszy pomysł. Na pewno nie mogłem jej powiedzieć o wyniku badań.
-W takim razie my już pójdziemy - mruknąłem pod nosem. Złapałem dziewczynę za rękę, ciągnąc ją za sobą. Po chwili znaleźliśmy się pod drugiej stronie drzwi, na korytarzu.
-Póki i tak nie mamy nic do roboty, chciałabyś pozwiedzać siedzibę Providence. Mamy tutaj całkiem ciekawe sale treningowe. Jedną z nich stworzono nawet dla mnie, a właściwie dla takich jak my. - powiedziałem zachęcająco.
Valentina
Przestałam słuchać co mówiła ta kobieta do Rexa. Bardziej interesowały mnie moje wyniki badań. Skoro wszystko było w porządku to chyba nie musiałoby to być sekretem. Może tutaj wszystko musiało być owiane tajemnicą. Okropnie mi się to nie podobało. Niezależnie od wyników zamierzałam stąd odejść najlepiej następnego dnia. Jak tylko kupie coś do jedzenia i będę mogła wyruszyć. Całe szczęście Pierwszy zabezpieczył mnie na każdą ewentualność. Miałam tylko nadzieję, że nikt nie dotknie mojego plecaka. Tego byłoby już za wiele. Próbowałam zajrzeć w kartkę z wynikami badań, ale doktor Holiday skutecznie mi to uniemożliwiła i schowała kartkę do segregatora. Miałam wrażenie, że to nie skończy się dobrze. Wyszliśmy z pokoju na korytarz. Przypatrzyłam się chłopakowi mając nadzieję, że on coś zdążył wyczytać. I tak nie miałam pewności czy by mi powiedział. Mogłam mieć tylko taką nadzieję. W sumie... Co mi pozostało?
-Nie widziałeś może wyników badań? Doktor Holiday była strasznie tajemnicza... Chciałabym wiedzieć co takiego wykazały-powiedziałam spokojnie wyszukując na jego twarzy choćby drgnięcia świadczącego o tym, że czegoś mi nie mówił. Niestety niczego nie znalazłam. Miałam ochotę zakląć pod nosem jednak najważniejsze było zachowanie zimnej krwi. Zbytnie okazywanie emocji takich jak wściekłość i frustracja mogły mieć dla mnie zgubne skutki. Westchnęłam znużona już tym wszystkim. Było mi obojętne co będę robić przez resztę dnia. Czułam się otępiała po stracie Pierwszego i zdezorientowana w nowym miejscu.
-Jasne, nie mogę się doczekać aż dokładnie obejrzę to miejsce. Wydaje się dosyć duże i ciekawe...- powiedziałam z entuzjazmem, którego nie było w moim sercu, ale nawet ekspert nie wyczułby kłamstwa. W sumie większość była kłamstwem. Wcale nie chciałam poznawać tego miejsca, bo moim planem było je jak najszybciej opuścić.
-Co znaczy dla takich jak my? Jestem dość zwyczajna... Przecież teraz praktycznie każdy człowiek na ziemi posiada w swoim ciele nanity. Jeszcze nie poznałam takiego, który by ich nie miał.- powiedziałam poważnie. Czyżby właśnie zdradził mi coś czego nie zamierzał? Nie... Na pewno nie. To była jak zwykle moja wybujała fantazja. A może? Miałam dość tych pytań i niepewności. Szłam za chłopakiem czekając aż pokaże mi coś w miarę interesującego. Jak na razie były to tylko drzwi o tej samej budowie i fakturze. Najpewniej z jakiejś stali, którą niełatwo byłoby wyważyć. Kolejna ochrona? Pewnie alarm też tu mieli. Nie chciałam nawet myśleć o innych środkach zabezpieczeń. Wszystko wyglądało tutaj tak samo, a ściany miały paskudny niebiesko- szary kolor. To miejsce bardziej wyglądało jak więzienie niż wielka instytucja.
Rex
Zaprzeczyłem kiedy zapytała o wyniki. Dla jej własnego bezpieczeństwa nie mogłem o tym powiedzieć. Wiedziałem, że niestabilne nanity mogą zaszkodzić jej ciału. Wczorajszego dnia przeżyła zbyt wiele, właśnie dlatego chociaż trochę chciałem jej ulżyć. Jeśli by się dowiedziała, nikt nie wiedział jak by to wpłynęło na jej organizm. Powinienem zadbać o to, aby była jak najbardziej spokojna i nie musiała się niczym zamartwiać. Na chwilę obecną było to najlepsze lekarstwo.
-Nie o obecność nanitów mi chodzi. Może każdy je posiada, ale praktycznie nikt nie jest w stanie ich kontrolować. Wczoraj poczułem twój ogień na ręce, które przyjemnie podrażniał moją skórę. Twoje nanity od razu zdradziły mi, że jesteś w stanie nad nimi zapanować. Takich jak my jest naprawdę mało, właśnie dlatego jesteśmy aż tak wyjątkowi. Właściwie... Bardzo cieszę się, że tutaj jesteś. Pamiętam zaledwie ostatni raz z mojego życia i w pamięć nie zapadła mi żadna osoba, która by panowała nad swoimi zdolnościami. No wiesz, niekiedy trudno funkcjonować pomiędzy... nimi - zaśmiałem się nerwowo kątem oka zerkając na pracowników, którzy właśnie przechodzili przez korytarz. Wzruszyłem jedynie ramionami.
Trudno było być EVO w tym miejscu. Do tego nastolatkiem. Chyba od wieków nie miałem okazji rozmawiać z osobą w swoim wieku dłużej nić kilka minut. Właściwie bardzo podobało mi się towarzystwo Valentiny, nawet jeśli nie wydawała się zbyt towarzystką osobą. U Pierwszego zapewne też była w podobnej sytuacji, całkowicie oderwana od reszty świata.
W końcu weszliśmy na salę treningową przeznaczoną dla EVO. Sala była jednym z większych pomieszczeń w siedzibie. Kilka torów treningowych otoczonych torem do jazdy motorami. Na chwilę obecną właśnie tego było mi trzeba.
-To co powiesz na małą przejażdżkę? - powiedziałem z szerokim uśmiechem. Moje nogi, od kolan w dół, przekształciły się w pojazd podobny do motoru. Stalowe koła spoczęły na twardym i stabilnym asfalcie. -Być może nie jest to limuzyna, ale świetnie spisuje się na takich torach.
Podałem dziewczynie rękę, czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony. Uwielbiałem ryzyko związane z zawrotną prędkością, zwłaszcza, że moje ciało samo było w stanie stworzyć pojazd, na którym mogłem ćwiczyć i przekraczać limity prędkości. \
Vallentina
Jego zaprzeczenie ani trochę mnie nie uspokoiło. To, że nie widział co się stało nie znaczyło przecież, że było dobrze. Po co robić wielką tajemnicę z czegoś co było banalnie proste. Postanowiłam skupić się na chwilę na czymś innym. Może to co mówił do mnie Rex odciągnie mnie chociaż na chwilę od niewygodnych i niezrozumiałych rzeczy. Ciągle też w głowie paliła mi się lampka ostrzegawcza, aby uważać na tych ludzi tak jak poradził mi Pierwszy. Przewidział, że się tu znajdę. Przeczuwał to, ale nigdy niczego nie wyjaśnił. Chociaż znałam powody i rozumiałam, że się o mnie martwić to miałam odrobinę żalu, że mnie do tego nie przygotował.
-Z chęcią oddałabym komuś ten dar... Jest bardzo uciążliwy. Nie zależy mi na kontrolowaniu tego. Chciałabym tylko normalnie żyć tak jak do tej pory- powiedziałam poważnie. Owszem mogłam dodać, że bez przypadkowego podpalania zasłon też bym się obeszła, ale nie miało to najmniejszego sensu. Wydawało mi się, że moje słowa były aż nazbyt dobitne.
Weszliśmy na wielką salę treningową. Było tu dziwnie zimno. Chociaż władałam ogniem to nie byłam w stanie wytworzyć ciepła dla siebie. Jakby ktoś mnie teraz dotknął czułby, że mam cieplejszą od otoczenia skórę, ale to ciepło nie ogrzewało mnie tylko kogoś. Kolejny powód jej bezużyteczności. Spojrzałam ze zdziwieniem w oczach na chłopaka. O mało nie krzyknęłam zasłaniając sobie od razu usta dłonią. Cofnęłam się zaskoczona o krok. Myślałam, że potrafił tylko kontrolować nanity, ale to co stało się w tym momencie było zupełnie nieprzewidywalne. Jak on to zrobił? Przed chwilą stał obok mnie, a teraz jego nogi zostały zastąpione kołami, siedzeniem i metalową ramą.
-Niesamowite...-wyszeptałam cicho. Stałam jakiś czas patrząc się na chłopaka i nie mogąc się poruszyć. W końcu z wahaniem ujęłam jego dłoń w swoją i zbliżyłam się. Było to co najmniej dziwne. Miałam na nim usiąść? To tak jakbym siedziała mu na kolanach? A może jeszcze gdzie indziej... Zarumieniłam się ogromnie. Nie chciałam jednak okazać się tchórzem. Miałam wrażenie, że można mu ufać chociaż nie zamierzałam tego sprawdzać na sto procent. Już miałam przerzucić nogę przez metalową ramę kiedy usłyszałam za sobą jakieś poruszenie.
- Skończ się popisywać Rex... Biały Rycerz chce się z nią widzieć. Nie mamy czasu na twoje wygłupy. - usłyszałam nieprzyjemny szorstki głos pewnego wysokiego, czarnoskórego mężczyzny wyraźnie po pięćdziesiątce. Na te słowa do pomieszczenia wkroczyło jeszcze dwóch mężczyzn. Byli o wiele więksi od nas i mieli... Rękawice? Wyglądały jak... Byłam wściekła! Ubrani byli tak aby ogień zaszkodził im w jak najmniejszym stopniu. Czułam, że jeżeli nie pójdę zawloką mnie siłą czy tego chce czy nie. Inaczej nie potrzebna była tu obstawa. Zaczynałam wątpić czy od tak mnie wypuszczą. Najwidoczniej miałam być więźniem. Mogłam się tego spodziewać. Puściłam rękę Rexa cofając się od niego o parę kroków. Moja wcześniejsza chęć zaufania mu prysnęła niczym bańka mydlana. Założyłam ręce na piersi i spojrzałam wyczekująco na mężczyzn. Jeden grubszy nie kwapił się do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, zresztą jakby potrafił podejmować jakieś decyzje... Jego twarz wskazywała na to, że jest tępym pomagierem. Nie to co ten drugi mężczyzna. Wysoki, szczuły z wieloma bliznami na twarzy. Wyglądał jakby okrucieństwo i dominacja było jego drugim hobby i to wcale nie ukrytym. Nie zamierzałam się ruszyć z miejsca. Jeśli chcieli mogli sami mnie zaprowadzić. Na pewno się nie ugnę i nie będę wykonywać wszystkich poleceń jak mała grzeczna dziewczynka.
Rex
-Popisywać się...? Moje wygłupy? - spojrzałem na nich zdenerwowany. Jak Białego i jego najważniejszych podwładnych musiałem się słuchać, tak zwykłym posłańcom nie zamierzam być posłuszny. Nie mieli zbyt wysokiego stanowiska o zym świadczyły ich mundury. Moje nogi powróciły do normalnego stanu. Nawet nie miałem okazji przejechać się z valentiną po torze. Czy oni mieli chociaż pojęcie ile musiałem czekać, aby jej to zaproponować? - Trenuję. Czy nie właśnie to Biały kazał mi robić w wolnym czasie, abym nie sprawiał mu problemów? To był jego rozkaz, więc nie przeszkadzajcie mi w tym. - powiedziałem bardziej lekceważąco, aby pokazać idiotyzm ich działania.
Miałem już dosyć ciągłego rozstawiania mnie po kątach. Rex zrób to, Rex zrób tamto, Rex idź tam. Wiedziałem, że Biały mi nie ufał. Każdy to wiedział. Nie ufał EVO, nawet jeśli takie osoby w pełni nad sobą panowały. Każdy wiedział o tym, że był przygotowany na "problemy związane z moimi mocami", jakbym lada dzień miał się zamienić w potwora i zacząć atakować niewinnych ludzi. Nie byłem taki, wiedziałem to. Bylo we mnie coś, co całkowicie hamowało przemianę z stwora. Pewien nanit, który mi pomagał nad sobą panować. To właśnie dzięki niemu mogłem zabierać od innych nadmiar szkodliwych nanitow, aby ich wyleczyć. Jednak Biały Rycerz nie był tego świadom i powinien pozostać w niewiedzy. On nie ufał mi, a ja nie ufałem jemu. Po moim przybyciu tutaj chcial mnie zabić tak jak inne EVO, właśnie dlatego nie mogłem mu o wszytskim mówić. Nie miałem pewności czy nie zechce wykorzystać tego do własnych celów. Jedynie Szósty oraz Holiday wiedzieli co tak naprawdę się ze mną działo i wspierali mnie w tym.
Szosty, mimo posłuszeństwa Białemu, zawsze stawał w mojej obronie i próbował mnie tłumaczyć. Zaś doktor Holiday była przeciwna zabijaniu EVO i szukała wszelkich sposób, aby Biały nie mógł zabijać przemienionych ludzi. Prędzej własnymi siłami odnajdzie lekarstwo na szkodliwe nanity niż wyda Białemu całą prawdę o mnie.
-Nie przypominam sobie, aby Biały Rycerz umawiał się z nami na rozmowę. Wybaczcie, ale aktualnie dziewczyna jest zajęta i niestety nie może się u niego stawić. Niech przyjmie najszczersze przeprosiny. - powiedziałem żartobliwie się uśmiechając. Zaśmiałem się pod nosem. Nie miałem zamiaru im ustępować tylko dlatego, że on wydał taki rozkaz. Nie miał nade mną aż takiej władzy. Do kar z jego strony byłem już przyzwyczajony i mało co się nimi przejmowałem. - Na nas już pora, panowie. Może jeszcze dzisiaj wrócimy.
Objąłem dziewczynę w pasie, przyciągając ją do siebie. Z moich pleców wyrosły mechaniczne śmigła, które bez problemu uniosły nas w powietrzu. Byliśmy już daleko nad ziemią zanim posłańcy zdążyli zareagować.
Valentinę przymałem jak najmocniej, w razie gdyby przyszło jej do głowy zacząć się wyrywać. Będąc na takiej wysokości wolałem nie narażać jej na upadek. Odlecieliśmy kawałek od toru, mimo to nadal znajdowaliśmy się na terenie bazy. Po kilku minutach udało mi się dotrzeć do opustoszałej budowli, która była pozostałością po pierwszym labolatorium. Dopiero będąc na ziemi wypuściłem dziewczynę ze swoich objęć. Mimowolnie na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech.
-Przez jakiś czas jesteśmy bezpieczni. Minie trochę czasu zanim uda im się tutaj dotrzeć. Tak czy tak będziesz musiala spotkać się z Białym, ale nikt nie powiedział, że od razu musisz tam iść. - powiedziałem spokojnie. Mechaniczne śmigła rozpadły się w kilka sekund, pozostawiając po sobie jedynie kilka kawałków metalu, które spadły na ziemię. - Niekiedy można się im wymknąć, ale lepiej nie opierać się im za bardzo. Z własnego doświadczenia wiem, że tacy faceci nie przepadają za EVO, z Białym Rycerzem na czele. Nigdy nie widzialem aby facet się uśmiechał.
Valentina
Może i wyglądałam na małą i nieporadną, ale potrafiłam walczyć o swoje. Nie ważne było czy wygrywałam. Liczył się jedynie fakt, że mogłam pokazać, że nie tak łatwo mną rządzić jak się wszystkim wydaje. Czułam mrowienie w palcach. Powstrzymałam je. Nie chciałam używać mocy. Nie teraz i nie w ten sposób. Jeżeli tak bardzo chcieli mogli mnie tam zaciągnąć. Spojrzałam zaskoczona na Rexa. Myślałam, że będzie po ich stronie i zaprowadzi mnie do Przywódcy. Nie zrobił tego za co byłam mu wdzięczna. Cieszyłam się, że chociaż jedna osoba tutaj była gotowa się postawić. Wstrzymałam oddech kiedy chłopak przyciągnął mnie do siebie. Jego ciało było umięśnione, a klatka piersiowa unosiła się w spokojnym oddechu. Nim się spostrzegłam z jego pleców wyrosły dziwne wahadła, a może raczej śmigła? Nie mogłam dokładnie ocenić co to było ponieważ nie mogłam się do niego odwrócić. Jedynie kątem oka dostrzegałam urządzenie. W jednej chwili staliśmy na ziemi, a w drugiej unosiliśmy się w powietrzu. Złapałam się mocniej chłopaka to znaczy raczej mocno przytuliłam aby nie spaść na dół.
Nie miałam lęku wysokości, jednak upadek z kilkudziesięciu metrów ani trochę mnie nie przekonywał. Co innego gdybym miała jakieś zabezpieczenie, pasy, materac na miękkie lądowanie?
Sama już nie wiedziałam. Czułam tylko jak ramiona Rexa obejmują mnie i przytrzymują. Marna ochrona, ale zawsze coś. Na całe szczęście mnie nie upuścił.
Wylądowaliśmy w jakimś opustoszałym budynku, który w niektórych miejscach miał spore ubytki. Jedna ściana była nawet w połowie rozwalona. Chciałam zapytać co tu się wydarzyło, ale uznałam że nie pora na to.
-Dziękuję za to, że mnie nie wydałeś w ich ręce. Nie wydaje mi się, że wypuszczą mnie po dobroci, a nie mogę przecież ze wszystkimi walczyć. Jedna, dwie osoby tak, ale nie poradzę sobie ze wszystkimi. - mruknęłam cicho. Usiadłam na podłodze i spojrzałam na chłopaka. Mówił w taki sposób jakby i on był pewien iż tutaj zostanę. Wiedział więcej ode mnie, ale nie miałam mu tego za złe. W końcu także znał mnie od niedawna i zapewne ufał mi w takim samym stopniu co ja jemu. Zyskał moją wdzięczność za to co robił, ale nie mogłam ufać komuś kogo znałam jeden dzień. Przecież go nie znałam. W każdej chwili mógł mnie wydać, albo zostawić samą. Bóg jeden wiedział dlaczego mi pomagał. Odetchnęłam głęboko. Im dłużej się nad tym zastanawiałam tym mniej na ten temat wiedziałam.
-Myślisz, że czego może on ode mnie chcieć? Skoro tak nie lubi EVO to czemu mnie po prostu nie wypuści?-zapytałam uważnie na niego patrząc. Z tego co zrozumiałam Biały Rycerz bał się nas, a jednak z jakiegoś powodu trzymał nas tu i prowadził badania. Czy Rex nigdy nie chciał być wolny? Żyć poza tym miejscem? Nie odważyłam się o to zapytać. To nie była moja sprawa. Może odpowiadał mu taki stan rzeczy. W takich momentach mój mózg stawał się miękką papką i odmawiał posłuszeństwa. Było tego po prostu za dużo.
Rex
-Walka z nimi nie będzie łatwa. Nie zapominaj, że jest to organizacja, która zajmuje się EVO. Zanim tutaj przybyłem i odkryli co potrafię, tacy jak my byli od razu zabijani... Bez jakiejkolwiek szansy na przeżycie... Posiadają tutaj pełno broni, która może nam zaszkodzić. Niby współpracują z nami, ale wiem, że nam nie ufają. Ja też jestem przez nich ciągle obserwowany. Biały stworzył nawet specjalną broń, aby móc szybko mnie unieszkodliwić, gdybym tylko sprawiał problemy... - mruknąłem pod nosem. Powinna wiedzieć, że walka z nimi nie ma najmniejszego sensu i tym może sobie jedynie zaszkodzić. Lepiej bylo być posłusznym, przynajmniej na razie. - Niby dają możliwość odrzucenia ich oferty, ale nie oszukujmy się, nie mamy jej wcale. To jest w tym najgorsze. Byłem pierwszym EVO, które przyjęli zamiast zabić. Ode mnie się wszystko zaczęło. Tacy jak my są im potrzebni do walki. Jest coraz więcej zarażonych a nikt nie jest bardziej skuteczny przeciwko EVO jak inny EVO. Odgrywamy jedynie rolę żywej broni. - odpowiedziałem z wyczuwalnym smutkiem w głosie.
Niekiedy sam czułem się tutaj jak w klatce. W wolnej chwili mogłem wyjść z bazy, jeśli jednak nie odpowiedzialbym na ich wezwanie, nie skończyłoby się to zbyt przyjemnie. Nawet jeśli zawdzięczam im życie i dach nad głową. nie czułem się tutaj do końca dobrze. Odejść mogłem już dawno. Powstrzymywała mnie jednak myśl, że jestem jedyną osobą, która może wyleczyć chorych. Nie mogłem pozwolić na to, aby kolejne osoby ginęły z ich ręki, tylko dlatego, że nie byli w stanie pozbyć się nadmiaru szkodliwych nanitów. Byłem nadzieją na odnalezienie lekarstwa.
Szostemu zawdzięczałem życie. To właśnie on uratował mnie tamtego dnia, kiedy pozbawiony pamięci błąkałem się po wiosce pełnej EVO. Nic nie pamiętałem, oprócz swojego imienia. Całkowicie pozbawiony życia oraz swojej tożsamości. Zainsteresowany moimi umiejętnościami zabrał mnie do doktor Holiday, która szybko zaczęła badania nad moim ciałem. W tedy Biały postanowił, że jedyne co można zrobić to zabić mnie. Jedynie dzięki ich pomocy mogłem zachować swoje życie. Od tamtego dnia Providence stało się moim domem, zresztą jedynym domem.
Ja leczyłem EVO a oni pozwalali mi żyć i dawali dach nad głową. Powiedzmy, że był to w miarę sprawiedliwy układ.
-Na chwilę mogliśmy uciec. Wezmę na siebie całą winę, abyś nie miała problemów. Powinnaś jednak porozmawiać z Białym, aby dowiedzieć się, czego dokładnie od ciebie chce. Na pewno będzie miał ci cos do zaoferowania, i zapewne będzie to coś, co przyniesie głównie korzyści jemu.
Valentina
-Nie ma mowy o żadnej walce. Przecież nie wygram z wszystkimi. Owszem przemknęła mi taka myśl przez głowę, ale nie narażę siebie skoro mam inne wyjście. Na razie muszę poczekać. Kiedyś nadarzy się okazja, a teraz jak zauważyłam ten koleś tak łatwo mnie nie wypuści- mruknęłam cicho. I tak nie miałam wyjścia. Mogłam tu siedzieć aż mnie znajdą i zaprowadzą na "audiencję", albo pójść tam sama i stanąć twarzą w twarz - a raczej przez szybę. Przynajmniej tak mówili tutaj ludzie. Zdążyłam już się o sobie nasłuchać tyle, że przyhamowałam trochę tę zdolność. Podniosłam się z podłogi. Od Rexa niczego konkretnego się nie dowiem. Mogłam próbować go lepiej poznać, ale nie wiem czy miało to sens. Był miły i inteligentny ( o przystojnym wolałam nie myśleć, chociaż nie mogłam ukryć ze to jak wygląda zrobiło na mnie wrażenie. Miał niesamowicie rozbudowane mięśnie i kiedy tak leciałam przytulona do niego...) Nie, nie, nie... Nie mogłam nikogo teraz do siebie dopuścić. Ucieczka była ważniejsza, a on mógłby mnie rozpraszać. Widać było, że mocno był związany z tym miejscem. Wolałam go w to nie wciągać, ani nie opowiadać o planach.
-Nie musisz mnie chronić. Dam sobie radę. Nie jestem taka słaba na jaką wyglądam. Możemy do niego iść od razu? Chcę mieć to już za sobą. W sumie nie interesują mnie jego propozycję, ale coś mi się zdaje, że mnie nie wypuści.- powiedziałam poważnie. Mogłam w ogóle nie lecieć. Z kilkoma osobami w domu miałam szansę, ale tutaj wpakowałam się na własne życzenie w paszczę lwa. Musiałam przełknąć tą niemiłą gorycz i stawić czoła temu co na siebie ściągnęłam. Na pewno nie dam się rozstawiać po kątach, ale też nie zamierzam się wychylać. Wiedzą o jednej mocy. Druga musi pozostać w tajemnicy. Gdyby się wiedzieli, że mogę podsłuchiwać ludzi nawet na końcu następnego korytarza, a jak się bardzo skupię to i piętro niżej to byłoby pewne, że będą chcieli mnie wykorzystać. I że nie będzie to miła propozycja, a raczej przymus. Wyszłam z opuszczonego budynku i prawie wpadłam na tych dwóch drabów, którzy nie byli zbyt zadowoleni. Włożyłam ręce do kieszeni i spojrzałam na nich wyzywająco.
-Już, spokojnie... Tylko nie gryźcie...- uśmiechnęłam się kpiąco specjalnie ich prowokując. Stanęłam w miejscu czekając na Rexa. W sumie nie wiedziałam czy zamierza iść ze mną, ale wolałam się upewnić.
-Idziesz?- zapytałam patrząc dalej na osiłków. Wyglądali jakby się niecierpliwili.
-Nie mamy zamiaru czekać aż ten szczeniak się ruszy. Jeśli nie chcesz iść z nami po dobroci możemy spróbować inaczej.- warknął ten, który wyglądał na groźnego. Na tamtego półgłówka w ogóle nie zwracałam uwagi. To nie on stanowił ewentualne zagrożenie. Z uśmiechem uniosłam ręce do góry w geście poddania. Grunt to robić dobrą miną do złej gry. Z powrotem włożyłam dłonie do kieszeni i postąpiłam krok do przodu. I tak nie miałam większego wyboru.
Valentina
Obudziłam się słysząc kroki zza drzwi. Ewidentnie był to mężczyzna. Chodził ciężko i głośno co świadczyło o pewności i oczywiście o wadze. Słuch mnie nie zawiódł i już po chwili widziałam tego samego mężczyznę co wczoraj, którego Rex nazywał swoją "rodziną" o ile można było tak nazwać ich relacje. Podniosłam się z fotela. Nie zamierzałam spędzić tutaj więcej czasu niż to było potrzebne. Miałam nawet nadzieję, że dzisiaj będę mogła stąd odejść. Nie łatwo będzie mi znaleźć nowe miejsce, w którym mogłabym zamieszkać i byłabym bezpieczna, ale na pewno nie było to niewykonalne. Spojrzałam na zaspanego chłopaka. Nic dziwnego, że był niewyspany. Nie chciałam mu współczuć, ale uczucie było silniejsze. Musiałam przyznać, że było mi go trochę szkoda. Po wczorajszym dniu musiał być wykończony. Natomiast ja starałam się za dużo nie myśleć. Myśli tylko przygnębiały, a na to nie mogłam sobie teraz pozwolić. Straciłam Pierwszego, ale jego śmierć nie mogła mi przysłonić racjonalnego myślenia. Ostrzegł mnie przed tym miejscem i jeżeli miałabym być ostrożna to tylko jeśli nie pogrążę się w smutku.
Mieliśmy teraz udać się do doktor Holiday. Nie uszczęśliwiało mnie jakoś specjalnie, ale nie chciałam już pierwszego dnia się buntować. Wolałam pozyskać zaufanie tych ludzi nawet jeśli ja im nie zamierzam ufać. Lepiej było mieć ludzi po swojej stronie. Jak to mówią... Przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Byle nie dopuścić ich za blisko siebie.
-Jak myślisz... Co zamierzają ze mną zrobić?- zapytałam Rexa. Nie wiedziałam też czy tak po prostu zechcą mnie stąd wypuścić. Nie miałam okazji się tutaj rozejrzeć, ale miejsce nie zachęcało aby w nim pozostać. Zastanawiał mnie również przywódca tego miejsca. Jeżeli chciałby się mnie pozbyć... Ważne było abym nie ujawniała swojej mocy związanej z ogniem.
-Czy mógłbyś nie mówić nikomu o... No wiesz... O moim ogniu? O tej mocy?- zapytałam chłopaka choć nie przypuszczałam, że się zgodzi. Zapewne robił wszystko co kazała mu ta organizacja i niczemu się nie sprzeciwiał. Jeżeli był posłusznym pieskiem to gorzej dla mnie. Mógłby chcieć się za dużo dowiedzieć o mnie i o moich mocach. Nie będzie łatwo je ukryć, ale przynajmniej będę się starała. Musiałam kontrolować tą moc... Mogła ona mnie rozsadzić od środka i zniszczyć wszystko w promieniu kilkunastu kilometrów. Byłam jak bomba, ale ani ja ani Pierwszy nie mogliśmy przewidzieć kiedy wybuchnę. Jedyną moją szansą było względne tłumienie ognia. Co do drugiej mojej mocy to wolałam aby pozostała tajemnicą, nawet przed Rexem. Słuch wyćwiczyłam do tego stopnia, że jeśli wystarczająco mocno się skupiłam to mogłam usłyszeć ludzi rozmawiających trzy pokoje dalej.
Weszłam do łazienki, przemyłam twarz po czym wróciłam do Rexa patrząc na niego wyczekująco. Miał ciemną skórę, która przyjemnie współgrała z jego czarnymi włosami. Chwila, moment... On był dla mnie zagrożeniem, nie powinnam się rozwodzić nad jego niezwykłą urodą. Odetchnęłam lekko. Wolałam mieć to spotkanie już za sobą. Niech zbadają co chcą zbadać i wypuszczą mnie na zewnątrz. Chciałam już być daleko stąd. Nie czułam się pewnie. Poprawiłam lekko dłonią włosy i podeszłam do drzwi czekając na chłopaka.
Rex
Bolało mnie całe ciało. I to dosłownie. Z ledwością byłem w stanie poruszyć chociażby małym palcem. Po raz pierwszy miałem okazję wchłonąć w swoje ciało aż tak dużą dawkę nanitów i jak widać nie był to najlepszy pomysł. Co prawda nie miałem w sobie ich na tyle, aby zagrażały mojemu życiu, ale i tak zbyt wiele krążyło ich po moim ciele. Wiedziałem, że Holiday wsadzi mnie do tej dziwnej kapsuły, aby pozbyć się nadmiaru. Przez nie nie byłem nawet w stanie poprawnie funkcjonować. Nawe jak dla mnie było to zbyt wiele. Rzadko kiedy miałem okazję spotkać na swojej drodze kogoś, kto nie był uleczalny. Jedyną pozytywną myślą było to, że nieuleczalne Evo trafiały do naszego rezerwatu czkając aż zostanie wynalezione lekarstwo. Tylko tyle mogliśmy dla nich zrobić.
Dopiero teraz zorientowałem się, że całą noc przespałem w swoich ubraniach. Musiałem się śpieszyć, aby zdążyć na badania, dlatego też zignorowałem ten fakt. Ściągnąłem jedynie bluzkę, aby móc ją przeprać na czystą. Obecność dziewczyny ani trochę mnie nie krępowała, dlatego też nie bawiłem się w zasłanianie swojego ciała.
-To wie jedynie Biały Rycerz. Najpewniej cię stąd wypuszczą. Chyba, że zobaczą w tobie kogoś, kto może ci pomóc. W przeciwnym razie zapewne poproszą cię o pomoc. Providence próbuje pomagać zarażonym, dlatego też przyda się nam każda pomoc. - mimo zmęczenia uśmiechnąłem się szeroko. Naciągnąłem szybko na siebie świeżą koszulę. Po chwili byłem już gotowy do wyjścia. Szósty już dawno zniknął z pola mojego widzenia, pozostawiając po sobie jedynie informację. - Doktor Holiday przebada cię, aby sprawdzić twój stan zdrowia i stan nanitów w twoim ciele. Na pewno zobaczy, że panujesz nad nimi. Zapewne powinienem powiedzieć Białemu jakie posiadasz moce, ale... Nie powiedziałbym, że zbytnio za sobą przepadamy. Będzie o wiele zabawniej jeśli dowie się o tym w inny sposób niż ode mnie. Zapewne mi się za to oberwie, ale będzie warto zobaczyć jego zszokowaną minę. - prychnąłem cicho pod nosem. - Facet jest dosyć dziwny. Nigdy nie wychodzi ze swojego gabinetu, który jest jedynym pomieszczeniem nieskażonym nanitami. Podobno to jedyny człowiek, który jest od nich czysty. Żyje w zamknięciu odkąd tylko pamiętam. - uśmiechnąłem się do niej szeroko próbując jakoś pocieszyć. Nie wyglądała na kogoś, kto był zadowolony z tego, że jest w tym miejscu. Z jednej strony lepiej dla nie by było jakby je opuściła. Z drugiej jednak chciałem, aby mogła tutaj zostać, chociaż na jakiś czas. Wydawała się niezwykle ciekawą osobą i chciaqłem poznać ją bliżej. Nie mówiąc już o tym, że była jedyną osobą w tym miejscu, która była w podobnym wieku co ja.
Otworzyłem dziewczynie drzwi, aby mogła pierwsza wyjść na korytarz. Od razu skierowaliśmy się do ganinetu doktor Holiday. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą. Zdecydowanie bardziej interesowała mnie dziewczyna.
Valentina
Nie pokazałam po sobie zdziwienia na wieść o dziwnym Białym Rycerzu... Znając życie to sam nadał sobie taki przydomek. W jego mniemaniu był jedynym czystym? Z tym nie mogłam się zgodzić. Przecież było to niemal niemożliwe. Jeżeli faktycznie tak było to aż śmiać mi się chciało na myśl o dorosłym mężczyźnie bojącego się kontaktu z innym osobnikiem jego gatunku. Lepiej dla mnie jeśli mnie wypuszczą. Zresztą nie mieli chyba prawa zatrzymać mnie wbrew mojej woli. Sama podjęłam decyzję aby polecieć z nimi. Mogłam się bronić, ale zdecydowałam inaczej. Dla dobra wszystkich, a zwłaszcza tego chłopaka, który jedyny był w tym towarzystwie przyjazny. Skoro niczym mi się nie naraził to nie mogłabym go skrzywdzić. Miałabym potem okropne wyrzuty sumienia.
Jeden jedyny raz moja moc wymknęła się w dużym stopniu spod mojej kontroli. Pozostałe wypadki były nieznaczące jak podpalona zasłona i zwęglony stół, ale to co stało się trzy lata temu zaczynało mnie przerastać. W snach wszystko wracało. Ciemna ulica, powrót ze sklepu do domu... Uczucie niepokoju i ktoś podążający krok w krok za mną. Moc sama ze mnie wystrzeliła, nie mogłam tego kontrolować, a poczucie winy towarzyszyło mi do dziś.
-Mam nadzieję, że w ogóle się nie dowie. To tylko moja sprawa, a ktoś obcy nie powinien się wtrącać. Jeśli się dowie... Nie mam pojęcia czy nie będzie chciał tego wykorzystać. Jedyne czego chce to się stąd wydostać i zacząć życie od nowa. Nawet nie wiem czemu z wami poleciałam. Byłam w szoku i to chyba jedyne wytłumaczenie. Poza tym nie chciałam z tobą walczyć. - powiedziałam powoli, ale stanowczo. Rex także nie wiedział o wszystkich moich mocach.
Szliśmy długim korytarzem przed siebie mijając ciągle takie same drzwi. Miałam wrażenie, że krążymy w kółko, ale chłopak sprawiał wrażenie, że wie dokąd idzie. Słyszałam stłumione głosy... Skupiłam na nich większą uwagę i po chwili wszystko słyszałam coraz wyraźniej.
"Nie mogę uwierzyć, że Pierwszy nie żyje", "To była prawdziwa legenda!", "Podobno miał córkę, albo podopieczną, nikt nie wie skąd się pojawiła" "Moc ognia... Będą z nią same kłopoty, mogę się założyć"
Miałam ochotę zakląć pod nosem. Niepotrzebnie prosiłam Rexa o dyskrecje. Najwidoczniej wszyscy już o mnie wiedzieli wszystko. Cała się spięłam. Czułam buzujacą we mnie moc. Odetchnęłam lekko trochę się uspokajając. Najważniejsze to zachować zimną krew. Musiałam zachowywać się naturalnie. W końcu weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia pełnego medycznych sprzętów. Najwidoczniej byliśmy na miejscu. W białym kitlu przy jednym z mikroskopów siedziała jakaś kobieta. Wolałam mieć to już za sobą.
Rex
-Przyprowadziłem Valentinę tak jak chciałaś. Tylko bądż dla niej dalikatna, nie chcę aby się spłoszyła. - powiedziałem z delikatnym uśmiechem na ustach do doktor Holiday. Była ona bardzo spokojną oraz miłą kobietą. Do tego bardzo stanowczą i odważną. Zawsze ciężko pracowała, co można było niejednoktotnie zobaczyć po jej zmęczonych oczach. Była jedną z najlepszych w swoim fachu i jedyną, w której ręce mógłbym się oddać jako pacjent. Miałem do niej pełne zaufanie jeśli chodziło o badanie moich nanitów.
-Hmmm, a więc to jest nasza nowa kruszynka. Valentina, prawda? - powiedziała kobieta podchodząc do "nowej". Mnie całkowicie zignorowała, będąc na chwilę obecną zainteresowana jedynie dziewczyną. Zawsze się cieszyła kiedy miała okazję zbadać nową osobę panującą nad własnymi nanitami. I tym razem tą radość można było zobaczyć na jej twarzy. - Szósty tyle mi o tobie opowiedział od wczorajszego dnia. Nie mogłam się doczekać, aby w końcu cię zobaczyć. - powiedziała energicznie łapiąc szczupłą twarz Valentiny w ręce. Uważnie przyglądała się jej drobnej twarzy, badając dokładnie każdą rysę. Była niezwykle podekscytowana jej obecnością. - Nie musisz się martwić, bedą to jedynie rutynowe badania, które pokażą stan twojego zdrowia oraz w jakim stanie są nanity. To nic wielkiego. - powiedziała z uśmiechem.
W tej chwili pozostawiła dziewczynę w spokoju, skupiając całą swoją uwagę na mnie. Jej uśmiech od razu zamienił się w skfaszoną minę. Wiedziałem jużco mnie czeka i że doktor Holiday ani trochę nie jest z tego zadowolona.
- Rexie Cesarze Peterze Salazar! Czy tobie już do reszty odbiło! - niemalże krzyknęła w moim kierunku. Na jej słowa wzruszyłem jedynie ramionami. Zawsze kiedy była zdenerwowana wypowiadała całe moje imię. - Wiesz na jak dużą dawkę nanitów wczoraj się naraziłeś? Doskonale wiesz co dzieje się z twoim ciałem kiedy pochłaniasz tak dużą dawkę nanitów. Ostatnim razem z ledwością udało mi się przywrócić cię do żywych! - westchnęła, próbując złagodzić swój ton głosu. - Powinieneś od razu do mnie przyjść, abym mogła cię zbadać. Nie mamy pewności czy nie zacząłbyś mutować w czasie snu i jak by to na ciebie wpłynęło. Pamiętasz ostatni raz? - powiedziałą stanowczo.
Wiedziałem, że się o mnie martwila, chociaż Biały Rycerz stanowczo jej powiedział, że ma się do mnie nie przywiązywać. Oprócz Szóstego, była najbliższą mi osobą w tym miejscu. Zawsze mogłem do niej przyjść i powiedzieć co mnie trapi. W jakieś części była w stanie zastąpić mi matkę, chociaż tylko w pewnych kwestiach. To dzięki niej mogłem tutaj zostać i zyskałem dach nad głową. Gdyby nie przekonała Białego Rycerza, że mógłbym być przydatny lecząc EVO, zapewne już dawno by mnie zabito. Właśnie to robiono kiedyś z takimi jak ja. Doktor Holiday widziała we mnie nadzieję, lekarstwo na nanity, które przejmowały coraz większą kontrolę.
Valentina
Stałam niepewnie ciągle patrząc na kobietę, która zaczynała się niebezpiecznie do mnie zbliżać. Chciałam się cofnąć, wewnętrznie potrzebowałam uciec przed niebezpieczeństwem; zagrożeniem. Stałam jednak w miejscu pozwalając się dotykać i tym samym wystawiając na dokładny ogląd. Oddychałam spokojnie. Grunt to nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak, a przecież wszystko było w porządku prawda? Gdyby Pierwszy mnie teraz widział na pewno by powtórzył to samo zdanie, które słyszałam za każdym razem kiedy byłam zdenerwowana lub wystraszona.
"Twój niepokój to pożywka dla przeciwników. Jeśli odsłonisz swoje słabości... Będziesz stracona."
Był dla mnie jak ojciec, a ja nawet nie powiedziałam mu jak bardzo go kochałam. To wszystko wydarzyło się tak szybko. Mieliśmy mieć dla siebie jeszcze tak dużo czasu! To w tym momencie było bez znaczenia. Teraz musiałam skupić się na chwili obecnej. Na tym aby tutaj przetrwać i żyć jak najdłużej. Uniosłam jedną brew pytająco. Co takiego ten Szósty mógł powiedzieć? Wiedział o mnie jedynie tyle, że mieszkałam z Pierwszym i posiadałam ognistą moc. Teraz widziałam jak głupia byłaby próba utrzymania mocy w tajemnicy skoro połowa ludzi w tym miejscu już o tym wiedziała.
Uśmiechnęłam się pod nosem widząc, że uwaga kobiety skupiła się na kimś innym. Usiadłam na stoliku i przysłuchiwałam się tyradzie prowadzonej przez doktor Holiday. Zadziwiona popatrzyłam na chłopaka. Dlaczego zrobił coś tak ryzykownego jak narażanie swojego życia dla kogoś kogo zupełnie nie znał? Byłam mu wdzięczna, że zrobił tak dużo. Nawet jeżeli to nie pomogło to byłam jego dłużnikiem. Przecież w czasie ratowania Pierwszego sam mógł zginąć albo zmutować!
Kobieta na początku przebadała chłopaka. W końcu to on był najbardziej potrzebujący, a mnie nic nie groziło.
-Wie może pani kiedy mnie stąd wypuszczą? Nie chce tracić czasu...- powiedziałam spokojnie próbując wybadać jej reakcje. Nawet powieka jej nie drgnęła. Nic mi nie odpowiedziała. Odeszła od chłopaka i skierowała się do maszyn w drugim pomieszczeniu zostawiając nas samych. Coś ukrywała, byłam tego pewna. Nie była złą osobą, ale wiedziała coś czego nie chciała powiedzieć i to coś było związane ze mną. Byłam stu procentowo pewna. Podeszłam do chłopaka i uśmiechnęłam się znikomo.
-Dziękuje, że tyle zrobiłeś aby go uratować. To dla mnie dużo znaczy- powiedziałam cicho. Chciałam tylko aby wiedział, że to doceniam. To wszystko było dla mnie dziwne. Kiedy doktor Holiday do nas wróciła ciągle miała na twarzy uśmiech.
-Tym razem masz szczęście Rex! Na ten moment nic ci nie grozi, ale musisz codziennie przychodzić na kontrolę. Wolałabym jednak mieć pewność.-powiedziała spokojnie analizując wyniki badań. Naumyślnie ignorowała moje pytanie.
Tym razem zaczęła badać mnie. Podstawowe badania i dodatkowo jakaś maszyna czy urządzenie, które miało sprawdzić stan moich nanitów. Widząc wyniki kobieta już na nas nie spojrzała. Zmarszczyła brwi nad czymś głęboko zamyślona.
-I jak?- zapytałam ciekawa czy wszystko jest w porządku.
-Tak, tak kruszynko. Możecie już iść- wymruczała ciągle zapatrzona w wyniki. Ani trochę jej nie uwierzyłam. Coś było nie tak i jak na razie nie wróżyło mi to dobrze. Czułam się jak w pułapce.
Rex
- To nic takiego... Taki właśnie jest plan Providence, uleczyć wszystkie EVO. Żałuję, że nie mogliśmy zrobić nic więcej. Według planu Szóstego Pierwszy miał zostać wyleczony. W wypadku gdyby nie byłoby to możliwe, mieliśmy go tutaj zabrać, gdzie w spokoju czekałby na lekarstwo. Nie powinniśmy dopuścić do jego śmierci. Nie w taki sposób. - mruknąłem cicho pod nosem. Zawsze czułem się winny kiedy ktoś przeze mnie tracił życie. Nawet zwierzęce EVO zasługiwały na lekarstwo, aby mogły żyć dalej. Nikt nie powinien być skazany na śmierć. Wierzyłem w to, że jest to uleczalne i w końcu uda nam się odnaleźć lekarstwo. Musiałem w to wierzyć. Według Holiday moje nanity były nadzieją na znalezienie antidotum. Nie wiem czy całkowicie można zniszczyć krążące w nas nanity, ale na pewno można uciszyć je na tyle, aby nikomu nie zagrażały. W tej chwili zarażeni stanowili zbyt duże niebezpieczeństwo dla innych. Jedynie niewielu było w stanie to kontrolować. Gdyby nie nanit kontroli będący w moim ciele, sam nie miałem pewności czy nie stałbym się jednym z potworów.
Spróbowałem się uśmiechnąć kiedy doktor Holiday wróciła do nas. Już wystarczająco się mną zamartwiała. Nie musiała przejmować się jeszcze moim stanem psychicznym po tym, co miało miejsce wczorajszego dnia. Szósty wystarczająco jej zapewne o tym opowiedział, resztę informacji pozostawię dla siebie.
-Nie ma się czym martwić, Holiday. Czuję się bardzo dobrze i nic się nie dzieje z moim ciałem. Wszytsko jest w normie. Myślę, że moje nanity same poradziły sobie z tym problemem i nie potrzebuję dalszych badań. - powiedziałem z uśmiechem. Nie chciałem obciążać ją kolejnymi badaniami.
Kątem oka zerknąłem na wyniki dziewczyny, które Holiday trzymała w ręku. Spędziłem już w tym miejscu tochę czasu i bez trudu rozpoznałem czerwony pasek, który pokazywał niestabilne nanity w ciele. Było to nieco niepokojące. Wiedziałem, że w tym stanie nie będą chcieli jej stąd wypuścić, póki będzie stanowiła jakiekolwiek zagrożenie dla innych ludzi. Zastanawiało mnie czy można ją wyleczyć i czy w ogóle tego chciała. Przy któreś okazji na pewno będę musiał ją o to zapytać, ale w tej chwili nie był to najlepszy pomysł. Na pewno nie mogłem jej powiedzieć o wyniku badań.
-W takim razie my już pójdziemy - mruknąłem pod nosem. Złapałem dziewczynę za rękę, ciągnąc ją za sobą. Po chwili znaleźliśmy się pod drugiej stronie drzwi, na korytarzu.
-Póki i tak nie mamy nic do roboty, chciałabyś pozwiedzać siedzibę Providence. Mamy tutaj całkiem ciekawe sale treningowe. Jedną z nich stworzono nawet dla mnie, a właściwie dla takich jak my. - powiedziałem zachęcająco.
Valentina
Przestałam słuchać co mówiła ta kobieta do Rexa. Bardziej interesowały mnie moje wyniki badań. Skoro wszystko było w porządku to chyba nie musiałoby to być sekretem. Może tutaj wszystko musiało być owiane tajemnicą. Okropnie mi się to nie podobało. Niezależnie od wyników zamierzałam stąd odejść najlepiej następnego dnia. Jak tylko kupie coś do jedzenia i będę mogła wyruszyć. Całe szczęście Pierwszy zabezpieczył mnie na każdą ewentualność. Miałam tylko nadzieję, że nikt nie dotknie mojego plecaka. Tego byłoby już za wiele. Próbowałam zajrzeć w kartkę z wynikami badań, ale doktor Holiday skutecznie mi to uniemożliwiła i schowała kartkę do segregatora. Miałam wrażenie, że to nie skończy się dobrze. Wyszliśmy z pokoju na korytarz. Przypatrzyłam się chłopakowi mając nadzieję, że on coś zdążył wyczytać. I tak nie miałam pewności czy by mi powiedział. Mogłam mieć tylko taką nadzieję. W sumie... Co mi pozostało?
-Nie widziałeś może wyników badań? Doktor Holiday była strasznie tajemnicza... Chciałabym wiedzieć co takiego wykazały-powiedziałam spokojnie wyszukując na jego twarzy choćby drgnięcia świadczącego o tym, że czegoś mi nie mówił. Niestety niczego nie znalazłam. Miałam ochotę zakląć pod nosem jednak najważniejsze było zachowanie zimnej krwi. Zbytnie okazywanie emocji takich jak wściekłość i frustracja mogły mieć dla mnie zgubne skutki. Westchnęłam znużona już tym wszystkim. Było mi obojętne co będę robić przez resztę dnia. Czułam się otępiała po stracie Pierwszego i zdezorientowana w nowym miejscu.
-Jasne, nie mogę się doczekać aż dokładnie obejrzę to miejsce. Wydaje się dosyć duże i ciekawe...- powiedziałam z entuzjazmem, którego nie było w moim sercu, ale nawet ekspert nie wyczułby kłamstwa. W sumie większość była kłamstwem. Wcale nie chciałam poznawać tego miejsca, bo moim planem było je jak najszybciej opuścić.
-Co znaczy dla takich jak my? Jestem dość zwyczajna... Przecież teraz praktycznie każdy człowiek na ziemi posiada w swoim ciele nanity. Jeszcze nie poznałam takiego, który by ich nie miał.- powiedziałam poważnie. Czyżby właśnie zdradził mi coś czego nie zamierzał? Nie... Na pewno nie. To była jak zwykle moja wybujała fantazja. A może? Miałam dość tych pytań i niepewności. Szłam za chłopakiem czekając aż pokaże mi coś w miarę interesującego. Jak na razie były to tylko drzwi o tej samej budowie i fakturze. Najpewniej z jakiejś stali, którą niełatwo byłoby wyważyć. Kolejna ochrona? Pewnie alarm też tu mieli. Nie chciałam nawet myśleć o innych środkach zabezpieczeń. Wszystko wyglądało tutaj tak samo, a ściany miały paskudny niebiesko- szary kolor. To miejsce bardziej wyglądało jak więzienie niż wielka instytucja.
Rex
Zaprzeczyłem kiedy zapytała o wyniki. Dla jej własnego bezpieczeństwa nie mogłem o tym powiedzieć. Wiedziałem, że niestabilne nanity mogą zaszkodzić jej ciału. Wczorajszego dnia przeżyła zbyt wiele, właśnie dlatego chociaż trochę chciałem jej ulżyć. Jeśli by się dowiedziała, nikt nie wiedział jak by to wpłynęło na jej organizm. Powinienem zadbać o to, aby była jak najbardziej spokojna i nie musiała się niczym zamartwiać. Na chwilę obecną było to najlepsze lekarstwo.
-Nie o obecność nanitów mi chodzi. Może każdy je posiada, ale praktycznie nikt nie jest w stanie ich kontrolować. Wczoraj poczułem twój ogień na ręce, które przyjemnie podrażniał moją skórę. Twoje nanity od razu zdradziły mi, że jesteś w stanie nad nimi zapanować. Takich jak my jest naprawdę mało, właśnie dlatego jesteśmy aż tak wyjątkowi. Właściwie... Bardzo cieszę się, że tutaj jesteś. Pamiętam zaledwie ostatni raz z mojego życia i w pamięć nie zapadła mi żadna osoba, która by panowała nad swoimi zdolnościami. No wiesz, niekiedy trudno funkcjonować pomiędzy... nimi - zaśmiałem się nerwowo kątem oka zerkając na pracowników, którzy właśnie przechodzili przez korytarz. Wzruszyłem jedynie ramionami.
Trudno było być EVO w tym miejscu. Do tego nastolatkiem. Chyba od wieków nie miałem okazji rozmawiać z osobą w swoim wieku dłużej nić kilka minut. Właściwie bardzo podobało mi się towarzystwo Valentiny, nawet jeśli nie wydawała się zbyt towarzystką osobą. U Pierwszego zapewne też była w podobnej sytuacji, całkowicie oderwana od reszty świata.
W końcu weszliśmy na salę treningową przeznaczoną dla EVO. Sala była jednym z większych pomieszczeń w siedzibie. Kilka torów treningowych otoczonych torem do jazdy motorami. Na chwilę obecną właśnie tego było mi trzeba.
-To co powiesz na małą przejażdżkę? - powiedziałem z szerokim uśmiechem. Moje nogi, od kolan w dół, przekształciły się w pojazd podobny do motoru. Stalowe koła spoczęły na twardym i stabilnym asfalcie. -Być może nie jest to limuzyna, ale świetnie spisuje się na takich torach.
Podałem dziewczynie rękę, czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony. Uwielbiałem ryzyko związane z zawrotną prędkością, zwłaszcza, że moje ciało samo było w stanie stworzyć pojazd, na którym mogłem ćwiczyć i przekraczać limity prędkości. \
Vallentina
Jego zaprzeczenie ani trochę mnie nie uspokoiło. To, że nie widział co się stało nie znaczyło przecież, że było dobrze. Po co robić wielką tajemnicę z czegoś co było banalnie proste. Postanowiłam skupić się na chwilę na czymś innym. Może to co mówił do mnie Rex odciągnie mnie chociaż na chwilę od niewygodnych i niezrozumiałych rzeczy. Ciągle też w głowie paliła mi się lampka ostrzegawcza, aby uważać na tych ludzi tak jak poradził mi Pierwszy. Przewidział, że się tu znajdę. Przeczuwał to, ale nigdy niczego nie wyjaśnił. Chociaż znałam powody i rozumiałam, że się o mnie martwić to miałam odrobinę żalu, że mnie do tego nie przygotował.
-Z chęcią oddałabym komuś ten dar... Jest bardzo uciążliwy. Nie zależy mi na kontrolowaniu tego. Chciałabym tylko normalnie żyć tak jak do tej pory- powiedziałam poważnie. Owszem mogłam dodać, że bez przypadkowego podpalania zasłon też bym się obeszła, ale nie miało to najmniejszego sensu. Wydawało mi się, że moje słowa były aż nazbyt dobitne.
Weszliśmy na wielką salę treningową. Było tu dziwnie zimno. Chociaż władałam ogniem to nie byłam w stanie wytworzyć ciepła dla siebie. Jakby ktoś mnie teraz dotknął czułby, że mam cieplejszą od otoczenia skórę, ale to ciepło nie ogrzewało mnie tylko kogoś. Kolejny powód jej bezużyteczności. Spojrzałam ze zdziwieniem w oczach na chłopaka. O mało nie krzyknęłam zasłaniając sobie od razu usta dłonią. Cofnęłam się zaskoczona o krok. Myślałam, że potrafił tylko kontrolować nanity, ale to co stało się w tym momencie było zupełnie nieprzewidywalne. Jak on to zrobił? Przed chwilą stał obok mnie, a teraz jego nogi zostały zastąpione kołami, siedzeniem i metalową ramą.
-Niesamowite...-wyszeptałam cicho. Stałam jakiś czas patrząc się na chłopaka i nie mogąc się poruszyć. W końcu z wahaniem ujęłam jego dłoń w swoją i zbliżyłam się. Było to co najmniej dziwne. Miałam na nim usiąść? To tak jakbym siedziała mu na kolanach? A może jeszcze gdzie indziej... Zarumieniłam się ogromnie. Nie chciałam jednak okazać się tchórzem. Miałam wrażenie, że można mu ufać chociaż nie zamierzałam tego sprawdzać na sto procent. Już miałam przerzucić nogę przez metalową ramę kiedy usłyszałam za sobą jakieś poruszenie.
- Skończ się popisywać Rex... Biały Rycerz chce się z nią widzieć. Nie mamy czasu na twoje wygłupy. - usłyszałam nieprzyjemny szorstki głos pewnego wysokiego, czarnoskórego mężczyzny wyraźnie po pięćdziesiątce. Na te słowa do pomieszczenia wkroczyło jeszcze dwóch mężczyzn. Byli o wiele więksi od nas i mieli... Rękawice? Wyglądały jak... Byłam wściekła! Ubrani byli tak aby ogień zaszkodził im w jak najmniejszym stopniu. Czułam, że jeżeli nie pójdę zawloką mnie siłą czy tego chce czy nie. Inaczej nie potrzebna była tu obstawa. Zaczynałam wątpić czy od tak mnie wypuszczą. Najwidoczniej miałam być więźniem. Mogłam się tego spodziewać. Puściłam rękę Rexa cofając się od niego o parę kroków. Moja wcześniejsza chęć zaufania mu prysnęła niczym bańka mydlana. Założyłam ręce na piersi i spojrzałam wyczekująco na mężczyzn. Jeden grubszy nie kwapił się do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, zresztą jakby potrafił podejmować jakieś decyzje... Jego twarz wskazywała na to, że jest tępym pomagierem. Nie to co ten drugi mężczyzna. Wysoki, szczuły z wieloma bliznami na twarzy. Wyglądał jakby okrucieństwo i dominacja było jego drugim hobby i to wcale nie ukrytym. Nie zamierzałam się ruszyć z miejsca. Jeśli chcieli mogli sami mnie zaprowadzić. Na pewno się nie ugnę i nie będę wykonywać wszystkich poleceń jak mała grzeczna dziewczynka.
Rex
-Popisywać się...? Moje wygłupy? - spojrzałem na nich zdenerwowany. Jak Białego i jego najważniejszych podwładnych musiałem się słuchać, tak zwykłym posłańcom nie zamierzam być posłuszny. Nie mieli zbyt wysokiego stanowiska o zym świadczyły ich mundury. Moje nogi powróciły do normalnego stanu. Nawet nie miałem okazji przejechać się z valentiną po torze. Czy oni mieli chociaż pojęcie ile musiałem czekać, aby jej to zaproponować? - Trenuję. Czy nie właśnie to Biały kazał mi robić w wolnym czasie, abym nie sprawiał mu problemów? To był jego rozkaz, więc nie przeszkadzajcie mi w tym. - powiedziałem bardziej lekceważąco, aby pokazać idiotyzm ich działania.
Miałem już dosyć ciągłego rozstawiania mnie po kątach. Rex zrób to, Rex zrób tamto, Rex idź tam. Wiedziałem, że Biały mi nie ufał. Każdy to wiedział. Nie ufał EVO, nawet jeśli takie osoby w pełni nad sobą panowały. Każdy wiedział o tym, że był przygotowany na "problemy związane z moimi mocami", jakbym lada dzień miał się zamienić w potwora i zacząć atakować niewinnych ludzi. Nie byłem taki, wiedziałem to. Bylo we mnie coś, co całkowicie hamowało przemianę z stwora. Pewien nanit, który mi pomagał nad sobą panować. To właśnie dzięki niemu mogłem zabierać od innych nadmiar szkodliwych nanitow, aby ich wyleczyć. Jednak Biały Rycerz nie był tego świadom i powinien pozostać w niewiedzy. On nie ufał mi, a ja nie ufałem jemu. Po moim przybyciu tutaj chcial mnie zabić tak jak inne EVO, właśnie dlatego nie mogłem mu o wszytskim mówić. Nie miałem pewności czy nie zechce wykorzystać tego do własnych celów. Jedynie Szósty oraz Holiday wiedzieli co tak naprawdę się ze mną działo i wspierali mnie w tym.
Szosty, mimo posłuszeństwa Białemu, zawsze stawał w mojej obronie i próbował mnie tłumaczyć. Zaś doktor Holiday była przeciwna zabijaniu EVO i szukała wszelkich sposób, aby Biały nie mógł zabijać przemienionych ludzi. Prędzej własnymi siłami odnajdzie lekarstwo na szkodliwe nanity niż wyda Białemu całą prawdę o mnie.
-Nie przypominam sobie, aby Biały Rycerz umawiał się z nami na rozmowę. Wybaczcie, ale aktualnie dziewczyna jest zajęta i niestety nie może się u niego stawić. Niech przyjmie najszczersze przeprosiny. - powiedziałem żartobliwie się uśmiechając. Zaśmiałem się pod nosem. Nie miałem zamiaru im ustępować tylko dlatego, że on wydał taki rozkaz. Nie miał nade mną aż takiej władzy. Do kar z jego strony byłem już przyzwyczajony i mało co się nimi przejmowałem. - Na nas już pora, panowie. Może jeszcze dzisiaj wrócimy.
Objąłem dziewczynę w pasie, przyciągając ją do siebie. Z moich pleców wyrosły mechaniczne śmigła, które bez problemu uniosły nas w powietrzu. Byliśmy już daleko nad ziemią zanim posłańcy zdążyli zareagować.
Valentinę przymałem jak najmocniej, w razie gdyby przyszło jej do głowy zacząć się wyrywać. Będąc na takiej wysokości wolałem nie narażać jej na upadek. Odlecieliśmy kawałek od toru, mimo to nadal znajdowaliśmy się na terenie bazy. Po kilku minutach udało mi się dotrzeć do opustoszałej budowli, która była pozostałością po pierwszym labolatorium. Dopiero będąc na ziemi wypuściłem dziewczynę ze swoich objęć. Mimowolnie na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech.
-Przez jakiś czas jesteśmy bezpieczni. Minie trochę czasu zanim uda im się tutaj dotrzeć. Tak czy tak będziesz musiala spotkać się z Białym, ale nikt nie powiedział, że od razu musisz tam iść. - powiedziałem spokojnie. Mechaniczne śmigła rozpadły się w kilka sekund, pozostawiając po sobie jedynie kilka kawałków metalu, które spadły na ziemię. - Niekiedy można się im wymknąć, ale lepiej nie opierać się im za bardzo. Z własnego doświadczenia wiem, że tacy faceci nie przepadają za EVO, z Białym Rycerzem na czele. Nigdy nie widzialem aby facet się uśmiechał.
Valentina
Może i wyglądałam na małą i nieporadną, ale potrafiłam walczyć o swoje. Nie ważne było czy wygrywałam. Liczył się jedynie fakt, że mogłam pokazać, że nie tak łatwo mną rządzić jak się wszystkim wydaje. Czułam mrowienie w palcach. Powstrzymałam je. Nie chciałam używać mocy. Nie teraz i nie w ten sposób. Jeżeli tak bardzo chcieli mogli mnie tam zaciągnąć. Spojrzałam zaskoczona na Rexa. Myślałam, że będzie po ich stronie i zaprowadzi mnie do Przywódcy. Nie zrobił tego za co byłam mu wdzięczna. Cieszyłam się, że chociaż jedna osoba tutaj była gotowa się postawić. Wstrzymałam oddech kiedy chłopak przyciągnął mnie do siebie. Jego ciało było umięśnione, a klatka piersiowa unosiła się w spokojnym oddechu. Nim się spostrzegłam z jego pleców wyrosły dziwne wahadła, a może raczej śmigła? Nie mogłam dokładnie ocenić co to było ponieważ nie mogłam się do niego odwrócić. Jedynie kątem oka dostrzegałam urządzenie. W jednej chwili staliśmy na ziemi, a w drugiej unosiliśmy się w powietrzu. Złapałam się mocniej chłopaka to znaczy raczej mocno przytuliłam aby nie spaść na dół.
Nie miałam lęku wysokości, jednak upadek z kilkudziesięciu metrów ani trochę mnie nie przekonywał. Co innego gdybym miała jakieś zabezpieczenie, pasy, materac na miękkie lądowanie?
Sama już nie wiedziałam. Czułam tylko jak ramiona Rexa obejmują mnie i przytrzymują. Marna ochrona, ale zawsze coś. Na całe szczęście mnie nie upuścił.
Wylądowaliśmy w jakimś opustoszałym budynku, który w niektórych miejscach miał spore ubytki. Jedna ściana była nawet w połowie rozwalona. Chciałam zapytać co tu się wydarzyło, ale uznałam że nie pora na to.
-Dziękuję za to, że mnie nie wydałeś w ich ręce. Nie wydaje mi się, że wypuszczą mnie po dobroci, a nie mogę przecież ze wszystkimi walczyć. Jedna, dwie osoby tak, ale nie poradzę sobie ze wszystkimi. - mruknęłam cicho. Usiadłam na podłodze i spojrzałam na chłopaka. Mówił w taki sposób jakby i on był pewien iż tutaj zostanę. Wiedział więcej ode mnie, ale nie miałam mu tego za złe. W końcu także znał mnie od niedawna i zapewne ufał mi w takim samym stopniu co ja jemu. Zyskał moją wdzięczność za to co robił, ale nie mogłam ufać komuś kogo znałam jeden dzień. Przecież go nie znałam. W każdej chwili mógł mnie wydać, albo zostawić samą. Bóg jeden wiedział dlaczego mi pomagał. Odetchnęłam głęboko. Im dłużej się nad tym zastanawiałam tym mniej na ten temat wiedziałam.
-Myślisz, że czego może on ode mnie chcieć? Skoro tak nie lubi EVO to czemu mnie po prostu nie wypuści?-zapytałam uważnie na niego patrząc. Z tego co zrozumiałam Biały Rycerz bał się nas, a jednak z jakiegoś powodu trzymał nas tu i prowadził badania. Czy Rex nigdy nie chciał być wolny? Żyć poza tym miejscem? Nie odważyłam się o to zapytać. To nie była moja sprawa. Może odpowiadał mu taki stan rzeczy. W takich momentach mój mózg stawał się miękką papką i odmawiał posłuszeństwa. Było tego po prostu za dużo.
Rex
-Walka z nimi nie będzie łatwa. Nie zapominaj, że jest to organizacja, która zajmuje się EVO. Zanim tutaj przybyłem i odkryli co potrafię, tacy jak my byli od razu zabijani... Bez jakiejkolwiek szansy na przeżycie... Posiadają tutaj pełno broni, która może nam zaszkodzić. Niby współpracują z nami, ale wiem, że nam nie ufają. Ja też jestem przez nich ciągle obserwowany. Biały stworzył nawet specjalną broń, aby móc szybko mnie unieszkodliwić, gdybym tylko sprawiał problemy... - mruknąłem pod nosem. Powinna wiedzieć, że walka z nimi nie ma najmniejszego sensu i tym może sobie jedynie zaszkodzić. Lepiej bylo być posłusznym, przynajmniej na razie. - Niby dają możliwość odrzucenia ich oferty, ale nie oszukujmy się, nie mamy jej wcale. To jest w tym najgorsze. Byłem pierwszym EVO, które przyjęli zamiast zabić. Ode mnie się wszystko zaczęło. Tacy jak my są im potrzebni do walki. Jest coraz więcej zarażonych a nikt nie jest bardziej skuteczny przeciwko EVO jak inny EVO. Odgrywamy jedynie rolę żywej broni. - odpowiedziałem z wyczuwalnym smutkiem w głosie.
Niekiedy sam czułem się tutaj jak w klatce. W wolnej chwili mogłem wyjść z bazy, jeśli jednak nie odpowiedzialbym na ich wezwanie, nie skończyłoby się to zbyt przyjemnie. Nawet jeśli zawdzięczam im życie i dach nad głową. nie czułem się tutaj do końca dobrze. Odejść mogłem już dawno. Powstrzymywała mnie jednak myśl, że jestem jedyną osobą, która może wyleczyć chorych. Nie mogłem pozwolić na to, aby kolejne osoby ginęły z ich ręki, tylko dlatego, że nie byli w stanie pozbyć się nadmiaru szkodliwych nanitów. Byłem nadzieją na odnalezienie lekarstwa.
Szostemu zawdzięczałem życie. To właśnie on uratował mnie tamtego dnia, kiedy pozbawiony pamięci błąkałem się po wiosce pełnej EVO. Nic nie pamiętałem, oprócz swojego imienia. Całkowicie pozbawiony życia oraz swojej tożsamości. Zainsteresowany moimi umiejętnościami zabrał mnie do doktor Holiday, która szybko zaczęła badania nad moim ciałem. W tedy Biały postanowił, że jedyne co można zrobić to zabić mnie. Jedynie dzięki ich pomocy mogłem zachować swoje życie. Od tamtego dnia Providence stało się moim domem, zresztą jedynym domem.
Ja leczyłem EVO a oni pozwalali mi żyć i dawali dach nad głową. Powiedzmy, że był to w miarę sprawiedliwy układ.
-Na chwilę mogliśmy uciec. Wezmę na siebie całą winę, abyś nie miała problemów. Powinnaś jednak porozmawiać z Białym, aby dowiedzieć się, czego dokładnie od ciebie chce. Na pewno będzie miał ci cos do zaoferowania, i zapewne będzie to coś, co przyniesie głównie korzyści jemu.
Valentina
-Nie ma mowy o żadnej walce. Przecież nie wygram z wszystkimi. Owszem przemknęła mi taka myśl przez głowę, ale nie narażę siebie skoro mam inne wyjście. Na razie muszę poczekać. Kiedyś nadarzy się okazja, a teraz jak zauważyłam ten koleś tak łatwo mnie nie wypuści- mruknęłam cicho. I tak nie miałam wyjścia. Mogłam tu siedzieć aż mnie znajdą i zaprowadzą na "audiencję", albo pójść tam sama i stanąć twarzą w twarz - a raczej przez szybę. Przynajmniej tak mówili tutaj ludzie. Zdążyłam już się o sobie nasłuchać tyle, że przyhamowałam trochę tę zdolność. Podniosłam się z podłogi. Od Rexa niczego konkretnego się nie dowiem. Mogłam próbować go lepiej poznać, ale nie wiem czy miało to sens. Był miły i inteligentny ( o przystojnym wolałam nie myśleć, chociaż nie mogłam ukryć ze to jak wygląda zrobiło na mnie wrażenie. Miał niesamowicie rozbudowane mięśnie i kiedy tak leciałam przytulona do niego...) Nie, nie, nie... Nie mogłam nikogo teraz do siebie dopuścić. Ucieczka była ważniejsza, a on mógłby mnie rozpraszać. Widać było, że mocno był związany z tym miejscem. Wolałam go w to nie wciągać, ani nie opowiadać o planach.
-Nie musisz mnie chronić. Dam sobie radę. Nie jestem taka słaba na jaką wyglądam. Możemy do niego iść od razu? Chcę mieć to już za sobą. W sumie nie interesują mnie jego propozycję, ale coś mi się zdaje, że mnie nie wypuści.- powiedziałam poważnie. Mogłam w ogóle nie lecieć. Z kilkoma osobami w domu miałam szansę, ale tutaj wpakowałam się na własne życzenie w paszczę lwa. Musiałam przełknąć tą niemiłą gorycz i stawić czoła temu co na siebie ściągnęłam. Na pewno nie dam się rozstawiać po kątach, ale też nie zamierzam się wychylać. Wiedzą o jednej mocy. Druga musi pozostać w tajemnicy. Gdyby się wiedzieli, że mogę podsłuchiwać ludzi nawet na końcu następnego korytarza, a jak się bardzo skupię to i piętro niżej to byłoby pewne, że będą chcieli mnie wykorzystać. I że nie będzie to miła propozycja, a raczej przymus. Wyszłam z opuszczonego budynku i prawie wpadłam na tych dwóch drabów, którzy nie byli zbyt zadowoleni. Włożyłam ręce do kieszeni i spojrzałam na nich wyzywająco.
-Już, spokojnie... Tylko nie gryźcie...- uśmiechnęłam się kpiąco specjalnie ich prowokując. Stanęłam w miejscu czekając na Rexa. W sumie nie wiedziałam czy zamierza iść ze mną, ale wolałam się upewnić.
-Idziesz?- zapytałam patrząc dalej na osiłków. Wyglądali jakby się niecierpliwili.
-Nie mamy zamiaru czekać aż ten szczeniak się ruszy. Jeśli nie chcesz iść z nami po dobroci możemy spróbować inaczej.- warknął ten, który wyglądał na groźnego. Na tamtego półgłówka w ogóle nie zwracałam uwagi. To nie on stanowił ewentualne zagrożenie. Z uśmiechem uniosłam ręce do góry w geście poddania. Grunt to robić dobrą miną do złej gry. Z powrotem włożyłam dłonie do kieszeni i postąpiłam krok do przodu. I tak nie miałam większego wyboru.
