Rex
Odetchnąłem ciężko spoglądając za okno odrzutowca. Nadal nie miałem pojęcia jaki był cel naszej misji. Szósty nie zamierzał mi niczego zdradzić, nawet dokąd zmierzaliśmy. Pod nami rozciągało się jedynie bezkresne może, które końca nie było widać. Providence nie miało pojęcia o tym, że wyruszyliśmy na tą misję, a tym bardziej, że wzięliśmy jeden z ich pojazdów. Skąd to wiedziałem? Było to oczywiste. Zamiast znanych mi zamaskowanych ludzi, którzy pracowali dla organizacji i zajmowali się czarną robotą, nieopodal mnie siedziało czterech ludzi, których nigdy wcześniej nie widziałem na oczy: dziwna dziewczyna, która na krok nie rozstawała się ze swoją gitarą, starszego dziadka, pseudo dżentelmena z francuskim akcentem, grubego faceta niczym z teksasu oraz zamaskowanego kolesia, który nie odezwał się ani słowem od początku podróży.
Dziewczynę nazywali Piątą, była nieokrzesana, buntownicza, robiła co chciała i cały czas kłóciła się z grubasem, którego nazywali Trzecim. Dziadek z wyższych sfer przedstawił się jako Czwarty, zaś zamaskowany chłoptaś, z tego co mogłem wywnioskować, mianowany został Drugim. Piątka najniebezpieczniejszych ludzi,którzy stąpali po tym świecie. Wbrew pozorom nie wyglądali na takich i byli bardziej spokojni niż mógłbym przypuszczać.
To samo mogłem powiedzieć o Szóstym. Z tego co wiedziałem o jego przeszłości, kiedyś był płatnym zabójcą, który dołączył do Providence. Jego zachowanie nie zmieniło się aż tak bardzo przez ten czas. Dwa lata temu, kiedy mnie znalazł, również był oschły. Odkąd został moim wspólnikiem zaczął się zmieniać. W dalszym ciągu nie okazywał żadnych uczuć, niekiedy miałem wrażenie, że w ogóle ich nie posiada, ale musiał się mną zajmować. Z początku nie za bardzo mu się to spodobało, jednak nie miał większego wyboru.
Dawne Providence było inne niż obecnie. Nie znano lekarstwa dla evo, dlatego też wszystkie potwory były usuwane. Doktor Holiday ciężko pracowała, aby takowe uzyskać, a przynajmniej tak opowiadali. Kiedy Szósty mnie przyprowadził, Holiday zobaczyła we mnie szansą na lepszą przyszłość, cokolwiek miało to znaczyć. Nikt się na to nie zgadzał. Brano mnie za jednego z evoli, które pozbawiano życia. Mogłem zostać, jednak pod jednym warunkiem, miałem być im całkowicie posłuszny a Szósty miał zostać moją "niańką".
Wydarzenia sprzed tamtych dni były dla mnie niczym czarna dziura, Nie pamiętałem niczego, tak jak i nie miałem nikogo, kto mógłby mi powiedzieć co się ze mną działo. Nie znałem swojej rodziny. Być może kiedyś ją miałem, jednak nikt nie zapadł w mojej pamięci. Nawet nie miałem własnego domu, do którego mógłbym wrócić.
W końcu dotarliśmy na miejsce. Wylądowaliśmy na dziwnej wyspie, która była całkowicie oderwana od reszty świata. Mimo wielu pytań nikt nie chciał mi zdradzić po co tutaj przybyliśmy i dlaczego akurat w takim składzie. po prostu kazano mi iść przed siebie.
Valentina
Obudziłam się z samego rana. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Doskonale wszystko słyszałam co działo się w domu. Coś nie tak było z moim opiekunem. Szybko podniosłam się z łóżka i wybiegłam z pokoju. Wszędzie panował bałagan, a człowiek który całe życie się mną zajmował leżał na podłodze i nie wyglądał najlepiej.
Odkąd Nanity rozprzestrzeniły się po świcie nie ostał się ani jeden człowiek, w którego by się nie wszczepiły. Nawet we mnie choć gdybym mogła oddałabym to najszybciej jak się da. Nie było to jednak możliwe. Musiałam z tym żyć i uczyć się kontrolować te potwory, które w najlepsze jak pasożyty żyły w moim ciele. Sprawiły, że miałam doskonały słuch i choć nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo to były też inne Nanity. Te których nie potrafiłam kontrolować. Te żyły sobie i powoli zamieniały mnie w potwora, a najgorsze było to, że nie było na to lekarstwa. Mogłam albo się poddać i zamienić się w bestię, albo słuchać rad mojego opiekuna i nauczyciela i walczyć z tym do póki dane będzie mi żyć.
Podbiegłam do mojego przyjaciela i uklękłam tuż przy nim. Coś było nie tak.
-Słyszysz mnie? Wszystko będzie dobrze... Musisz z tym walczyć. Przecież Nanity nie muszą przejąć kontroli. - wyszeptałam łapiąc go za rękę. Pierwszy spojrzał na mnie zamglonymi oczami i ostatkiem sił pomógł mi zaprowadzić się do łóżka. Nie chciałam aby musiał zamieniać się w potwora w takich warunkach. Cały salon był zniszczony. Nic z niego nie było w całości. Gdy tylko Pierwszy wylądował na łóżku jego ciało wygięło się z bólu, a z gardła wydobył się ryk. Cofnęłam się o krok, ale po chwili wróciłam z powrotem na miejsce obok niego i złapałam go za rękę.
-Nie podchodź...- wycharczał mój opiekun, ale nie przejęłam się tym. On by mnie nie zostawił. Nie łudziłam się, że był na to jakiś ratunek. Z całą pewnością zamieni się w potwora. Ja jednak nie miałam serca pozbawić go życia. Był wszystkim co miałam i wiedziałam, że go tracę.
-Kocham cię... Wszystko będzie dobrze... Poradzimy sobie z tym jakoś- mówiłam poważnie próbując pocieszyć jego i siebie. Złapał mnie za rękę tak mocno, że skrzywiłam się z bólu. Powoli jego ciało zaczynały pokrywać łuski. Bałam się okropnie. Nie powinnam była siedzieć tak blisko koło niego. Nie teraz! Ale zostawić go? Nie... Nie mogłam.
Przeczesałam jego włosy dłonią i złożyłam na czole pocałunek. Kiedy rodzice wyrzucili mnie na ulicę to on mnie przygarnął. I choć nie okazywał swoich uczuć to wiedziałam, że mnie kocha i nigdy nie pozwoli skrzywdzić. Ze mną w przyszłości również będzie działo się coś podobnego. On się opierał tak długi czas. Minęło tyle lat, a on wciąż żył. Nie mogłam tego powiedzieć o sobie. Jeżeli go zabraknie sama będę musiała sobie z tym poradzić. Stracę jedyną ukochaną osobę.

Rex
-Szósty, możesz mi w końcu powiedzieć, po co tutaj jesteśmy? Providence nic nie wie o tej misji, więc na pewno coś ukrywasz. Mimo to zabrałeś mnie ze sobą i to nie po to, abym nikomu nie wygadał. Jestem ci do czegoś potrzebny. Jeśli mam wam w czymkolwiek pomóc, muszę wiedzieć co tutaj jest grane i dokąd idziemy. - powiedziałem stanowczo spoglądając na swojego wspólnika. Od zawsze był tajemniczy i mało rozmowny, jednak nie zamierzałem mu odpuścić. Był jakiś powód, dlaczego zabrał mnie ze sobą i nie mógł mnie przez cały ten czas ignorować. Ja zaś nie zamierzałem iść ani kroku dalej zanim wszystkiego mi nie wytłumaczy, albo przynajmniej powie, po co jestem mu potrzebny.
Szósty spojrzał na mnie jak zawsze obojętnym wzrokiem. Tuż za nim stanęła dziewczyna, przewracając oczami. Widać było, że głupie docinki cisnęły jej się na język. Na taką właśnie wyglądała. Pseudo rockmenkę, która była przyodziana w różowe, skórzane ciuszki. Wolałem jednak nie poznawać jej bliżej. Być może nie wyglądała na niebezpieczną, jednakże zbyt wiele gadała. Byłem pewien, że jej krucha gitara, którą rzekomo walczyła, rozleciałaby się po jednym uderzeniu moją stalową łapą. Trudno było uwierzyć, że ta pyskata dziewczynka miała być jednym z najniebezpieczniejszych ludzi chodzącym po tym świecie.
Szósty westchnął ciężko. W końcu postanowił mi wszystko wytłumaczyć. Przynajmniej wiedziałem na czym stoję i po co byłem mu potrzebny. Ufałem Szóstemu i wiedziałem, że nie zrobiłby niczego złego, jednak o jego towarzyszach nie mogłem powiedzieć tego samego.
Naszym zadaniem było odnaleźć Pierwszego, najniebezpieczniejszego człowieka na tym świecie, który od dłuższego czasu walczył z tym, aby nie zamienić się w Evo. Nie brzmiało to dobrze, jednak według mojego towarzysza tylko ja byłem w stanie mu pomóc i przywrócić do normalności. Jeśli w ogóle był uleczalny. Miałem nadzieję, że tak właśnie się stanie. Plan pozostałej czwórki nie był już aż tak optymistyczny, Od samego początku upierali się przy tym, aby pozbawić go życia. Mówili o nim tak jakby był jakimś potworem, którego trzeba było zlikwidować. Miałem ochotę odegrać się za nich na to. Udowodnię im, że zabijanie evo nie jest konieczne.
Nasz "spacer" cały czas dłużył się i nie było widać końca. Droga była o wiele bardziej górzysta niż wcześniej się to wydawało. Po długiej wędrówce w końcu udało nam się dotrzeć do niewielkiego domku, który z zewnątrz wyglądał niepozornie. Jak się po chwili okazało, posiadał on liczne zabezpieczenia. O dziwno zabezpieczenia te nie miały chronić mieszkanców przed intruzami, a wręcz przeciwnie, to świat zewnętrzny miał być chroniony przed tym, który tam mieszkał. Z tego co dowiedziałem się od Szóstego, zabezpieczenia miały się uruchomić kiedy Pierwszy całkowicice straci nad sobą kontrolę, aby nie mógł wyjść na zewnątrz.

Valentina
Pierwszego zaczynały oblewać zimne poty i dotarły już drgawki. Wiedziałam, że nie jest dobrze, a chciałam mu jakoś pomóc. Moja obecność nie wystarczała. Usiadłam za jego głową i położyłam mu dłonie na policzkach aby go trochę uspokoić. Poskutkowało... Odetchnęłam głęboko. Widziałam jego nogi - zaczął się przemieniać. Stawały się coraz chudsze, wręcz kościste. Tęczówki oczu stawały się coraz jaśniejsze. Próbowałam się skupić i przywołać swoją moc. Poczułam mrowienie na palcach i ciepło powoli zaczęło przenikać przez moje dłonie do skóry Pierwszego. Nic więcej nie mogłam skupić tylko uśmierzyć ból. Moje ręce były czerwone od płonącego w moich żyłach ognia.
-Wszystko będzie dobrze- powtarzałam w koło to oczywiste kłamstwo. Jak mogłoby być inaczej? Za niedługo pierwszy całkowicie się przemieni, a ja będę musiała zadecydować co zrobić. Najpewniej uciec póki mnie nie zabije. Z drugiej strony; po co miałam żyć jeśli jedyna ukochana osoba miała właśnie umrzeć? Nie umrzeć... Przemienić się w potwora, a potem zabijać innych. To było o wiele gorsze. Najniebezpieczniejszy człowiek na ziemi miał właśnie zamienić się w najniebezpieczniejszego potwora. Kto mógł to przewidzieć?
Czułam pod palcami, że skóra mojego opiekuna nie była już tak napięta. Uspokajał się, ale oboje wiedzieliśmy, że przemiana była nieunikniona choć oddalona może o godzinę. Ciepło pozwalało mu zachować rozum. Nie wiedziałam jak długo dam radę to kontrolować. Ogień nigdy nie był moją mocną stroną i wyrządzał więcej szkód niż pomagał. Nagle rozległo się walenie w drzwi. Zdezorientowana spojrzałam na Pierwszego.
-Nie bój się maleńka. Wszystko będzie dobrze... Musisz być bezpieczna i dalej uczyć się kontrolować złośliwego nanita w twoim ciele. Reszta ich nie jest groźna, ale ten jeden tak jak w moim przypadku jest niebezpieczny. Nie da się go kontrolować- wycharczał cicho. Wiedziałam co chce powiedzieć. Że i mnie spotka taki los. I ja zamienię się w potwora. Do tej pory Providence starało się likwidować osobniki ze złośliwymi nanitami. Dlatego nikt się nie przyznawał. Każdy taki człowiek stawał się potencjalnym zagrożeniem.
-Nikomu o nim nie mów...- zdążył powiedzieć zanim drzwi rozpadły się na kawałki, a Pierwszym wstrząsnęła seria drgawek. Spojrzałam na intruzów. Wiedziałam kto to i nie bałam się. Zdawałam sobie sprawę po co przyszli. Pierwszy stał się zagrożeniem. Do pokoju weszło trzech ludzi.
Dziewczyna ubrana w różową skórę, wielki i nieprzyjemnie wyglądający osiłek i mężczyzna o ciemnej karnacji, który szedł powoli za tą dwójką. Spojrzałam na nich bez grama uczuć.
Czyli to oni mieli wykonać egzekucję?
-Kim jesteś? Lepiej się odsuń, nie chcemy ofiar, ale jeśli tego nie zrobisz będę zmuszony odsunąć cię siłą- powiedział osiłek. Prychnęłam pod nosem. Pierwszy nikomu o mnie nie wspomniał aby mnie chronić. I bardzo dobrze. Nie chciałabym mieć żadnego z nich na karku. Odsunęłam się tak jak rozkazał wcześniej składając na czole mojego opiekuna pocałunek. Ten spojrzał mi w oczy i wsunął w moją dłoń karteczkę tak aby nikt nie zauważył. Ostrożnie wycofałam się wygaszając w sobie ogień. Spuściłam głowę. Dalej stałam w tym samym pomieszczeniu, ale duchem byłam nieobecna. Bałam się ogromnie. Traciłam go. W oka mgnieniu miałam zostać sama. Wyprostowałam się patrząc na Pierwszego, a karteczkę wsunęłam do kieszeni. Na jej przeczytanie przyjdzie czas później. Mężczyzna na łóżku był blady i coraz chudszy, gdzie nie gdzie zaczął porastać sierścią jednak zmysłami pozostawał nadal wśród ludzi. Jeżeli on przestał kontrolować nanita to jak ja miałam sobie poradzić?
Rex
Z ciekawością rozgladałem się dookoła siebie, obserwując każdą ścianę, rysę czy szczelinę mieszkania. Nie wyglądał on na nowy, ale był jako tako zadbany, chociaż do stabilnej budowli było mu bardzo daleko. Po nogami wyczuwałem mechanizm, który najpewniej miał być owym zabezpieczeniem. Moja nanity od razu zaczęły reagować na złożone mechanizmy. Wystarczyło jedynie dotknąć podłogi, aby całkowicice przejąć nad nimi kontrolę. Jednak nie to było moim celem, a uleczenie jednego z mieszkańców tego miejsca.
Ciekawiło mnie jaki był pierwszy. Pozostali nie rwali się do tego, aby o nim opowiadać, albo chociaż wspomnieć. Jeśli już rozmawiali na jego temat, sprawadzone były one do nanitowej choroby, która przekształcała Pierwszego w evo. Jedynie z kilku wspominek Szóstego mogłem się o nim nieco dowiedzieć. Nie było to wiele, ale jedyne co mogłem się dowiedzieć. Wychowywał on Szóstego kiedy był nastolatkiem, opiekował się nim oraz szkolił, dzięki czemu stał się szóstym najniebezpieczniejszym człowiekiem świata. Nie powiedziałbym jednak, że było to miłe dzieciństwo. Pierwszy był wymagający, surowy, do tego obce mu były emocje.
Mój wzrok skierował się na leżącego mężczyznę który ulegał transformacji w bliżej niezidentyfikowanego stwora. Najwidoczniej moi towarzysze już spisali go na straty, ponieważ przygotowali się do tego, aby pozbawić go życia. Najwet nie było w ich postępowaniu chwili zwątpienia. Musiałem jakoś to powstrzymać.
-Hola, hola, grubasku. - powiedziałem spokojnie spoglądając na grubego wieśniaka, który przygotowywał się do swojej "pracy". Wytworzyłem mechaniczną łapę, którą skutecznie mogłem odciągnąć faceta z madwagą na bezpieczną odległość. - Właśnie dlatego to ja tutaj jestem. Chyba nie muszę tłumaczyć, że jest szansa na jego wyleczenie i tylko ja mogę tego dokonać. Warto przynajmniej spróbować to zrobić. - mruknąłem pod nosem. Najwidoczniej żaden z nich nie był zadowolony z moich słów. Nie mogli jednak zbyt wiele zrobił. Właśnie tak zadecydował Szósty i musieli się dostosować do jego decyzji, ponieważ była najbardziej rozsądna.
Spojrzałem na dziewczynę, która posłusznie odsuneła się od meżczyzny, Zastanawiało mnie kim była i co robiła w miejscu całkowicice oderwanym od rzeczywistości. Przez chwilę stałem w milczeniu jedynie si jej przyglądając. Pierwszy raz ją widziałem. Wyczuwałem w jej ciele aktywne nanity, jednak nie była bezmyślnym potworem. Musiała być podobnym evo do mnie.
Valentina
Uśmiechnęłam się pod nosem kiedy osiłek został siłą odsunięty od mojego opiekuna. Spojrzałam na chłopaka. Czy była możliwość na uratowanie Pierwszego? Podeszłam do mężczyzny o ciemnej karnacji. Nie zdziwiła mnie jego moc, albo raczej przekleństwo. W tym świecie nic nie mogło mnie już zdziwić.
-Jeżeli potrafisz... Uratuj go. Jeżeli ci się uda będę twoją dłużniczką. Proszę...- patrzyłam błagalnie w jego brązowe oczy po czym się odsunęłam. Nie było czasu teraz na rozczulanie się. Pierwszy przemieniał się i pozostawało coraz mniej czasu. Ja nie mogłam już pomóc, mogłam tylko czekać. Przymknęłam oczy, a gdy je otworzyłam nie było w nich już żadnych uczuć. Pierwszy mnie tego uczył aby nikt nie mógł mnie zranić. Odetchnęłam głęboko. Krew buzowała we mnie. Nie mogłam zapanować nad ogniem który we mnie płonął. Zacisnęłam dłonie w pięści i podeszłam za mężczyzną do łóżka, na którym leżał mój opiekun. Uklękłam przy nich. Chciałam wszystko widzieć. Pierwszy rzucał się na łóżku. Modliłam się w duchu aby się udało. Nie wiedziałam jak ten chłopak będzie go próbował ratować, ale skoro potrafił to nie zamierzałam protestować. Za plecami słyszałam jak ktoś nerwowo chodzi po pokoju, ale starałam się ich ignorować. Istniała szansa na ratunek! Pierwszy wyglądał coraz gorzej.
- To się nie uda. Nie mamy na to czasu Rex. Poza tym jesteś tu tylko formalnie. To ścierwo nie zasługuje na nasz ratunek! Jesteś tu aby wszyscy myśleli że próbowaliśmy, ale się nie udało...- warknął osiłek. Zostałam złapana za rękę i siłą odsunięta. Miałam ochotę kopnąć tego faceta, ale wiedziałam że nie mam szans. Kątem oka widziałam jeszcze jak Pierwszy szepcze coś do ucha mężczyźnie, którego osiłek nazwał Rexem. Zostałam posadzona na krześle i pilnowała mnie ta dziwna dziewczyna. Założyłam ręce na piersi i czekałam chociaż w środku aż się gotowałam z wściekłości. Coś we mnie pękło kiedy ten przerośnięty mięśniak zatopił ostrze w moim opiekunie. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Życie się zawaliło, straciłam jedyną rodzinę jaka się o mnie troszczyła. Dłonie zapłonęły raniąc moją skórę. To że panowałam nad ogniem nie znaczyło że mnie nie ranił kiedy osiągał naprawdę wysoką temperaturę. Po chwili jednak ten płomień we mnie zgasł. Jedne czego chciałam to to aby ci wszyscy ludzie się stąd wynieśli. Pierwszy mówił mi że kiedyś się to wydarzy ale nie mogłam się z tym pogodzić. Łza spłynęła po moim policzku. Co się ze mną stanie dalej? Musiałam sobie znaleźć dom. Ale dom bez tego człowieka nie będzie już domem. Musiałam zrobić w końcu to czego mnie nauczył. Ale czy to miało teraz jakikolwiek sens? Ciało leżące na łóżku przestało drżeć, oczy wypełniły się pustką. Jedyne emocje jakie widziałam to wściekłość w oczach Rexa.
Rex
-Formalnie? Chyba za dużo siana przekopales i coś ci uszkodziło mózgownicę. Sami gadaliscie, że jest to tajna misja i tylko wy wiecie o istnieniu tego miejsca oraz o sytuacji pierwszego. Szósty poprosił mnie o pomoc, dlatego nie zostawię tego człowieka samego. - unioslem glos spoglądając na nich wszystkich. Szósty widział we mnie nadzieję, dlatego musiałem spróbować. Leczenie Evo nie było dla mnie niczym nowym. Zawsze słyszałem o wyeliminowaniu ich, prawda była jednak taka, że oni nadal byli ludźmi, mieli swoje rodziny, nadal czuli. Każdy mógł się stać takim potworem, dlatego też każdy zasługiwał na ratunek.
Szósty położył na moim ramieniu rękę, próbując mnie uspokoić i dodać nieco otuchy.
-Bedzie dobrze Rex. Musisz się jedynie skupić. - powiedział oschłym tonem głosu, którego miał w zwyczaju używać każdego dnia.
Miał rację. Musiałem się uspokoić i skupić. Moje moce były całkowicie zależne od emocji, dlatego nie mogłem dać im ponieść. Szósty wierzył we mnie i musiałem zacząć działać.
Odetchnąłem głęboko podchodząc do mężczyzny. Ulozylem dłonie na jego klatce piersiowej i zamknąłem oczy. Po ciele Evo zaczęła rozchodzić się nanitowa sieć, która przekazywała wszystkie aktywne nanity z jego ciała do mojego. Odczuwałem coraz większy trud, ale nie zaprzestałem tej czynności. Mężczyzna wracał do swojej normalnej postaci. W końcu poddałem się i przede mną poraz kolejny pojawił się potwór. Zacisnąłem mocno pięści. Mimo wszystkich nadziei zawiodłem i nie byłem w stanie mu pomóc. Trudno było mi powiedzieć, że Pierwszy był przypadkiem nieuleczalnym i mógł stać się jedynie bezmyślnym potworem. Nienawidzę tej bezsenności.
Zerwalem się kiedy w ciało Evo został wbity nóż. Idealnie wymierzony w środek serca. Gwałtownie odwróciłem się w stronę sprawcy tego wszystkiego.
-Dlaczego to zrobiłeś?!- krzyknąłem- Nie można było go uleczyć, ale nie musiał skończyć w ten sposób. Mogliśmy go zabrać ze sobą i umieścić w miejscu, gdzie byłby bezpieczny.- warknalem wściekły. Najwidoczniej z całego towarzystwa jedynie dziewczyna oraz Szósty okazali skruchę, reszta pozostała niewzruszona, jakby to było czymś normalnym i oczywistym.
Mężczyzna ostatkami sił przyciągnął mnie do siebie. Czułem jak ściska moja koszulę, najwidoczniej chcąc mi powiedzieć. Z jego ust wydobył się ledwie słyszalny szept, a po nim ostanie tchnienie. Ręką mężczyzny opadła bezwładnie na jego cialo. "Opiekuj się Valentiną", tylko tyle byłem w stanie zrozumieć z jego wypowiedzi.
-Teraz nic już nie zrobimy, Rex. Próbowałeś i to jest najważniejsze. Nic mu nie przywróci już życia, ale na zawsze go będziemy pamiętać. Zabierzemy dziewczyne ze sobą. - powiedział mój towarzysz. Nawet jeśli ton jego głosu był chłodny, można było wyczuć w nim wiele emocji. Cierpiał będąc świadkiem takiej sceny.
Nie odezwałem się. Skinalem jedynie głową na znak zrozumienia.
Valentina
Parsknęłam pod nosem patrząc na ludzi, którzy bez pozwolenia weszli do mojego domu i zabili mi przyjaciela i opiekuna. Jeśli bym chciała mogłabym zabić siebie i ich jednocześnie. Tego osiłka e pierwszej kolejności. Jak oni w ogóle mogli decydować za mnie czy z nimi pojadę? Nie było żadnego pytania tylko stwierdzenie. Mowy nie było, że wbrew mnie zabiorą mnie gdzie im się tylko podoba.
-Skąd pomysł, że z wami pójdę? Nie należę do żadnego z was, wtargnęliście do mojego domu, zabiliście człowieka i chcecie dyktować mi co powinnam robić? Przykro mi, ale nie ma mowy.- powiedziałam stanowczo. Na dowód, że nie jestem bezbronna moja ręka zapłonęła. Mogłam ich zabić, bo nie do końca panowałam nad mocą. Na jednym podpaleniu by się nie skończyło. Odetchnęłam głęboko. Widząc, że osiłek chcę do mnie podejść podniosłam płonącą rękę na co ten raptownie się zatrzymał. Byłam zadowolona z efektu jaki wywołałam. Pierwszy leżał bezwładnie a oczy były puste i bez życia. To była ich wina. Nie ważne czy zamieniał się w potwora, nie dane było mu nawet godnie umrzeć.
-Możecie teraz opuścić mój dom?- zapytałam poważnie nie ruszając się z fotela. Powinnam czuć strach ale pierwszy powtarzał, że nie wolno go okazywać. Więc nawet teraz kiedy bałam się jak szalona to oczy były zimne i pozbawione emocji. Spojrzałam na człowieka, który próbował uratować mojego opiekuna. Tylko w nim nie widziałam jak na razie wroga. Podziękowałam mu skinieniem głowy. Jak na razie żaden z obcych się nie ruszył. Ile mogło trwać wyjście na zewnątrz? Spojrzałam na mężczyznę który najwidoczniej był ich przywódcą. Nie rozumiałam czego mógł ode mnie chcieć.
-Nie interesuje nas czego byś chciała.- powiedział gruby mężczyzna. Przygryzłam dolną wargę i podniosłam się z fotela. Spojrzałam po raz ostatni na Pierwszego. Z żalem musiałam się pogodzić z jego śmiercią. Pierwszy nie chciałby mojej śmierci. Kartka z tajna wiadomością ciążyła mi w kieszeni. Ręką znowu zapłonęła kiedy osiłek chciał mnie złapać, po czym cofnął się jak opatrzony gdy dotknął mojej ręki. Żadnemu z nich nie dałabym się dotknąć. Nie ufałam im.
-Nie zbliżaj się!- warknęłam w jego stronę, a ręce mi zapłonęły. Cofnęłam się gwałtownie patrząc na nich wrogo i bez żadnych uczuć. Byli mordercami.

Rex
Zacisnąłem mocno powieki próbując ukryć swoją bezsilność. Nie tam miało się to skończyć. Może i nie byłem w stanie go uratować przed nanitami, ale nie musiał skończyć w taki sposób. Nikt na to nie zasługiwał. Wiedziałem, że w głębi duszy nadal był człowiekiem, który prawgnął i miał po co żyć. Nikt nie miał prawa pozbawiać evo życia, nawet tych najokrutniejszych. Przecież mogliśmy go zabrać ze sobą, do Providence, gdzie mógłby wieść spokojne życie. W końcu wymyśliliby odtrutkę i wróciłby do swojej prawdziwej postaci. W tej chwili dla niego jednak nie było już nadziei i to wszystko przez nich. Nie mięli żadnego szacunku dla ludzkiego życia, dlatego sami na nie nie zasługiwali. Potrafili jedynie zabijać.
Zerknąłem na dziewczynę, która nadal pozostała w swoim miejscu. Valentina. To o niej musiał mówić Pierwszy. Szósty ma rację, nie możemy jej tutaj zostawić na pastwę losu. Nigdy nie wiadomo jakie evo jeszcze mogą zostać tutaj przywabione i jakie są jej szanse na przeżycie w tym miejscu.
Podszedłem do niej spokojnie, próbując się przyjaźnie uśmiechnąć. Wyciągnąłem w jej kierunku rękę. Jeśli miała z nami iść, musiała mi zaufać. Przekonanie Białego Rycerza, aby dziewczyna mogła zostać w Providence było jedynie formalnością, którą wykona się już na miejscu. Mogłem się jedynie obawiać o jej przyszłą "pracę". Była evo, a w Providence oznaczało to wykonywanie brudnej roboty, którą "zdrowi" nie chcieli albo nie mogli wykonywać. Mimo to zapewnią jej posiłki i dach nad głową, a w chwili obecnej to powinno być najważniejsze.
-Valentina, prawda? Jestem Rex. Musimy zabrać cię ze sobą. - powiedziałem spokojnym głosem.
Szósty odciągnął swoich "przyjaciół" na bok, próbując powstrzymać ich protesty. Widać było, że nie chcięli zabierać dziewczyny ze sobą, ale w tej sytuacji nie mięli żadnego wyboru. Pojazd należał do nas, więc równie dobrze moglibyśmy zostawić ich na tej wyspie, aby zostali pożywką dla zwierzęcych evo. W końcu dżentelnem zwany Czwartym oraz różowa dziewuszka zamilkli, jako ostatni, zgadzając się na to, aby Valentina wyruszyła z nami.
Po tym wszystkim ta czwórka i tak zostanie pozostawiona po drodze i będę mógł udawać, że nigdy ich nie spotkałem na swojej drodze. Tak będzie najprościej.
Valentina
Założyłam dłonie na piersiach. Nie chciałam wybuchnąć, nie skończyłoby się to dla nikogo dobrze. Mogłabym nie tylko zabić ich ale i siebie. Nie kontrolowałam ognia na tyle aby go swobodnie używać. Zrobiłam krok w tył kiedy chłopak do mnie podszedł i wyciągnął rękę w moją stronę. Spojrzałam na niego podejrzliwie, ale nie wyglądał tak jak oni. W jego oczach widziałam dobroć. Miałam wrażenie, że naprawdę chciał uratować mojego opiekuna. O ile było to w ogóle możliwie. Odetchnęłam głęboko. Nie miałam czasu aby to przemyśleć. Jeżeli tutaj zostanę to na pewno nie przetrwam zbyt długo. Inne Evo mnie znajdą. Ludzie, którzy zamienili się w potwory nie myśleli racjonalnie. Posługiwali się instynktami. Jeżeli mówił on - zabij aby przeżyć to bez wahania to robili. W moich oczach pojawiło się zaskoczenie. Skąd ten chłopak wiedział jak mam na imię? Spojrzałam jeszcze raz na jego dłoń po czym z wahaniem ją przyjęłam.
- Nie wiem kim jesteś, ale nie wyglądasz jak oni - wyszeptałam tak aby mnie usłyszał. Nie wiedziałam jeszcze czy jestem w stanie mu zaufać. To, że sprawiał wrażenie miłego i normalnego, nie znaczyło jeszcze że taki był. Miałam szczęście, że Pierwszy myślał do przodu i nasze walizki w razie potrzeby były przygotowane. Mój opiekun sam się tym zajął. Złapałam za rączkę walizki, która wystawała spod mojego łóżka. Może to wydawało się dziwne że jestem spakowana, a może nie. Szczerze mówiąc nie dbałam o to. Nadal trzymając Rexa za rękę pochyliłam się i ucałowałam Pierwszego w czoło. Bardzo chciałam z nim zostać.
- Mała on i tak nie żyje.- rzekł osiłek między ziewnięciami. Moja ręka stała się znacznie cieplejsza i w tym samym momencie przypomniałam sobie że trzymam Rexa za rękę. Wyszarpnęłam ją gwałtownie zanim zajęła się ogniem.
- Przepraszam...- powiedziałam cicho, spoglądając na Rexa. Po chwili udało mi się uspokoić ale powinnam się pilnować. To nie jemu chciałam zrobić krzywdę, zaś tego kto zabił mojego opiekuna z chęcią rozszarpałabym na kawałki. Szkoda tylko że byłam sama a oni mieli nade mną przewagę liczebną. Moje spojrzenie gdyby mogło na pewno by zabiło.
-Dość tego... Lecimy- powiedział jeden z nich wychodząc z pokoju. Nie wiedziałam czemu się zgodziłam. Miałam nadzieję że udałoby mi się przetrwać, tylko czy byłam o tym przekonana? Lecąc z nimi nie wiedziałam w co się pakuje jednak obecność Rexa i jego spokojne spojrzenie dodawało mi otuchy
Rex
Zacisnąłem delikarniw dłoń chcąc, aby dziewczyna się uspokoiła bardziej. Wyczuwałem w jej ciele wiele aktywnych nanitów, które były w każdej chwili pokazać swoją prawdziwą moc. Nie były to nanity, które można było znaleźć w ciałach większości ludzi. Była bardziej podobna do mnie nich mogłoby mi się wydawać. Tym bardziej nie mogłem jej pozostawić w tym miejscu. Moim obowiązkiem było pomóc jej, właśnie o to przed śmiercią poprosił mnie Pierwszy i chciałem dotrzymać danej mu obietnicy. Valentina potrzebowała pomocy z opanowaniem aktywnych w jej ciele nanitów. Nie wszystkie z nich były jej posłuszne, wyraźnie to wyczuwałem.
Nie protestowałem kiedy zabrała rękę. Poczułem na dłoni delikatne ciepło, jednak zignorowałem to. Przynajmniej wiedziałem na czym polegają jej niezwykłe umiejętności i na co powinienem uważać. Jej nanity również były w pełni lub częściowo zależne od emocji. Między nami była tylko jedna różnica. W czasie wzmożonych emocji jej nanity nasilały się i ukazywały jej siłę, może zaś w tym czasie całkowicie odmawiały posłuszeństwa.
-Nie martw się, jesteśmy podobni do siebie.- wyszeptałem ze spokojem w głosie, aby tylko ona mogła mnie usłyszeć.
W końcu wsiedliśmy do pojazdu, który szybko wzbił się w powietrze. Z każdą minutą oddalaliśmy się coraz bardziej od miejsca, w którym jeszcze niedawno mieszkał Pierwszy,a obecnie został jego grobem. Po jakimś czasie pozbyliśmy się również czwórki nieprzyjemnych pasażerów, zmierzając prosto do Providence. Teraz pozostawało mieć nadzieję, że nikt nie zauważył zniknięcia jednego z pojazdów i nie oberwie nam się za bardzo. Biały Rycerz, przywódca Providence, nigdy mi nie ufał i najczęściej to na mnie zwalał wszystkie winy, nie ważne jakbym si starał. Dla niego byłem kolejnym potworem, który w każdej chwili mógł wymknąć się spod kontroli. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć tego starucha. Po naszym pierwszym spotkaniu i tamtym wypadku żyje zamknięty w swoim pokoju, całkowicie odizolowany od ludzi, pod ścisłą kontrolą nowoczesnej technologii. Jest jedynym człowiekiem pozbawionym nanitów i tak się tego boi, że zrobi wszystko, aby nie wdychać tego "zatrutego" nanitami powietrza. Nie trudno zauważyć, że ma na tym punkcie obsesję.
W końcu dotarliśmy do Providence. Na dworze jak i w hangarze panowała całkowita ciemność, a dźwięk silników rykoszetem odbijał się od zabudowanych ścian. Po cichu wydostałem się z pojazdu, pomagając w wyjściu dziewczynie.
-Dzisiaj spędzisz noc u mnie, a jutro porozmawiasz z profesor Holidey i ustalimy co dalej.

Valentina
Powoli wyszłam z mojego już byłego domu. Ciężko było mi zostawiać to wszystko czego tu zaznałam. Dobroci, miłości i przyjaźni z człowiekiem, który znalazł mnie na ulicy. Tamtego dnia nie sądziłam, że przeżyje dlatego teraz nie mogłam tak po prostu zepsuć tego co Pierwszy postanowił uratować. Szłam blisko Rexa starając się nie okazywać strachu. Wsiadłam do dziwnego pojazdu i usiadłam koło chłopaka. Na moje szczęście osiłek i jego banda zostali wyrzuceni na najbliższym "przystanku". Teraz w pojeździe pozostawałam tylko ja, Rex i jakiś mężczyzna.
Nie lecieliśmy długo. Może dwie godziny, ale to i tak było niewiele zwłaszcza, że całe życie przemieszczałam się na nogach. Nigdy nie siedziałam nawet w samolocie ani o tym nie myślałam. Wyglądał nowocześnie, z zamkniętą kabiną dla pilota i kilkoma siedzeniami. Zadrżałam gdy gdy drzwi na zewnątrz się otworzyły. Przy wychodzeniu z pojazdu podałam dłoń Rexowi aby pomógł mi wysiąść. Podziękowałam skinieniem głowy po czym zabrałam rękę aby przypadkiem go nie sparzyć. Nie wiedziałam kim jest profesor Holidey ale jeśli chłopak nie zamierzał mnie jeszcze zostawiać to byłam mu wdzięczna. Kiedy trochę się oddaliliśmy od samolotu i zostałam sama z Rexem spojrzałam na niego ukradkiem. Było wiele pytań, które chciałam mu zadać. Po pierwsze kim był osiłek, który zabił pierwszego. Dlaczego zabrali mnie ze sobą i gdzie my u diabła jesteśmy. Było strasznie ciemno i musiałam iść blisko Rexa aby się nie zgubić.
- Nie możemy tego dłużej ciągnąć. Nie kontrolujące nanitów Evo są dla nas zagrożeniem. - usłyszałam zza ściany. To była moja druga "moc". Mogłam usłyszeć coś nawet zza kilku ścian. Teraz kiedy potrafiłam to kontrolować to nie było już takie męczące. Zatrzymałam się ale po chwili zrównałem krok z chłopakiem. Niepokoiło mnie to miejsce i nie chciałam zdradzać się z tym co potrafiłam. Dopiero kiedy zamknęły się za nami drzwi pokoju Rexa odetchnęłam ciężko.
- Gdzie jesteśmy i co to za miejsce? - zapytałam patrząc na mojego towarzysza. Rozumiałam że Evo stwarzają problemy zwłaszcza takie jak ja ktore nie kontrolowały swoich mocy. Jednak wszyscy ludzie w mniejszym lub większym stopniu posiadali w sobie nanity.
Byłam w kropce. Usiadłam na fotelu patrząc uważnie na Rexa.

Rex
Spojrzałem na dziewczynę kiedy dotarliśmy do mojego pokoju. Dzisiejszego dnia wydarzyło się tak wiele, że bylem jej winny wyjaśnienie. Z jakiegoś powodu zaufała mi i zgodziła się na to, aby x nami wrócić. Sam byłem ciekaw kim dokładnie było i co robiła na tamtej wyspie. Co najważniejsze była Evo podobnym do mnie, co nie było zbyt częstym zjawiskiem. Wystarczyło jeszcze przekonać szefa, aby pozwolił jej tutaj pozostać.
-Jestes w Providence. Nigdy o nas nie słyszałaś? - spojrzałem na nią lekko zdziwiony. Musiała kiedyś o nas słyszeć albo o moich wyczynach. Providence działało na całym świecie i nie było możliwości, aby nie wiedziała kim jesteśmy i co robimy. -Providenve chroni cywili przed niebezpiecznymi Evo, które mogą być szkodliwe. Ja jestem Rex, ich główną broń. - uśmiechnalem się z dumą. Nie była to najlepsza praca ma świecie i nie przynosiła sławy, jednak nie chciałbym z niej rezygnować. - Jak już wiesz, jestem Evo. Jestem w stanie pochłonąć cudze nanity i wyleczyć ta osobę, głównie tym się zajmuję.
Usiadłem na łóżku spoglądając na swojego gościa. Miło było porozmawiać z osobą w podobnym wieku. Nie licząc misji, byłem całkowicie odizolowany od świata zewnętrznego, a po dłuższym czasie stawało się to męczące. Mogłem porozmawiać jedynie z doktor Holiday oraz Szóstym, a właściwie prowadzić x nim monolog, ponieważ sam rzadko kiedy się odzywa. Mieszkanie samemu było zbyt nudne jak na mój gust.
- Bardziej ciekawi mnie kim ty jesteś. Szósty nie wspominał, że w czasie tego zadania potkamy kogoś jeszcze. Co robiłaś e tamtym miejscu?

Valentina
Providence? Słyszałam już gdzieś tą nazwę. Usiłowałam sobie przypomnieć o co chodziło, ale niestety z niepowodzeniem. Pierwszy nigdy mi o tym nie opowiadał. Może raz wymsknęło mu się to słowo, ale nic poza tym. I co znaczyło, że on był bronią. Skoro leczył ludzi i mógł ich uratować to nie był bronią. Był pomocny. Było mi tylko przykro, że Rexowi nie udało się uratować mojego opiekuna. Jeżeli nie chciałam aby i mnie zabili w taki sam sposób musiałam się nauczyć kontrolować moc ognia. A to nie było proste.
- Niestety nie słyszałam nigdy o tym miejscu. Pierwszy nigdy nie wspominał ani nie mówił o was, ale podejrzewam, że was znam. Kiedyś powiedział tylko, że pewnego dnia ktoś przyjdzie kiedy przestanie się kontrolować i pewnie się go pozbędą. Nie uwierzyłam, ale teraz wiem, że to była prawda.- powiedziałam cicho. Musiałam przestać okazywać uczucia, bo nie skończy się to dla mnie dobrze. Jeżeli ludzie wiedzieli o tobie za dużo to mogli wykorzystać to do swoich celów. Niekoniecznie tych dobrych. Rexowi jednak siłą rzeczy musiałam zaufać. Był tu jedyną przyjaźnie nastawioną osobą. No i nie chciał mnie zabić co też było ważne.
- Bo zapewne o mnie nie wiedział. Nigdy nie opuszczaliśmy wyspy. Pierwszy znalazł mnie dawno temu na ulicy i przygarnął. Traktował jak córkę i tyle. Nie ma tutaj co opowiadać... Skoro możesz pochłonąć nanity to czemu nie pochłoniesz z ludzi tych których nie da się kontrolować? Czy nie byłoby to bezpieczniejsze?- zapytałam poważnie. W końcu przecież co innego można by zrobić. Skoro mógł leczyć to czemu nie zapobiegał? Podniosłam się po chwili i rozprostowałam kości. Nim Rex zdążył odpowiedzieć ktoś zapukał do pokoju. Drgnęłam. Czmychnęłam do łazienki, która znajdowała się w pokoju tłumacząc się zmęczeniem i chęcią odświeżenia. Usiadłam na toalecie i odetchnęłam głęboko. Wolałam już nikogo nie poznawać. Przynajmniej nie dzisiaj. Zamiast tego wyciągnęłam z kieszeni karteczkę o Pierwszego. Musiał wiedzieć co się święci i przygotować ją wcześniej. Innej możliwości nie widziałam. Tylko dlaczego nie powiedział mi tego osobiście. Mieszkaliśmy razem więc miał okazję. Rozłożyłam kartkę aby odczytać krzywe pismo opiekuna.
"Kochana Valentino
Nie chciałem żegnać się z tobą w ten sposób, ale im mniej wiedziałaś tym lepiej dla ciebie. Przynajmniej w tamtym momencie. Zapewne ludzie z organizacji Providance wzięli się ze sobą tak jak przewidywałem. Organizacja ta zajmuje się likwidowaniem ludzi u których nanity przejęły kontrolę i nie wierz im jeśli będą twierdzić, że tylko starają się ratować ludzkie życia. Przywódca Providance myśli tylko o sobie i chce zlikwidować ludzi, którzy nad sobą nie panują. Takich jak ty. Nie ufaj nikomu i pamiętaj, że ci ludzie mogą chcieć cię skrzywdzić. Miej się na baczności. Wybacz mi za to, że tyle przed tobą ukrywałem, ale chciałem cię chronić.
Pierwszy"
Otarłam łzę, w którym łza spłynęła po moim policzku. Ostatnie słowa Pierwszego. Odetchnęłam głęboko i schowałam list do wewnętrznej kieszeni kurtki. Moja sukienka, którą rano ubrałam była już skurzona i brudna. Przemyłam twarz w wodzie po czym spojrzałam w lusterko. Musiałam wziąć się w garść i uważać. Nie byłam bezpieczna.
Usiadłam z powrotem na toalecie i wytężyłam słuch. Teraz bez problemu mogłam usłyszeć co działo się po drugiej stronie drzwi, a jeśli bym chciała to nawet i dalsze rozmowy bym usłyszała.
Rex
Spojrzałem na nią delikatnie zdziwiony kiedy zadała mi pytanie na temat nanitów. Nie chciałem tego po sobie zdradzać, ale poczułem się nieco zdołowany. Robiłem co mogłem, jednak nie zawsze byłem w stanie pomóc. Nienawidziłem rozmawiać na ten temat, dlatego w miarę możliwości tego unikałem.
-To nie takie proste jak się wydaje. Owszem, potrafię kogoś uleczyć zabierając nadmiar mutujących nanitów, ale są osoby, które są nieuleczalne. Szkodliwe nanity pochłaniane są do mojego organizmu, dzięki czemu osoby przemienione mogą odzyskać swoją dawną postać, przez zabranie większości szkodliwych nanitów. Nieuleczalni mają ich w sobie na tyle dużo, że moje ciało nie jest w stanie przyjąć tak dużej dawki. Nieuleczalni zabierani są do naszego "zoo pupilków", gdzie mogą spokojnie żyć i nie zagrażać innym ludziom. Profesor Holiday nadal szuka dla nich lekarstwa... - odpowiedziałem spokojnie. Tyle powinno jej wystarczyć.
Sam chciałem mieć w sobie o wiele więcej siły, aby uleczyć tych ludzi. Dlaczego musiałem być w tym wypadku bezsilny? Coraz częściej zdarzało się, że zarażeni mieli w sobie zbyt dużą dawkę nanitów i nie mogłem im pomóc. Albo to ja robiłem się coraz słabszy. Moje nanity były w stanie pochłonąć i oczyścić te zarażone, ale na jak długo? Kiedyś musiały mieć swój limit.
Z drugiej strony tylko dlatego byłem w tym miejscu. Doskonale wiedziałem, że nikt mi tutaj nie ufał, oprócz Szóstego i profesor Holiday, ale przynajmniej mogłem zrobić coś pożytecznego. Kilka lat temu Providence jedynie zabijało Evo lub eksperymentowali na nich w poszukiwaniu lekarstwa. Po tym jak Szósty mnie znalazł, Holiday widziała w moich umiejętnościach nadzieję na ratunek. Czuję, że jestem coraz bardziej zawodny i mniej przydatny. Providence nadal trzyma mnie w garści i pała do mnie nieufnością. Wystarczy jeden fałszywy ruch lub bunt i się mnie pozbędą. Nie było to żadną tajemnicą. Od samego początku mnie o tym poinformowany i byłem tego jak najbardziej świadomy. Byłem jedynie psem na smyczy, którego próbowali wytresować.
Spojrzałem na drzwi słusząc pukanie. W tym momencie i dziewczyna szybko uciekła do łazienki, która znajdowała się nieopodal. Nie dziwiłem się jej. Na chwilę obecną jedynie dwie osoby wiedziały o tym, że tutaj jest i do dnia jutrzejszego tak musiało pozostać. Wystarczyło ją przedstawić Białemu Rycerzowi, a byłem pewien, że zechce wykorzystać jej umiejętności do swoich celów. Na razie tyle musiało wystarczyć, przynajmniej miała dach nad głową.
Kiedy otworzyłem drzwi ujrzałem w nich profesor Holiday. Młodą kobietę o czarnych, długich włosach. To właśnie ona zajmowała się badaniem stanu mojego zdrowia i kontrolowała nanity w moim ciele, aby nie było ich zbyt wiele. Kobieta podała mi wszytskie wytyczne i dokładną godzinę, kiedy Valentina miała pojawić się w jej laboratorium.
Valentina
Zastanawiałam się nad tym co powiedział mi Rex. Dlaczego jego moc nie zawsze się sprawdzała i nie mógł wyleczyć każdego? Nie rozumiałam tego. Westchnęłam ciężko. Nie wiedziałam nawet czy mogę mu zaufać. Po ostrzeżeniu Pierwszego nie miałam pojęcia co sądzić. Czy jeżeli pochłonie dużo nanitów to sam stanie się zarażony i podatny na mutację? Przecież to nie było możliwe. Musiało istnieć wyjście, które byłoby w stanie wyleczyć każdego kto nie kontrolował nanitów. Z łazienki wyszłam dopiero kiedy kobieta opuściła pokój. W takich sytuacjach wytężony słuch się przydawał choć niebezpieczne by było aby ktoś się o tym dowiedział. Usiadłam z powrotem na fotelu i spojrzałam na chłopaka. Nie mogłam tutaj zostać na zawsze. W końcu opuszczę to miejsce, nie ważne co sądzili o tym ludzie tutaj. Zwłaszcza ten człowiek, o którym wspomniał mój opiekun w liście. Skoro przywódca tego miejsca chciał zlikwidować wszystkich ze zmutowanymi genami co wtedy? Sama takie w sobie miałam, a Rex z tego co wiedziałam mógł łatwo się tego dowiedzieć. Pewnie już wiedział. To kwestia czasu jak przekaże te informacje dalej. Jak na razie musiałam udawać, że nic nie wiem- co było w sumie prawdą.
-Kto to był?- zapytałam od niechcenia. Mimo, że słyszałam dokładnie z kim rozmawiał i co ustalili. Dokładnie znałam godzinę spotkania.
Spojrzałam na zegarek. Jego wskazówki pokazywały godzinę trzecią, a to znaczyło, że do spotkania z tą lekarką zostały jakieś dwie godziny. Może w tym czasie dowiem się od Rexa coś więcej o tym miejscu. W końcu sama nie wiedziałam ile dni tu spędzę. Zabrali mnie tutaj w celu sprawdzenia moich "mocy" jak powiedziała doktor Holiday. Przynajmniej w tym celu będzie przeprowadzać jakieś badania. Nie zamierzałam być królikiem doświadczalnym.
Zaburczało mi w brzuchu, ale zignorowałam to. Rozejrzałam się po pokoju, który należał do Rexa. Był ładnie urządzony w widocznie męskim stylu. W rogu stało pojedyncze łóżko, które z pewnością nie pomieściłoby więcej niż jednej osoby. Ciekawa byłam czy sam urządzał to miejsce.
-Długo tutaj jesteś? Mam na myśli czy długo tutaj mieszkasz i żyjesz i czym się zajmujesz jak nie musisz ratować ludzi skażonych zmutowanymi nanitami...- zapytałam poważnie. Założyłam ręce na piersi opierając się wygodniej na fotelu.
Nie mógł tutaj mieszkać całe życie, każdy miał swoją historię. Jeśli mu przyjdzie poznać moją to i ja będę zmuszona poznać jego. Nie pozostanę dłużna.
Rex
Uśmiechnąłem się delikatnie kiedy dziewczyna wróciła do mojego pokoju. Chciałem, aby chociaż trochę dobrze poczuła się w tym miejscu i nie musiała się tym wszystkim przejmować. Dzisiejszy dzień nie był łatwy. Najpierw straciła jedyną osobę, której mogła zaufać, a teraz wywieziono ją do nieznanego miejsca daleko od domu, midzy ludzi, których widzi po raz pierwszy na oczy. Na pewno nie było to łatwe.
Na początek musiała się dobadać z Białym Rycerze, a to było jednym z trudniejszych zadań. Nie jest on skłonny od tak wszystkich przyjmować do pracy. Chociaż w tym wypadku można trudno mówić o pracy, skoro nawet nie mamy za to wypłaty. Jedyne co gwarantują takim jak ja to schronienie, jedzenie oraz gwarancję, że nie będę następnym evo jakiego zechcą zlikwidować. Biały Rycarz nie ufał nikomu, a przede wszystkim nie ufał evo. Nienawidził takich jak ja i zawsze obserwował każdy ruch, tłumacząc się bezpieczeństwem innych ludzi. Prawda była taka, że gardził evo a tacy jak ja byli mu potrzebni jedynie po to, aby łatwiej było ich usunąc. Miał nas jedynie za potwory, które w każdej chwili mogły stać się zagrożeniem dla innych ludzi.
-To była właśnie doktor Holiday. Dużo wie o evo oraz o naszych zdolnościach. Można powiedzieć, że jest również moim osobistym lekarzem, który pomaga mi z nanitami. Można na niej polegać. Holiday i Szósty są jedynymi bliskimi mi osobami. - powiedziałem ze spokojem w głosie.
Zastanawiało mnie, dlaczego aż tyle chciała o mnie wiedzieć. Może aż za bardzo. Wolałem to zrzucić na brak zaufania do mojej osoby, jednak nie byłem co do tego przekonany. Dziewczyna wydawała się zbyt dziwna w swojej ciekawości.
-Jestem tutaj od dwóch lat, odkąd mnie znaleziono. Jeśli nie mam wezwania właściwie robię co chcę, póki nie przeszkadzam Providence w pracy. Najważniejsze jest wykonanie swojego zadania i uratowanie ludzi. - o fakcie, że nawet w czasie wolnego agenci providence mnie obserwowalo wolałem nie wspominać. Byłem ostatnią osobą, której Biały mógłby zaufać, dlatego ciągle mnie kontrolował i nawet na chwilę nie spuszczał z oczu. Działo się tak od pierwszego dnia mojego pobytu tutaj, z czasem nawet przyzwyczaiłem się do tego faktu. Będąc pomiędzy ludźmi cały czas mięli na mnie oko.
Valentina
Nie byłam przekonana czy tutaj jest całkowicie bezpiecznie. Oparłam się wygodniej w fotelu i ziewnęłam przeciągle. Byłam strasznie zmęczona przez całą tą sytuację, a jeszcze fakt, że straciłam jedyną osobę, którą mogłam nazwać swoją rodziną nie polepszał sprawy. Wszystko było w tym miejscu zagmatwane i niebezpieczne. Nie ufałam nikomu, a tylko Rex sprawiał wrażenie jakby nie chciał mojej śmierci. Po głosie ta cała doktor Holiday także nie brzmiała jakoś okropnie, ale takie zawsze były najgorsze. Nie ważne, że pomagała komukolwiek w czymkolwiek. Dopiero jeśli mnie przekona, że jest godna zaufania będę w stanie z nią rozmawiać neutralnie.
-Widzę, że nie miałeś zbyt szczęśliwego życia skoro masz tylko dwoje zaufanych ludzi. Przynajmniej masz kogoś... Ja już nie mam tego luksusu. Nie spodziewałam się, że sprawy potoczą się tak szybko oraz że to wszystko się wydarzy. Na przeszłość jednak nie mam wpływu- powiedziałam poważnie patrząc na chłopaka spod na wpół przymkniętych powiek. Skoro był tutaj tylko dwa lata to gdzie byli jego rodzice? Co się z nimi stało? Czy szósty był jakąś częścią jego rodziny? A może tak jak Pierwszy mną, Szósty opiekował się Rexem? Takie życie nie wydawało się złe, ale było. Puste, smutne i nieprzyjemne o ile się nie miało bliskich.
-Rozumiem, ale nie sądzę abym ja miała być wam przydatna. Nie zamierzam też tu zostać nie wiadomo jak długo. Wolę radzić sobie sama, kiedyś to było dla mnie naturalne dopóki nie poznałam Pierwszego. Mam nadzieję, że za kilka dni będę mogła odejść.- mruknęłam cicho wykładając się wygodniej w fotelu. Byłam zmęczona i nie zamierzałam z tym walczyć. Przymknęłam oczy i otuliłam się ramionami. Nie przeszkadzało mi nawet, że jestem w obcym miejscu, z osobami których nawet nie znam. Mój słuch jednak nigdy mnie nie zawiódł. Jeśli ktoś by się zbliżał to wiedziałabym o tym nawet podczas snu. Wyszeptałam ciche "dobranoc" i już po chwili drzemałam w najlepsze nie przejmując się nikim ani niczym. Sen jaki przyszedł nie był najszczęśliwszy. Powiedziałabym nawet, że straszny. Musiałam na nowo przeżywać ten okropny poranek i śmierć Pierwszego.
Valentina
Obudziłam się z samego rana. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Doskonale wszystko słyszałam co działo się w domu. Coś nie tak było z moim opiekunem. Szybko podniosłam się z łóżka i wybiegłam z pokoju. Wszędzie panował bałagan, a człowiek który całe życie się mną zajmował leżał na podłodze i nie wyglądał najlepiej.
Odkąd Nanity rozprzestrzeniły się po świcie nie ostał się ani jeden człowiek, w którego by się nie wszczepiły. Nawet we mnie choć gdybym mogła oddałabym to najszybciej jak się da. Nie było to jednak możliwe. Musiałam z tym żyć i uczyć się kontrolować te potwory, które w najlepsze jak pasożyty żyły w moim ciele. Sprawiły, że miałam doskonały słuch i choć nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo to były też inne Nanity. Te których nie potrafiłam kontrolować. Te żyły sobie i powoli zamieniały mnie w potwora, a najgorsze było to, że nie było na to lekarstwa. Mogłam albo się poddać i zamienić się w bestię, albo słuchać rad mojego opiekuna i nauczyciela i walczyć z tym do póki dane będzie mi żyć.
Podbiegłam do mojego przyjaciela i uklękłam tuż przy nim. Coś było nie tak.
-Słyszysz mnie? Wszystko będzie dobrze... Musisz z tym walczyć. Przecież Nanity nie muszą przejąć kontroli. - wyszeptałam łapiąc go za rękę. Pierwszy spojrzał na mnie zamglonymi oczami i ostatkiem sił pomógł mi zaprowadzić się do łóżka. Nie chciałam aby musiał zamieniać się w potwora w takich warunkach. Cały salon był zniszczony. Nic z niego nie było w całości. Gdy tylko Pierwszy wylądował na łóżku jego ciało wygięło się z bólu, a z gardła wydobył się ryk. Cofnęłam się o krok, ale po chwili wróciłam z powrotem na miejsce obok niego i złapałam go za rękę.
-Nie podchodź...- wycharczał mój opiekun, ale nie przejęłam się tym. On by mnie nie zostawił. Nie łudziłam się, że był na to jakiś ratunek. Z całą pewnością zamieni się w potwora. Ja jednak nie miałam serca pozbawić go życia. Był wszystkim co miałam i wiedziałam, że go tracę.
-Kocham cię... Wszystko będzie dobrze... Poradzimy sobie z tym jakoś- mówiłam poważnie próbując pocieszyć jego i siebie. Złapał mnie za rękę tak mocno, że skrzywiłam się z bólu. Powoli jego ciało zaczynały pokrywać łuski. Bałam się okropnie. Nie powinnam była siedzieć tak blisko koło niego. Nie teraz! Ale zostawić go? Nie... Nie mogłam.
Przeczesałam jego włosy dłonią i złożyłam na czole pocałunek. Kiedy rodzice wyrzucili mnie na ulicę to on mnie przygarnął. I choć nie okazywał swoich uczuć to wiedziałam, że mnie kocha i nigdy nie pozwoli skrzywdzić. Ze mną w przyszłości również będzie działo się coś podobnego. On się opierał tak długi czas. Minęło tyle lat, a on wciąż żył. Nie mogłam tego powiedzieć o sobie. Jeżeli go zabraknie sama będę musiała sobie z tym poradzić. Stracę jedyną ukochaną osobę.

Rex
-Szósty, możesz mi w końcu powiedzieć, po co tutaj jesteśmy? Providence nic nie wie o tej misji, więc na pewno coś ukrywasz. Mimo to zabrałeś mnie ze sobą i to nie po to, abym nikomu nie wygadał. Jestem ci do czegoś potrzebny. Jeśli mam wam w czymkolwiek pomóc, muszę wiedzieć co tutaj jest grane i dokąd idziemy. - powiedziałem stanowczo spoglądając na swojego wspólnika. Od zawsze był tajemniczy i mało rozmowny, jednak nie zamierzałem mu odpuścić. Był jakiś powód, dlaczego zabrał mnie ze sobą i nie mógł mnie przez cały ten czas ignorować. Ja zaś nie zamierzałem iść ani kroku dalej zanim wszystkiego mi nie wytłumaczy, albo przynajmniej powie, po co jestem mu potrzebny.
Szósty spojrzał na mnie jak zawsze obojętnym wzrokiem. Tuż za nim stanęła dziewczyna, przewracając oczami. Widać było, że głupie docinki cisnęły jej się na język. Na taką właśnie wyglądała. Pseudo rockmenkę, która była przyodziana w różowe, skórzane ciuszki. Wolałem jednak nie poznawać jej bliżej. Być może nie wyglądała na niebezpieczną, jednakże zbyt wiele gadała. Byłem pewien, że jej krucha gitara, którą rzekomo walczyła, rozleciałaby się po jednym uderzeniu moją stalową łapą. Trudno było uwierzyć, że ta pyskata dziewczynka miała być jednym z najniebezpieczniejszych ludzi chodzącym po tym świecie.
Szósty westchnął ciężko. W końcu postanowił mi wszystko wytłumaczyć. Przynajmniej wiedziałem na czym stoję i po co byłem mu potrzebny. Ufałem Szóstemu i wiedziałem, że nie zrobiłby niczego złego, jednak o jego towarzyszach nie mogłem powiedzieć tego samego.
Naszym zadaniem było odnaleźć Pierwszego, najniebezpieczniejszego człowieka na tym świecie, który od dłuższego czasu walczył z tym, aby nie zamienić się w Evo. Nie brzmiało to dobrze, jednak według mojego towarzysza tylko ja byłem w stanie mu pomóc i przywrócić do normalności. Jeśli w ogóle był uleczalny. Miałem nadzieję, że tak właśnie się stanie. Plan pozostałej czwórki nie był już aż tak optymistyczny, Od samego początku upierali się przy tym, aby pozbawić go życia. Mówili o nim tak jakby był jakimś potworem, którego trzeba było zlikwidować. Miałem ochotę odegrać się za nich na to. Udowodnię im, że zabijanie evo nie jest konieczne.
Nasz "spacer" cały czas dłużył się i nie było widać końca. Droga była o wiele bardziej górzysta niż wcześniej się to wydawało. Po długiej wędrówce w końcu udało nam się dotrzeć do niewielkiego domku, który z zewnątrz wyglądał niepozornie. Jak się po chwili okazało, posiadał on liczne zabezpieczenia. O dziwno zabezpieczenia te nie miały chronić mieszkanców przed intruzami, a wręcz przeciwnie, to świat zewnętrzny miał być chroniony przed tym, który tam mieszkał. Z tego co dowiedziałem się od Szóstego, zabezpieczenia miały się uruchomić kiedy Pierwszy całkowicice straci nad sobą kontrolę, aby nie mógł wyjść na zewnątrz.

Valentina
Pierwszego zaczynały oblewać zimne poty i dotarły już drgawki. Wiedziałam, że nie jest dobrze, a chciałam mu jakoś pomóc. Moja obecność nie wystarczała. Usiadłam za jego głową i położyłam mu dłonie na policzkach aby go trochę uspokoić. Poskutkowało... Odetchnęłam głęboko. Widziałam jego nogi - zaczął się przemieniać. Stawały się coraz chudsze, wręcz kościste. Tęczówki oczu stawały się coraz jaśniejsze. Próbowałam się skupić i przywołać swoją moc. Poczułam mrowienie na palcach i ciepło powoli zaczęło przenikać przez moje dłonie do skóry Pierwszego. Nic więcej nie mogłam skupić tylko uśmierzyć ból. Moje ręce były czerwone od płonącego w moich żyłach ognia.
-Wszystko będzie dobrze- powtarzałam w koło to oczywiste kłamstwo. Jak mogłoby być inaczej? Za niedługo pierwszy całkowicie się przemieni, a ja będę musiała zadecydować co zrobić. Najpewniej uciec póki mnie nie zabije. Z drugiej strony; po co miałam żyć jeśli jedyna ukochana osoba miała właśnie umrzeć? Nie umrzeć... Przemienić się w potwora, a potem zabijać innych. To było o wiele gorsze. Najniebezpieczniejszy człowiek na ziemi miał właśnie zamienić się w najniebezpieczniejszego potwora. Kto mógł to przewidzieć?
Czułam pod palcami, że skóra mojego opiekuna nie była już tak napięta. Uspokajał się, ale oboje wiedzieliśmy, że przemiana była nieunikniona choć oddalona może o godzinę. Ciepło pozwalało mu zachować rozum. Nie wiedziałam jak długo dam radę to kontrolować. Ogień nigdy nie był moją mocną stroną i wyrządzał więcej szkód niż pomagał. Nagle rozległo się walenie w drzwi. Zdezorientowana spojrzałam na Pierwszego.
-Nie bój się maleńka. Wszystko będzie dobrze... Musisz być bezpieczna i dalej uczyć się kontrolować złośliwego nanita w twoim ciele. Reszta ich nie jest groźna, ale ten jeden tak jak w moim przypadku jest niebezpieczny. Nie da się go kontrolować- wycharczał cicho. Wiedziałam co chce powiedzieć. Że i mnie spotka taki los. I ja zamienię się w potwora. Do tej pory Providence starało się likwidować osobniki ze złośliwymi nanitami. Dlatego nikt się nie przyznawał. Każdy taki człowiek stawał się potencjalnym zagrożeniem.
-Nikomu o nim nie mów...- zdążył powiedzieć zanim drzwi rozpadły się na kawałki, a Pierwszym wstrząsnęła seria drgawek. Spojrzałam na intruzów. Wiedziałam kto to i nie bałam się. Zdawałam sobie sprawę po co przyszli. Pierwszy stał się zagrożeniem. Do pokoju weszło trzech ludzi.
Dziewczyna ubrana w różową skórę, wielki i nieprzyjemnie wyglądający osiłek i mężczyzna o ciemnej karnacji, który szedł powoli za tą dwójką. Spojrzałam na nich bez grama uczuć.
Czyli to oni mieli wykonać egzekucję?
-Kim jesteś? Lepiej się odsuń, nie chcemy ofiar, ale jeśli tego nie zrobisz będę zmuszony odsunąć cię siłą- powiedział osiłek. Prychnęłam pod nosem. Pierwszy nikomu o mnie nie wspomniał aby mnie chronić. I bardzo dobrze. Nie chciałabym mieć żadnego z nich na karku. Odsunęłam się tak jak rozkazał wcześniej składając na czole mojego opiekuna pocałunek. Ten spojrzał mi w oczy i wsunął w moją dłoń karteczkę tak aby nikt nie zauważył. Ostrożnie wycofałam się wygaszając w sobie ogień. Spuściłam głowę. Dalej stałam w tym samym pomieszczeniu, ale duchem byłam nieobecna. Bałam się ogromnie. Traciłam go. W oka mgnieniu miałam zostać sama. Wyprostowałam się patrząc na Pierwszego, a karteczkę wsunęłam do kieszeni. Na jej przeczytanie przyjdzie czas później. Mężczyzna na łóżku był blady i coraz chudszy, gdzie nie gdzie zaczął porastać sierścią jednak zmysłami pozostawał nadal wśród ludzi. Jeżeli on przestał kontrolować nanita to jak ja miałam sobie poradzić?
Rex
Z ciekawością rozgladałem się dookoła siebie, obserwując każdą ścianę, rysę czy szczelinę mieszkania. Nie wyglądał on na nowy, ale był jako tako zadbany, chociaż do stabilnej budowli było mu bardzo daleko. Po nogami wyczuwałem mechanizm, który najpewniej miał być owym zabezpieczeniem. Moja nanity od razu zaczęły reagować na złożone mechanizmy. Wystarczyło jedynie dotknąć podłogi, aby całkowicice przejąć nad nimi kontrolę. Jednak nie to było moim celem, a uleczenie jednego z mieszkańców tego miejsca.
Ciekawiło mnie jaki był pierwszy. Pozostali nie rwali się do tego, aby o nim opowiadać, albo chociaż wspomnieć. Jeśli już rozmawiali na jego temat, sprawadzone były one do nanitowej choroby, która przekształcała Pierwszego w evo. Jedynie z kilku wspominek Szóstego mogłem się o nim nieco dowiedzieć. Nie było to wiele, ale jedyne co mogłem się dowiedzieć. Wychowywał on Szóstego kiedy był nastolatkiem, opiekował się nim oraz szkolił, dzięki czemu stał się szóstym najniebezpieczniejszym człowiekiem świata. Nie powiedziałbym jednak, że było to miłe dzieciństwo. Pierwszy był wymagający, surowy, do tego obce mu były emocje.
Mój wzrok skierował się na leżącego mężczyznę który ulegał transformacji w bliżej niezidentyfikowanego stwora. Najwidoczniej moi towarzysze już spisali go na straty, ponieważ przygotowali się do tego, aby pozbawić go życia. Najwet nie było w ich postępowaniu chwili zwątpienia. Musiałem jakoś to powstrzymać.
-Hola, hola, grubasku. - powiedziałem spokojnie spoglądając na grubego wieśniaka, który przygotowywał się do swojej "pracy". Wytworzyłem mechaniczną łapę, którą skutecznie mogłem odciągnąć faceta z madwagą na bezpieczną odległość. - Właśnie dlatego to ja tutaj jestem. Chyba nie muszę tłumaczyć, że jest szansa na jego wyleczenie i tylko ja mogę tego dokonać. Warto przynajmniej spróbować to zrobić. - mruknąłem pod nosem. Najwidoczniej żaden z nich nie był zadowolony z moich słów. Nie mogli jednak zbyt wiele zrobił. Właśnie tak zadecydował Szósty i musieli się dostosować do jego decyzji, ponieważ była najbardziej rozsądna.
Spojrzałem na dziewczynę, która posłusznie odsuneła się od meżczyzny, Zastanawiało mnie kim była i co robiła w miejscu całkowicice oderwanym od rzeczywistości. Przez chwilę stałem w milczeniu jedynie si jej przyglądając. Pierwszy raz ją widziałem. Wyczuwałem w jej ciele aktywne nanity, jednak nie była bezmyślnym potworem. Musiała być podobnym evo do mnie.
Valentina
Uśmiechnęłam się pod nosem kiedy osiłek został siłą odsunięty od mojego opiekuna. Spojrzałam na chłopaka. Czy była możliwość na uratowanie Pierwszego? Podeszłam do mężczyzny o ciemnej karnacji. Nie zdziwiła mnie jego moc, albo raczej przekleństwo. W tym świecie nic nie mogło mnie już zdziwić.
-Jeżeli potrafisz... Uratuj go. Jeżeli ci się uda będę twoją dłużniczką. Proszę...- patrzyłam błagalnie w jego brązowe oczy po czym się odsunęłam. Nie było czasu teraz na rozczulanie się. Pierwszy przemieniał się i pozostawało coraz mniej czasu. Ja nie mogłam już pomóc, mogłam tylko czekać. Przymknęłam oczy, a gdy je otworzyłam nie było w nich już żadnych uczuć. Pierwszy mnie tego uczył aby nikt nie mógł mnie zranić. Odetchnęłam głęboko. Krew buzowała we mnie. Nie mogłam zapanować nad ogniem który we mnie płonął. Zacisnęłam dłonie w pięści i podeszłam za mężczyzną do łóżka, na którym leżał mój opiekun. Uklękłam przy nich. Chciałam wszystko widzieć. Pierwszy rzucał się na łóżku. Modliłam się w duchu aby się udało. Nie wiedziałam jak ten chłopak będzie go próbował ratować, ale skoro potrafił to nie zamierzałam protestować. Za plecami słyszałam jak ktoś nerwowo chodzi po pokoju, ale starałam się ich ignorować. Istniała szansa na ratunek! Pierwszy wyglądał coraz gorzej.
- To się nie uda. Nie mamy na to czasu Rex. Poza tym jesteś tu tylko formalnie. To ścierwo nie zasługuje na nasz ratunek! Jesteś tu aby wszyscy myśleli że próbowaliśmy, ale się nie udało...- warknął osiłek. Zostałam złapana za rękę i siłą odsunięta. Miałam ochotę kopnąć tego faceta, ale wiedziałam że nie mam szans. Kątem oka widziałam jeszcze jak Pierwszy szepcze coś do ucha mężczyźnie, którego osiłek nazwał Rexem. Zostałam posadzona na krześle i pilnowała mnie ta dziwna dziewczyna. Założyłam ręce na piersi i czekałam chociaż w środku aż się gotowałam z wściekłości. Coś we mnie pękło kiedy ten przerośnięty mięśniak zatopił ostrze w moim opiekunie. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Życie się zawaliło, straciłam jedyną rodzinę jaka się o mnie troszczyła. Dłonie zapłonęły raniąc moją skórę. To że panowałam nad ogniem nie znaczyło że mnie nie ranił kiedy osiągał naprawdę wysoką temperaturę. Po chwili jednak ten płomień we mnie zgasł. Jedne czego chciałam to to aby ci wszyscy ludzie się stąd wynieśli. Pierwszy mówił mi że kiedyś się to wydarzy ale nie mogłam się z tym pogodzić. Łza spłynęła po moim policzku. Co się ze mną stanie dalej? Musiałam sobie znaleźć dom. Ale dom bez tego człowieka nie będzie już domem. Musiałam zrobić w końcu to czego mnie nauczył. Ale czy to miało teraz jakikolwiek sens? Ciało leżące na łóżku przestało drżeć, oczy wypełniły się pustką. Jedyne emocje jakie widziałam to wściekłość w oczach Rexa.
Rex
-Formalnie? Chyba za dużo siana przekopales i coś ci uszkodziło mózgownicę. Sami gadaliscie, że jest to tajna misja i tylko wy wiecie o istnieniu tego miejsca oraz o sytuacji pierwszego. Szósty poprosił mnie o pomoc, dlatego nie zostawię tego człowieka samego. - unioslem glos spoglądając na nich wszystkich. Szósty widział we mnie nadzieję, dlatego musiałem spróbować. Leczenie Evo nie było dla mnie niczym nowym. Zawsze słyszałem o wyeliminowaniu ich, prawda była jednak taka, że oni nadal byli ludźmi, mieli swoje rodziny, nadal czuli. Każdy mógł się stać takim potworem, dlatego też każdy zasługiwał na ratunek.
Szósty położył na moim ramieniu rękę, próbując mnie uspokoić i dodać nieco otuchy.
-Bedzie dobrze Rex. Musisz się jedynie skupić. - powiedział oschłym tonem głosu, którego miał w zwyczaju używać każdego dnia.
Miał rację. Musiałem się uspokoić i skupić. Moje moce były całkowicie zależne od emocji, dlatego nie mogłem dać im ponieść. Szósty wierzył we mnie i musiałem zacząć działać.
Odetchnąłem głęboko podchodząc do mężczyzny. Ulozylem dłonie na jego klatce piersiowej i zamknąłem oczy. Po ciele Evo zaczęła rozchodzić się nanitowa sieć, która przekazywała wszystkie aktywne nanity z jego ciała do mojego. Odczuwałem coraz większy trud, ale nie zaprzestałem tej czynności. Mężczyzna wracał do swojej normalnej postaci. W końcu poddałem się i przede mną poraz kolejny pojawił się potwór. Zacisnąłem mocno pięści. Mimo wszystkich nadziei zawiodłem i nie byłem w stanie mu pomóc. Trudno było mi powiedzieć, że Pierwszy był przypadkiem nieuleczalnym i mógł stać się jedynie bezmyślnym potworem. Nienawidzę tej bezsenności.
Zerwalem się kiedy w ciało Evo został wbity nóż. Idealnie wymierzony w środek serca. Gwałtownie odwróciłem się w stronę sprawcy tego wszystkiego.
-Dlaczego to zrobiłeś?!- krzyknąłem- Nie można było go uleczyć, ale nie musiał skończyć w ten sposób. Mogliśmy go zabrać ze sobą i umieścić w miejscu, gdzie byłby bezpieczny.- warknalem wściekły. Najwidoczniej z całego towarzystwa jedynie dziewczyna oraz Szósty okazali skruchę, reszta pozostała niewzruszona, jakby to było czymś normalnym i oczywistym.
Mężczyzna ostatkami sił przyciągnął mnie do siebie. Czułem jak ściska moja koszulę, najwidoczniej chcąc mi powiedzieć. Z jego ust wydobył się ledwie słyszalny szept, a po nim ostanie tchnienie. Ręką mężczyzny opadła bezwładnie na jego cialo. "Opiekuj się Valentiną", tylko tyle byłem w stanie zrozumieć z jego wypowiedzi.
-Teraz nic już nie zrobimy, Rex. Próbowałeś i to jest najważniejsze. Nic mu nie przywróci już życia, ale na zawsze go będziemy pamiętać. Zabierzemy dziewczyne ze sobą. - powiedział mój towarzysz. Nawet jeśli ton jego głosu był chłodny, można było wyczuć w nim wiele emocji. Cierpiał będąc świadkiem takiej sceny.
Nie odezwałem się. Skinalem jedynie głową na znak zrozumienia.
Valentina
Parsknęłam pod nosem patrząc na ludzi, którzy bez pozwolenia weszli do mojego domu i zabili mi przyjaciela i opiekuna. Jeśli bym chciała mogłabym zabić siebie i ich jednocześnie. Tego osiłka e pierwszej kolejności. Jak oni w ogóle mogli decydować za mnie czy z nimi pojadę? Nie było żadnego pytania tylko stwierdzenie. Mowy nie było, że wbrew mnie zabiorą mnie gdzie im się tylko podoba.
-Skąd pomysł, że z wami pójdę? Nie należę do żadnego z was, wtargnęliście do mojego domu, zabiliście człowieka i chcecie dyktować mi co powinnam robić? Przykro mi, ale nie ma mowy.- powiedziałam stanowczo. Na dowód, że nie jestem bezbronna moja ręka zapłonęła. Mogłam ich zabić, bo nie do końca panowałam nad mocą. Na jednym podpaleniu by się nie skończyło. Odetchnęłam głęboko. Widząc, że osiłek chcę do mnie podejść podniosłam płonącą rękę na co ten raptownie się zatrzymał. Byłam zadowolona z efektu jaki wywołałam. Pierwszy leżał bezwładnie a oczy były puste i bez życia. To była ich wina. Nie ważne czy zamieniał się w potwora, nie dane było mu nawet godnie umrzeć.
-Możecie teraz opuścić mój dom?- zapytałam poważnie nie ruszając się z fotela. Powinnam czuć strach ale pierwszy powtarzał, że nie wolno go okazywać. Więc nawet teraz kiedy bałam się jak szalona to oczy były zimne i pozbawione emocji. Spojrzałam na człowieka, który próbował uratować mojego opiekuna. Tylko w nim nie widziałam jak na razie wroga. Podziękowałam mu skinieniem głowy. Jak na razie żaden z obcych się nie ruszył. Ile mogło trwać wyjście na zewnątrz? Spojrzałam na mężczyznę który najwidoczniej był ich przywódcą. Nie rozumiałam czego mógł ode mnie chcieć.
-Nie interesuje nas czego byś chciała.- powiedział gruby mężczyzna. Przygryzłam dolną wargę i podniosłam się z fotela. Spojrzałam po raz ostatni na Pierwszego. Z żalem musiałam się pogodzić z jego śmiercią. Pierwszy nie chciałby mojej śmierci. Kartka z tajna wiadomością ciążyła mi w kieszeni. Ręką znowu zapłonęła kiedy osiłek chciał mnie złapać, po czym cofnął się jak opatrzony gdy dotknął mojej ręki. Żadnemu z nich nie dałabym się dotknąć. Nie ufałam im.
-Nie zbliżaj się!- warknęłam w jego stronę, a ręce mi zapłonęły. Cofnęłam się gwałtownie patrząc na nich wrogo i bez żadnych uczuć. Byli mordercami.

Rex
Zacisnąłem mocno powieki próbując ukryć swoją bezsilność. Nie tam miało się to skończyć. Może i nie byłem w stanie go uratować przed nanitami, ale nie musiał skończyć w taki sposób. Nikt na to nie zasługiwał. Wiedziałem, że w głębi duszy nadal był człowiekiem, który prawgnął i miał po co żyć. Nikt nie miał prawa pozbawiać evo życia, nawet tych najokrutniejszych. Przecież mogliśmy go zabrać ze sobą, do Providence, gdzie mógłby wieść spokojne życie. W końcu wymyśliliby odtrutkę i wróciłby do swojej prawdziwej postaci. W tej chwili dla niego jednak nie było już nadziei i to wszystko przez nich. Nie mięli żadnego szacunku dla ludzkiego życia, dlatego sami na nie nie zasługiwali. Potrafili jedynie zabijać.
Zerknąłem na dziewczynę, która nadal pozostała w swoim miejscu. Valentina. To o niej musiał mówić Pierwszy. Szósty ma rację, nie możemy jej tutaj zostawić na pastwę losu. Nigdy nie wiadomo jakie evo jeszcze mogą zostać tutaj przywabione i jakie są jej szanse na przeżycie w tym miejscu.
Podszedłem do niej spokojnie, próbując się przyjaźnie uśmiechnąć. Wyciągnąłem w jej kierunku rękę. Jeśli miała z nami iść, musiała mi zaufać. Przekonanie Białego Rycerza, aby dziewczyna mogła zostać w Providence było jedynie formalnością, którą wykona się już na miejscu. Mogłem się jedynie obawiać o jej przyszłą "pracę". Była evo, a w Providence oznaczało to wykonywanie brudnej roboty, którą "zdrowi" nie chcieli albo nie mogli wykonywać. Mimo to zapewnią jej posiłki i dach nad głową, a w chwili obecnej to powinno być najważniejsze.
-Valentina, prawda? Jestem Rex. Musimy zabrać cię ze sobą. - powiedziałem spokojnym głosem.
Szósty odciągnął swoich "przyjaciół" na bok, próbując powstrzymać ich protesty. Widać było, że nie chcięli zabierać dziewczyny ze sobą, ale w tej sytuacji nie mięli żadnego wyboru. Pojazd należał do nas, więc równie dobrze moglibyśmy zostawić ich na tej wyspie, aby zostali pożywką dla zwierzęcych evo. W końcu dżentelnem zwany Czwartym oraz różowa dziewuszka zamilkli, jako ostatni, zgadzając się na to, aby Valentina wyruszyła z nami.
Po tym wszystkim ta czwórka i tak zostanie pozostawiona po drodze i będę mógł udawać, że nigdy ich nie spotkałem na swojej drodze. Tak będzie najprościej.
Valentina
Założyłam dłonie na piersiach. Nie chciałam wybuchnąć, nie skończyłoby się to dla nikogo dobrze. Mogłabym nie tylko zabić ich ale i siebie. Nie kontrolowałam ognia na tyle aby go swobodnie używać. Zrobiłam krok w tył kiedy chłopak do mnie podszedł i wyciągnął rękę w moją stronę. Spojrzałam na niego podejrzliwie, ale nie wyglądał tak jak oni. W jego oczach widziałam dobroć. Miałam wrażenie, że naprawdę chciał uratować mojego opiekuna. O ile było to w ogóle możliwie. Odetchnęłam głęboko. Nie miałam czasu aby to przemyśleć. Jeżeli tutaj zostanę to na pewno nie przetrwam zbyt długo. Inne Evo mnie znajdą. Ludzie, którzy zamienili się w potwory nie myśleli racjonalnie. Posługiwali się instynktami. Jeżeli mówił on - zabij aby przeżyć to bez wahania to robili. W moich oczach pojawiło się zaskoczenie. Skąd ten chłopak wiedział jak mam na imię? Spojrzałam jeszcze raz na jego dłoń po czym z wahaniem ją przyjęłam.
- Nie wiem kim jesteś, ale nie wyglądasz jak oni - wyszeptałam tak aby mnie usłyszał. Nie wiedziałam jeszcze czy jestem w stanie mu zaufać. To, że sprawiał wrażenie miłego i normalnego, nie znaczyło jeszcze że taki był. Miałam szczęście, że Pierwszy myślał do przodu i nasze walizki w razie potrzeby były przygotowane. Mój opiekun sam się tym zajął. Złapałam za rączkę walizki, która wystawała spod mojego łóżka. Może to wydawało się dziwne że jestem spakowana, a może nie. Szczerze mówiąc nie dbałam o to. Nadal trzymając Rexa za rękę pochyliłam się i ucałowałam Pierwszego w czoło. Bardzo chciałam z nim zostać.
- Mała on i tak nie żyje.- rzekł osiłek między ziewnięciami. Moja ręka stała się znacznie cieplejsza i w tym samym momencie przypomniałam sobie że trzymam Rexa za rękę. Wyszarpnęłam ją gwałtownie zanim zajęła się ogniem.
- Przepraszam...- powiedziałam cicho, spoglądając na Rexa. Po chwili udało mi się uspokoić ale powinnam się pilnować. To nie jemu chciałam zrobić krzywdę, zaś tego kto zabił mojego opiekuna z chęcią rozszarpałabym na kawałki. Szkoda tylko że byłam sama a oni mieli nade mną przewagę liczebną. Moje spojrzenie gdyby mogło na pewno by zabiło.
-Dość tego... Lecimy- powiedział jeden z nich wychodząc z pokoju. Nie wiedziałam czemu się zgodziłam. Miałam nadzieję że udałoby mi się przetrwać, tylko czy byłam o tym przekonana? Lecąc z nimi nie wiedziałam w co się pakuje jednak obecność Rexa i jego spokojne spojrzenie dodawało mi otuchy
Rex
Zacisnąłem delikarniw dłoń chcąc, aby dziewczyna się uspokoiła bardziej. Wyczuwałem w jej ciele wiele aktywnych nanitów, które były w każdej chwili pokazać swoją prawdziwą moc. Nie były to nanity, które można było znaleźć w ciałach większości ludzi. Była bardziej podobna do mnie nich mogłoby mi się wydawać. Tym bardziej nie mogłem jej pozostawić w tym miejscu. Moim obowiązkiem było pomóc jej, właśnie o to przed śmiercią poprosił mnie Pierwszy i chciałem dotrzymać danej mu obietnicy. Valentina potrzebowała pomocy z opanowaniem aktywnych w jej ciele nanitów. Nie wszystkie z nich były jej posłuszne, wyraźnie to wyczuwałem.
Nie protestowałem kiedy zabrała rękę. Poczułem na dłoni delikatne ciepło, jednak zignorowałem to. Przynajmniej wiedziałem na czym polegają jej niezwykłe umiejętności i na co powinienem uważać. Jej nanity również były w pełni lub częściowo zależne od emocji. Między nami była tylko jedna różnica. W czasie wzmożonych emocji jej nanity nasilały się i ukazywały jej siłę, może zaś w tym czasie całkowicie odmawiały posłuszeństwa.
-Nie martw się, jesteśmy podobni do siebie.- wyszeptałem ze spokojem w głosie, aby tylko ona mogła mnie usłyszeć.
W końcu wsiedliśmy do pojazdu, który szybko wzbił się w powietrze. Z każdą minutą oddalaliśmy się coraz bardziej od miejsca, w którym jeszcze niedawno mieszkał Pierwszy,a obecnie został jego grobem. Po jakimś czasie pozbyliśmy się również czwórki nieprzyjemnych pasażerów, zmierzając prosto do Providence. Teraz pozostawało mieć nadzieję, że nikt nie zauważył zniknięcia jednego z pojazdów i nie oberwie nam się za bardzo. Biały Rycerz, przywódca Providence, nigdy mi nie ufał i najczęściej to na mnie zwalał wszystkie winy, nie ważne jakbym si starał. Dla niego byłem kolejnym potworem, który w każdej chwili mógł wymknąć się spod kontroli. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć tego starucha. Po naszym pierwszym spotkaniu i tamtym wypadku żyje zamknięty w swoim pokoju, całkowicie odizolowany od ludzi, pod ścisłą kontrolą nowoczesnej technologii. Jest jedynym człowiekiem pozbawionym nanitów i tak się tego boi, że zrobi wszystko, aby nie wdychać tego "zatrutego" nanitami powietrza. Nie trudno zauważyć, że ma na tym punkcie obsesję.
W końcu dotarliśmy do Providence. Na dworze jak i w hangarze panowała całkowita ciemność, a dźwięk silników rykoszetem odbijał się od zabudowanych ścian. Po cichu wydostałem się z pojazdu, pomagając w wyjściu dziewczynie.
-Dzisiaj spędzisz noc u mnie, a jutro porozmawiasz z profesor Holidey i ustalimy co dalej.

Valentina
Powoli wyszłam z mojego już byłego domu. Ciężko było mi zostawiać to wszystko czego tu zaznałam. Dobroci, miłości i przyjaźni z człowiekiem, który znalazł mnie na ulicy. Tamtego dnia nie sądziłam, że przeżyje dlatego teraz nie mogłam tak po prostu zepsuć tego co Pierwszy postanowił uratować. Szłam blisko Rexa starając się nie okazywać strachu. Wsiadłam do dziwnego pojazdu i usiadłam koło chłopaka. Na moje szczęście osiłek i jego banda zostali wyrzuceni na najbliższym "przystanku". Teraz w pojeździe pozostawałam tylko ja, Rex i jakiś mężczyzna.
Nie lecieliśmy długo. Może dwie godziny, ale to i tak było niewiele zwłaszcza, że całe życie przemieszczałam się na nogach. Nigdy nie siedziałam nawet w samolocie ani o tym nie myślałam. Wyglądał nowocześnie, z zamkniętą kabiną dla pilota i kilkoma siedzeniami. Zadrżałam gdy gdy drzwi na zewnątrz się otworzyły. Przy wychodzeniu z pojazdu podałam dłoń Rexowi aby pomógł mi wysiąść. Podziękowałam skinieniem głowy po czym zabrałam rękę aby przypadkiem go nie sparzyć. Nie wiedziałam kim jest profesor Holidey ale jeśli chłopak nie zamierzał mnie jeszcze zostawiać to byłam mu wdzięczna. Kiedy trochę się oddaliliśmy od samolotu i zostałam sama z Rexem spojrzałam na niego ukradkiem. Było wiele pytań, które chciałam mu zadać. Po pierwsze kim był osiłek, który zabił pierwszego. Dlaczego zabrali mnie ze sobą i gdzie my u diabła jesteśmy. Było strasznie ciemno i musiałam iść blisko Rexa aby się nie zgubić.
- Nie możemy tego dłużej ciągnąć. Nie kontrolujące nanitów Evo są dla nas zagrożeniem. - usłyszałam zza ściany. To była moja druga "moc". Mogłam usłyszeć coś nawet zza kilku ścian. Teraz kiedy potrafiłam to kontrolować to nie było już takie męczące. Zatrzymałam się ale po chwili zrównałem krok z chłopakiem. Niepokoiło mnie to miejsce i nie chciałam zdradzać się z tym co potrafiłam. Dopiero kiedy zamknęły się za nami drzwi pokoju Rexa odetchnęłam ciężko.
- Gdzie jesteśmy i co to za miejsce? - zapytałam patrząc na mojego towarzysza. Rozumiałam że Evo stwarzają problemy zwłaszcza takie jak ja ktore nie kontrolowały swoich mocy. Jednak wszyscy ludzie w mniejszym lub większym stopniu posiadali w sobie nanity.
Byłam w kropce. Usiadłam na fotelu patrząc uważnie na Rexa.

Rex
Spojrzałem na dziewczynę kiedy dotarliśmy do mojego pokoju. Dzisiejszego dnia wydarzyło się tak wiele, że bylem jej winny wyjaśnienie. Z jakiegoś powodu zaufała mi i zgodziła się na to, aby x nami wrócić. Sam byłem ciekaw kim dokładnie było i co robiła na tamtej wyspie. Co najważniejsze była Evo podobnym do mnie, co nie było zbyt częstym zjawiskiem. Wystarczyło jeszcze przekonać szefa, aby pozwolił jej tutaj pozostać.
-Jestes w Providence. Nigdy o nas nie słyszałaś? - spojrzałem na nią lekko zdziwiony. Musiała kiedyś o nas słyszeć albo o moich wyczynach. Providence działało na całym świecie i nie było możliwości, aby nie wiedziała kim jesteśmy i co robimy. -Providenve chroni cywili przed niebezpiecznymi Evo, które mogą być szkodliwe. Ja jestem Rex, ich główną broń. - uśmiechnalem się z dumą. Nie była to najlepsza praca ma świecie i nie przynosiła sławy, jednak nie chciałbym z niej rezygnować. - Jak już wiesz, jestem Evo. Jestem w stanie pochłonąć cudze nanity i wyleczyć ta osobę, głównie tym się zajmuję.
Usiadłem na łóżku spoglądając na swojego gościa. Miło było porozmawiać z osobą w podobnym wieku. Nie licząc misji, byłem całkowicie odizolowany od świata zewnętrznego, a po dłuższym czasie stawało się to męczące. Mogłem porozmawiać jedynie z doktor Holiday oraz Szóstym, a właściwie prowadzić x nim monolog, ponieważ sam rzadko kiedy się odzywa. Mieszkanie samemu było zbyt nudne jak na mój gust.
- Bardziej ciekawi mnie kim ty jesteś. Szósty nie wspominał, że w czasie tego zadania potkamy kogoś jeszcze. Co robiłaś e tamtym miejscu?

Valentina
Providence? Słyszałam już gdzieś tą nazwę. Usiłowałam sobie przypomnieć o co chodziło, ale niestety z niepowodzeniem. Pierwszy nigdy mi o tym nie opowiadał. Może raz wymsknęło mu się to słowo, ale nic poza tym. I co znaczyło, że on był bronią. Skoro leczył ludzi i mógł ich uratować to nie był bronią. Był pomocny. Było mi tylko przykro, że Rexowi nie udało się uratować mojego opiekuna. Jeżeli nie chciałam aby i mnie zabili w taki sam sposób musiałam się nauczyć kontrolować moc ognia. A to nie było proste.
- Niestety nie słyszałam nigdy o tym miejscu. Pierwszy nigdy nie wspominał ani nie mówił o was, ale podejrzewam, że was znam. Kiedyś powiedział tylko, że pewnego dnia ktoś przyjdzie kiedy przestanie się kontrolować i pewnie się go pozbędą. Nie uwierzyłam, ale teraz wiem, że to była prawda.- powiedziałam cicho. Musiałam przestać okazywać uczucia, bo nie skończy się to dla mnie dobrze. Jeżeli ludzie wiedzieli o tobie za dużo to mogli wykorzystać to do swoich celów. Niekoniecznie tych dobrych. Rexowi jednak siłą rzeczy musiałam zaufać. Był tu jedyną przyjaźnie nastawioną osobą. No i nie chciał mnie zabić co też było ważne.
- Bo zapewne o mnie nie wiedział. Nigdy nie opuszczaliśmy wyspy. Pierwszy znalazł mnie dawno temu na ulicy i przygarnął. Traktował jak córkę i tyle. Nie ma tutaj co opowiadać... Skoro możesz pochłonąć nanity to czemu nie pochłoniesz z ludzi tych których nie da się kontrolować? Czy nie byłoby to bezpieczniejsze?- zapytałam poważnie. W końcu przecież co innego można by zrobić. Skoro mógł leczyć to czemu nie zapobiegał? Podniosłam się po chwili i rozprostowałam kości. Nim Rex zdążył odpowiedzieć ktoś zapukał do pokoju. Drgnęłam. Czmychnęłam do łazienki, która znajdowała się w pokoju tłumacząc się zmęczeniem i chęcią odświeżenia. Usiadłam na toalecie i odetchnęłam głęboko. Wolałam już nikogo nie poznawać. Przynajmniej nie dzisiaj. Zamiast tego wyciągnęłam z kieszeni karteczkę o Pierwszego. Musiał wiedzieć co się święci i przygotować ją wcześniej. Innej możliwości nie widziałam. Tylko dlaczego nie powiedział mi tego osobiście. Mieszkaliśmy razem więc miał okazję. Rozłożyłam kartkę aby odczytać krzywe pismo opiekuna.
"Kochana Valentino
Nie chciałem żegnać się z tobą w ten sposób, ale im mniej wiedziałaś tym lepiej dla ciebie. Przynajmniej w tamtym momencie. Zapewne ludzie z organizacji Providance wzięli się ze sobą tak jak przewidywałem. Organizacja ta zajmuje się likwidowaniem ludzi u których nanity przejęły kontrolę i nie wierz im jeśli będą twierdzić, że tylko starają się ratować ludzkie życia. Przywódca Providance myśli tylko o sobie i chce zlikwidować ludzi, którzy nad sobą nie panują. Takich jak ty. Nie ufaj nikomu i pamiętaj, że ci ludzie mogą chcieć cię skrzywdzić. Miej się na baczności. Wybacz mi za to, że tyle przed tobą ukrywałem, ale chciałem cię chronić.
Pierwszy"
Otarłam łzę, w którym łza spłynęła po moim policzku. Ostatnie słowa Pierwszego. Odetchnęłam głęboko i schowałam list do wewnętrznej kieszeni kurtki. Moja sukienka, którą rano ubrałam była już skurzona i brudna. Przemyłam twarz w wodzie po czym spojrzałam w lusterko. Musiałam wziąć się w garść i uważać. Nie byłam bezpieczna.
Usiadłam z powrotem na toalecie i wytężyłam słuch. Teraz bez problemu mogłam usłyszeć co działo się po drugiej stronie drzwi, a jeśli bym chciała to nawet i dalsze rozmowy bym usłyszała.
Rex
Spojrzałem na nią delikatnie zdziwiony kiedy zadała mi pytanie na temat nanitów. Nie chciałem tego po sobie zdradzać, ale poczułem się nieco zdołowany. Robiłem co mogłem, jednak nie zawsze byłem w stanie pomóc. Nienawidziłem rozmawiać na ten temat, dlatego w miarę możliwości tego unikałem.
-To nie takie proste jak się wydaje. Owszem, potrafię kogoś uleczyć zabierając nadmiar mutujących nanitów, ale są osoby, które są nieuleczalne. Szkodliwe nanity pochłaniane są do mojego organizmu, dzięki czemu osoby przemienione mogą odzyskać swoją dawną postać, przez zabranie większości szkodliwych nanitów. Nieuleczalni mają ich w sobie na tyle dużo, że moje ciało nie jest w stanie przyjąć tak dużej dawki. Nieuleczalni zabierani są do naszego "zoo pupilków", gdzie mogą spokojnie żyć i nie zagrażać innym ludziom. Profesor Holiday nadal szuka dla nich lekarstwa... - odpowiedziałem spokojnie. Tyle powinno jej wystarczyć.
Sam chciałem mieć w sobie o wiele więcej siły, aby uleczyć tych ludzi. Dlaczego musiałem być w tym wypadku bezsilny? Coraz częściej zdarzało się, że zarażeni mieli w sobie zbyt dużą dawkę nanitów i nie mogłem im pomóc. Albo to ja robiłem się coraz słabszy. Moje nanity były w stanie pochłonąć i oczyścić te zarażone, ale na jak długo? Kiedyś musiały mieć swój limit.
Z drugiej strony tylko dlatego byłem w tym miejscu. Doskonale wiedziałem, że nikt mi tutaj nie ufał, oprócz Szóstego i profesor Holiday, ale przynajmniej mogłem zrobić coś pożytecznego. Kilka lat temu Providence jedynie zabijało Evo lub eksperymentowali na nich w poszukiwaniu lekarstwa. Po tym jak Szósty mnie znalazł, Holiday widziała w moich umiejętnościach nadzieję na ratunek. Czuję, że jestem coraz bardziej zawodny i mniej przydatny. Providence nadal trzyma mnie w garści i pała do mnie nieufnością. Wystarczy jeden fałszywy ruch lub bunt i się mnie pozbędą. Nie było to żadną tajemnicą. Od samego początku mnie o tym poinformowany i byłem tego jak najbardziej świadomy. Byłem jedynie psem na smyczy, którego próbowali wytresować.
Spojrzałem na drzwi słusząc pukanie. W tym momencie i dziewczyna szybko uciekła do łazienki, która znajdowała się nieopodal. Nie dziwiłem się jej. Na chwilę obecną jedynie dwie osoby wiedziały o tym, że tutaj jest i do dnia jutrzejszego tak musiało pozostać. Wystarczyło ją przedstawić Białemu Rycerzowi, a byłem pewien, że zechce wykorzystać jej umiejętności do swoich celów. Na razie tyle musiało wystarczyć, przynajmniej miała dach nad głową.
Kiedy otworzyłem drzwi ujrzałem w nich profesor Holiday. Młodą kobietę o czarnych, długich włosach. To właśnie ona zajmowała się badaniem stanu mojego zdrowia i kontrolowała nanity w moim ciele, aby nie było ich zbyt wiele. Kobieta podała mi wszytskie wytyczne i dokładną godzinę, kiedy Valentina miała pojawić się w jej laboratorium.
Valentina
Zastanawiałam się nad tym co powiedział mi Rex. Dlaczego jego moc nie zawsze się sprawdzała i nie mógł wyleczyć każdego? Nie rozumiałam tego. Westchnęłam ciężko. Nie wiedziałam nawet czy mogę mu zaufać. Po ostrzeżeniu Pierwszego nie miałam pojęcia co sądzić. Czy jeżeli pochłonie dużo nanitów to sam stanie się zarażony i podatny na mutację? Przecież to nie było możliwe. Musiało istnieć wyjście, które byłoby w stanie wyleczyć każdego kto nie kontrolował nanitów. Z łazienki wyszłam dopiero kiedy kobieta opuściła pokój. W takich sytuacjach wytężony słuch się przydawał choć niebezpieczne by było aby ktoś się o tym dowiedział. Usiadłam z powrotem na fotelu i spojrzałam na chłopaka. Nie mogłam tutaj zostać na zawsze. W końcu opuszczę to miejsce, nie ważne co sądzili o tym ludzie tutaj. Zwłaszcza ten człowiek, o którym wspomniał mój opiekun w liście. Skoro przywódca tego miejsca chciał zlikwidować wszystkich ze zmutowanymi genami co wtedy? Sama takie w sobie miałam, a Rex z tego co wiedziałam mógł łatwo się tego dowiedzieć. Pewnie już wiedział. To kwestia czasu jak przekaże te informacje dalej. Jak na razie musiałam udawać, że nic nie wiem- co było w sumie prawdą.
-Kto to był?- zapytałam od niechcenia. Mimo, że słyszałam dokładnie z kim rozmawiał i co ustalili. Dokładnie znałam godzinę spotkania.
Spojrzałam na zegarek. Jego wskazówki pokazywały godzinę trzecią, a to znaczyło, że do spotkania z tą lekarką zostały jakieś dwie godziny. Może w tym czasie dowiem się od Rexa coś więcej o tym miejscu. W końcu sama nie wiedziałam ile dni tu spędzę. Zabrali mnie tutaj w celu sprawdzenia moich "mocy" jak powiedziała doktor Holiday. Przynajmniej w tym celu będzie przeprowadzać jakieś badania. Nie zamierzałam być królikiem doświadczalnym.
Zaburczało mi w brzuchu, ale zignorowałam to. Rozejrzałam się po pokoju, który należał do Rexa. Był ładnie urządzony w widocznie męskim stylu. W rogu stało pojedyncze łóżko, które z pewnością nie pomieściłoby więcej niż jednej osoby. Ciekawa byłam czy sam urządzał to miejsce.
-Długo tutaj jesteś? Mam na myśli czy długo tutaj mieszkasz i żyjesz i czym się zajmujesz jak nie musisz ratować ludzi skażonych zmutowanymi nanitami...- zapytałam poważnie. Założyłam ręce na piersi opierając się wygodniej na fotelu.
Nie mógł tutaj mieszkać całe życie, każdy miał swoją historię. Jeśli mu przyjdzie poznać moją to i ja będę zmuszona poznać jego. Nie pozostanę dłużna.
Rex
Uśmiechnąłem się delikatnie kiedy dziewczyna wróciła do mojego pokoju. Chciałem, aby chociaż trochę dobrze poczuła się w tym miejscu i nie musiała się tym wszystkim przejmować. Dzisiejszy dzień nie był łatwy. Najpierw straciła jedyną osobę, której mogła zaufać, a teraz wywieziono ją do nieznanego miejsca daleko od domu, midzy ludzi, których widzi po raz pierwszy na oczy. Na pewno nie było to łatwe.
Na początek musiała się dobadać z Białym Rycerze, a to było jednym z trudniejszych zadań. Nie jest on skłonny od tak wszystkich przyjmować do pracy. Chociaż w tym wypadku można trudno mówić o pracy, skoro nawet nie mamy za to wypłaty. Jedyne co gwarantują takim jak ja to schronienie, jedzenie oraz gwarancję, że nie będę następnym evo jakiego zechcą zlikwidować. Biały Rycarz nie ufał nikomu, a przede wszystkim nie ufał evo. Nienawidził takich jak ja i zawsze obserwował każdy ruch, tłumacząc się bezpieczeństwem innych ludzi. Prawda była taka, że gardził evo a tacy jak ja byli mu potrzebni jedynie po to, aby łatwiej było ich usunąc. Miał nas jedynie za potwory, które w każdej chwili mogły stać się zagrożeniem dla innych ludzi.
-To była właśnie doktor Holiday. Dużo wie o evo oraz o naszych zdolnościach. Można powiedzieć, że jest również moim osobistym lekarzem, który pomaga mi z nanitami. Można na niej polegać. Holiday i Szósty są jedynymi bliskimi mi osobami. - powiedziałem ze spokojem w głosie.
Zastanawiało mnie, dlaczego aż tyle chciała o mnie wiedzieć. Może aż za bardzo. Wolałem to zrzucić na brak zaufania do mojej osoby, jednak nie byłem co do tego przekonany. Dziewczyna wydawała się zbyt dziwna w swojej ciekawości.
-Jestem tutaj od dwóch lat, odkąd mnie znaleziono. Jeśli nie mam wezwania właściwie robię co chcę, póki nie przeszkadzam Providence w pracy. Najważniejsze jest wykonanie swojego zadania i uratowanie ludzi. - o fakcie, że nawet w czasie wolnego agenci providence mnie obserwowalo wolałem nie wspominać. Byłem ostatnią osobą, której Biały mógłby zaufać, dlatego ciągle mnie kontrolował i nawet na chwilę nie spuszczał z oczu. Działo się tak od pierwszego dnia mojego pobytu tutaj, z czasem nawet przyzwyczaiłem się do tego faktu. Będąc pomiędzy ludźmi cały czas mięli na mnie oko.
Valentina
Nie byłam przekonana czy tutaj jest całkowicie bezpiecznie. Oparłam się wygodniej w fotelu i ziewnęłam przeciągle. Byłam strasznie zmęczona przez całą tą sytuację, a jeszcze fakt, że straciłam jedyną osobę, którą mogłam nazwać swoją rodziną nie polepszał sprawy. Wszystko było w tym miejscu zagmatwane i niebezpieczne. Nie ufałam nikomu, a tylko Rex sprawiał wrażenie jakby nie chciał mojej śmierci. Po głosie ta cała doktor Holiday także nie brzmiała jakoś okropnie, ale takie zawsze były najgorsze. Nie ważne, że pomagała komukolwiek w czymkolwiek. Dopiero jeśli mnie przekona, że jest godna zaufania będę w stanie z nią rozmawiać neutralnie.
-Widzę, że nie miałeś zbyt szczęśliwego życia skoro masz tylko dwoje zaufanych ludzi. Przynajmniej masz kogoś... Ja już nie mam tego luksusu. Nie spodziewałam się, że sprawy potoczą się tak szybko oraz że to wszystko się wydarzy. Na przeszłość jednak nie mam wpływu- powiedziałam poważnie patrząc na chłopaka spod na wpół przymkniętych powiek. Skoro był tutaj tylko dwa lata to gdzie byli jego rodzice? Co się z nimi stało? Czy szósty był jakąś częścią jego rodziny? A może tak jak Pierwszy mną, Szósty opiekował się Rexem? Takie życie nie wydawało się złe, ale było. Puste, smutne i nieprzyjemne o ile się nie miało bliskich.
-Rozumiem, ale nie sądzę abym ja miała być wam przydatna. Nie zamierzam też tu zostać nie wiadomo jak długo. Wolę radzić sobie sama, kiedyś to było dla mnie naturalne dopóki nie poznałam Pierwszego. Mam nadzieję, że za kilka dni będę mogła odejść.- mruknęłam cicho wykładając się wygodniej w fotelu. Byłam zmęczona i nie zamierzałam z tym walczyć. Przymknęłam oczy i otuliłam się ramionami. Nie przeszkadzało mi nawet, że jestem w obcym miejscu, z osobami których nawet nie znam. Mój słuch jednak nigdy mnie nie zawiódł. Jeśli ktoś by się zbliżał to wiedziałabym o tym nawet podczas snu. Wyszeptałam ciche "dobranoc" i już po chwili drzemałam w najlepsze nie przejmując się nikim ani niczym. Sen jaki przyszedł nie był najszczęśliwszy. Powiedziałabym nawet, że straszny. Musiałam na nowo przeżywać ten okropny poranek i śmierć Pierwszego.
