sobota, 16 grudnia 2017

Nanity cz.3

Rex

-Nie myślicie chyba, że zostawię moją nową przyjaciółkę na pożarcie Białego? Idę z wami. Muszę wiedzieć co facet dokładnie zadecyduje, aby mój nową wspierać. - powiedziałem stanowczo. Kiedy już ruszyliśmy, delikatnie uśmiechnąłem się do dziewczyny. - Nie martw się, będę przy dobie. Odpowiedzialność za wcześniejszą ucieczkę biorę całkowicie za siebie, więc nie musisz się niczym przejmować. Wbrew pozorom nie jest tutaj aż tak źle. - wyszeptałem do niej, aby chociaż trochę pocieszyć dziewczynę. Była miła i nawet mi się spodobała, dlatego nie chciałem zostawiać jej tutaj samej. Nieobeznana w zasadach panujących w tym miejscu na pewno szybko by trafiła do Białego na dywanik, dlatego był jej potrzebny ktoś, kto wszystko wytłumaczy. Oczywiście tym kimś zamierzałem być ja. Mały flirt w międzyczasie też nikomu nie zaszkodzi. Przynajmniej miło spędzimy czas i się zabawimy. 
W końcu dotarliśmy do gabinetu, w którym miał nas przyjąć Biały Rycerz. Gabinetu, a raczej zwykłej prowizorki. Było to niewielkie pomieszczenie z białymi ścianami a na środku największej ściany wisiał ekran. Po chwili zobaczyliśmy twarz Białego. 
Tak naprawdę nikt nie wiedział gdzie facet miał swój gabinet. Jedynie najbardziej zaufani posiadali takie informacje. Tłumaczył się bezpieczeństwem, jako, że jest tutaj najważniejszą osobą, jednak każdy wiedział, że zwyczajnie nie chciał zarazić się nanitami. Od czasu  "wypadku" był całkowicie czysty. Tak właściwie miał obsesję na punkcie Evo i sam nie chciał się nim stać. Ani trochę nie wiedział jak działały nanity. 
-Rex, jak miło cię znowu zobaczyć. - powiedział mężczyzna nieprzyjemnym tonem. Ubrany był w biały garnitur oraz miał śnieżnobiałe włosy. Raczej nie będzie zbyt dużym zaskoczeniem jeśli powiem, że był w białym gabinecie z białymi meblami. Facet zdecydowanie miał zbyt dużą obsesję na tym punkcie. Zdecydowanie za bardzo przesadzał z czystością. Nawet jedzenie, które mu podawano, musiało być peerfekcyjnie oczyszczone i przebadane, aby nie zawierały ani jednego nanitu. -Zaledwie wczoraj się widzieliśmy. W tym czasie zdążyłeś już zepsuć misję i zacząć działać na własną rękę ignorując rozkazy, wymknałeś się w nocy, przyprowadziłeś tutaj jakąś dziewuchę, ukrywałeś ją i do tego uciekałeś, kiedy kazałem ją przyprowadzić. Z dnia na dzień sprawiasz coraz więcej problemów. - odparł zdenerwowany, jednak szybko postarał się uspokoić. Najważniejsze, że dziewczyny nie obwiniał za to, że spotkanie opóźniło się. Jeszcze by brakowało, aby przeze mnie miała problemy na samym starcie. Tak naprawdę nie była niczemu winna. Na słowa Białego wzruszyłem jedynie niechętnie ramionami.

Valentina

Byłam mu wdzięczna za towarzystwo, ale nie musiał o tym wiedzieć. W końcu o to nie prosiłam więc nie byłam raczej nic dłużna. Uśmiechnęłam się jedynie kącikiem ust i szłam za półgłówkami w bliżej nieokreślonym kierunku. Jeśli ten ich Przywódca chciał ze mną rozmawiać to równie dobrze sam mógł się do mnie pofatygować. Nie byłam jakimś niewolnikiem, który miał się zjawiać wtedy kiedy go wołano.
Nie powiedziałam tego jednak. Swoje przemyślenia wolałam zachować dla siebie. Nigdy nie miało się pojęcia na kogo się trafi, ani jak te informacje postanowią wykorzystać przeciwko nam. Rex nie wydawał się zły, ale nie wszystko wydawało się niewłaściwe na pierwszy rzut oka. Z drugiej strony próbował mnie chronić i nie miałam żadnych podstaw aby mu nie zaufać. Oprócz tajemniczego listu od Pierwszego, ale może on nie znał Rexa... Poza tym ten chłopak próbował go uratować, a to musiało coś znaczyć. Odetchnęłam głęboko. Weszliśmy do dziwnego pokoju w którym znajdował się tylko duży ekran, który po paru sekundach zaświecił się, a na samym środku pojawił się jakiś mężczyzna. Wszystko co go otaczało było w kolorze białym. Nawet jego ubranie i włosy były dokładnie w tym odcieniu. Wydało mi się to co najmniej chore. Uniosłam jedną brew widząc, że ten człowiek bez żadnego powodu naskoczył na chłopaka, który jako jedyny był tu dla mnie miły. Jeszcze nie postanowiłam co począć w stosunku do niego, ale nie zamierzałam też dać nim pomiatać. Byłam mu to winna przynajmniej za próbę uratowania mojego opiekuna.
-Ta dziewucha po pierwsze ma imię. Jeśli już chciał się "pan" ze mną widzieć to nie wydaje mi się aby był potrzebny ten nieuprzejmy ton. Poza tym nie jest winą Rexa niepowodzenie misji, a dobór ludzi jakich "pan" do niej wybrał. Przypadkowych zbirów z ulicy?- powiedziałam z wyraźnym lekceważeniem w głosie- skoro i tak nie chcesz mnie tu widzieć to może wypuścisz mnie i dasz spokój?
. Tak naprawdę to ten człowiek był odpowiedzialny za śmierć mojej rodziny. On był przywódcą i on mógł to powstrzymać.
-Jak śmiesz się tak do mnie odzywać. Jesteś w tym miejscu nikim i to ja zdecyduje co z tobą zrobić. Nigdzie stąd nie pójdziesz, a od tej pory moi dwaj strażnicy będą cię pilnować aby zapobiec ewentualnej możliwości ucieczki. Twoje moce mogą okazać mi się niezbędne- warknął w moją stronę mężczyzna z ekranu, a za mną pojawiło się jeszcze dwóch strażników. Ci nie wyglądali na przygłupów. Wręcz przeciwnie... Sprawiali wrażenie jakby jednym ruchem mogli połamać kości w czyimś ciele jak małe zapałki. Nie dałam po sobie poznać strachu choć w duchu trzęsłam się cała. Należało stwarzać pozory czego Pierwszy uczył mnie przez całe moje życie. Nawet powieka mi nie drgnęła. Mężczyzna w białym garniturze zniknął z ekranu tak jakby nie należały mi się żadne wyjaśnienia. Założyłam ręce na piersiach i spojrzałam na moich "ochroniarzy". Musiał istnieć sposób aby się stąd wydostać! Swoim nierozważnym gadaniem pogrążyłam swoją i tak marną sytuację. I tak by mnie nie wypuścił (byłam tego absolutnie pewna), ale może obeszłoby się bez tych drabów...Teraz jednak nie było już odwrotu. Spojrzałam na Rexa i uśmiechnęłam się lekko. Przynajmniej ten biały idiota odpuścił sobie dalszą gadaninę i zostawił nas w spokoju.
-Odprowadzimy cię do twojego pokoju- powiedział jeden z mężczyzn popychając mnie lekko do przodu. Miałam ochotę na niego nawrzeszczeć, ale darowałam to sobie. Miałam dość przygód jak na jeden dzień. Obawiałam się jednej rzeczy... Czy moje torby będą na mnie czekać i czy nikt ich w tym czasie nie przeszukał. Kątem oka zerknęłam na chłopaka. Nie miałam szans na razie się stąd wydostać i wyglądało na to, że spędzimy razem dużo czasu.


Rex

W końcu "audiencja" zakończyła się i mogliśmy w spokoju wrócić do swojego pokoju. Właściwie zastanawiało mnie gdzie będzie mieszkała od tej chwili Valentina. Nie przypominam sobie, abyś gdzieś były wolne pokoje. Zazwyczaj wypełniali je pracownikami i wszystkie koszta były wyliczone co do grosza. Być może zorganizują coś w przeciągu kilku godzin i dziewczyna będzie miała własny kąt w tym miejscu. Było to bardzo pomocne chwilami, móc od wszystkich się odizolować i poudawać, że jest się normalną osobą z normalnym życiem, bez żadnych zmartwień i walki z EVO.
-Panowie pozwolą, że porwę ją na chwilę. - powiedziałem głosem nie znoszącym sprzeciwu wyprzedzając ich znacznie, jednak nadal pozostając na ich widoku. Nie chciałem dzisiejszego dnia narażać dziewczyny na większy gniew naszego szefa.
Wziąłem dziewczynę pod rękę idąc do przodu. Na plecach cały czas czułem chłodny wzrok jej "nianiek".
-Dzięki za wstawienie się za mną, ale następnym razem tego nie mów. - powiedziałem nieco poważniej. W tej chwili przyszła pora na to, aby poznała kilka zasad, które panowały w tym miejscu. Bez tego na pewno długo nie przetrwa tutaj, a mogły one nie raz ocalić skórę. - Pamiętaj, ja mogę się wstawić za tobą, ponieważ znam Białego. Potrzebuje mnie, dlatego nawet jak narzeka, co najwyżej może mi dać nieszkodliwą karę. Ty natomiast jesteś tutaj świerzakiem. Powinnaś trzymać się zasad i nie wstawiać się za innymi, zwłaszcza jeśli właśnie dostali ochrzan. Może i Biały dąży do ochrony ludzkości, ale jest z niego bardzo nieprzyjemny typ. My dla niego jesteśmy jedynie zmodyfikowanymi maszynami, dlatego lepiej się nie narażać. Litość może poczuć jedynie w stosunku do tych, których uważa za ludzi. Nic z tym nie zrobimy, dlatego trzymamy się jego zasad. - mój ton był cały czas poważny. Powinna na serio wziąć moje słowa do serca, jeśli tylko zależało jej na życiu. Mnie dodatkowo ochraniał Szósty i Holiday, jednak nie miałem pojęcia czy i za nią by się wstawili. Mnie znali już od ponad roku, Valentina jednak była nowym nabytkiem. Znając Holiday na pewno by jej broniła, jednak Szóstego o wiele trudniej było rozszyfrować. W przeciwieństwie do pani doktor, był osobą mocno poznawioną uczuć. Właświcie nigdy nie zdażyło mi się widzieć jak się uśmiecha lub z czegoś cieszy. Każdego dnia na jego twarzy widniała ta sama kamienna, pozbawiona uczuć mina.
-Na chwilę możesz zatrzymać się u mnie, póki nie znajdą ci własnego pokoju. Pamiętaj, aby trzymać się blisko mnie, póki nie oswoisz się z tym miejscem. Ja mogę wychodzić poza mury Providence kiedy mam czas wolny, myślę jednak, że do ciebie nie mają aż tak dużego zaufania, aby na to pozwolić. -uśmiechnałem się delikatnie po tych słowach.

Valentina

Szłam spokojnie przed gorylami, którzy za zadanie mieli mnie pilnować. I tak nie miałam większego wyboru. Dałam się pociągnąć do przodu idąc pod rękę z Rexem. Uniosłam jedną brew słuchając jego słów. To, że byłam tutaj nowa nie znaczyło jeszcze, że można było mną pomiatać. Skoro on wolał tak żyć to jego problem i jego wybór. Oswobodziłam swoją rękę. Nie wiedziałam tak naprawdę po czyjej stronie stał. Mnie znał dzień. Nie miał żadnych powodów aby mi pomagać. Zrobiłam się podejrzliwa. Znał ludzi tutaj lepiej niż ja, na pewno miał znajomych. Czemu więc teraz był tu ze mną? Może czegoś ode mnie chciał? Jeśli tak to dowiem się czego. Będę to słyszeć nawet zza ścian.
-Czemu ty mi tak pomagasz co? Nawet się nie znamy... Poza tym nie jestem tutaj zgodnie ze swoją wolą chce ci przypomnieć. Jestem tu więźniem i jeszcze jak grzeczna owieczka mam przestrzegać zasad? Wolne sobie! Dla mnie ten człowiek jest nikim, wolny od nanitów czy też nie... -wszystko to powiedziałam szeptem tak aby tylko Rex mnie usłyszał. Zwolniłam na tyle aby moi tak zwani ochroniarze nas dogonili. Miałam się zachowywać tak jak oni chcieli i najlepiej jeszcze wykonywać rozkazy. Żałowałam z całego serca, że wsiadłam do tego cholernego samolotu.
-Wydaje mi się, że twój przywódca jasno dał ci do zrozumienia, że mu dziś podpadłeś...  Ta dziewczyna ma już pokój, w którym będzie mieszkać- powiedział jeden z osiłków,  a ja zrobiłam się w jednej chwili bardzo podejrzliwa. Chciałam zostać sama i to wszystko przemyśleć, a może i co nieco posłuchać... Szłam już dalej w milczeniu aż doszliśmy do wąskich brązowych drzwi. Zdziwiło mnie to, bo do tej pory każde drzwi wyglądały tak samo. Otworzyłam je jednym pchnięciem, ale środek nie zachęcił mnie do zostania tu. Jedno łóżko stało pod malutkim oknem. Drugim i ostatnim meblem była stara rozpadająca się komoda. Cudownie... Lepszej kwatery pewnie nie było. Spojrzałam na jednego z drabów. Uśmiechał się on nieprzyjemnie trzymając w ręce klucz. I niech ktoś mi powie że nie byłam więźniem. W pokoju panował nieprzyjemny chłód. Nie było nawet lampy tylko świeca na parapecie. Miałam mieszkać w gorszych warunkach niż nie jeden biedny człowiek. Spojrzałam na całą trójkę piorunującym spojrzeniem. Byłam wściekła. Dopiero teraz zauważyłam moją torbę w rogu pokoju, ale zapięta była inaczej niż ja to robiłam, a to znaczyło, że ktoś ją przeszukał. Na łóżku była cienka narzuta, która miała mnie ochronić przed zimnem. Nie ufaj nikomu... Coraz bardziej zaczynałam wierzyć w sens tych słów.


Rex

- Bo jesteś taka sama jak ja, to jest dla mnie wystarczający powód. - uśmiechnąłem się do niej zalotnie.Nie ufała mi i było to po niej widać. Nie oczekiwałem od niej jednak pełnego zaufania. Na razi wystraczy mi tyle, że nie wpada w żadne tarapaty. - Szósty musiał powiedzieć o twoich mocach, dlatego cię zatrzymali. Nie masz wyboru i właśnie dlatego powinnaś się dostosować, a przynajmniej na tyle, aby ci zaufali. Oni są inni, nie boją się Evo... Mają broń na każdego z nas. Nawet ja nie jestem w stanie im nic zrobić. Wystarczy jeden fałszywy ruch i się mnie pozbędą. Też byłem nowy w tym miejscu, więc wiem co to znaczy. Z roli kanalizacyjnego psa awansowałem na tajną broń i mogę wychodzić poza mury organizacji. Przemęczenie się z nimi kilka tygodni zdecydowanie było tego warte. Albo to, albo już do końca będzie się kundlem, który na odwalić brudną robotę. Jesteśmy tutaj jedynymi EVO, więc normalni ludzie nie mają dla nas szacunku. - mruknąłem pod nosem. - Oczywiście nie licząc naszego "zoo pupilków". To tam trafiają wszystkie EVO, których nie jestem w stanie leczyć,czekając na inne lekarstwo. Prawie naturalne środowisko, gdzie mogą wieść spokojne życie. Musisz je kiedyś zobaczyć, chyba, że boisz się kontaktu ze stworami, które kiedyś były krwiożerczymi bestiami. - uśmiechnąłem się zachęcająco. Nawet jeśli Providence nie było najlepszym miejscem, o którym można marzyć, posiadało wiele plusów. W przeciągu roku to miejsce bardzo się rozwineło i  było bardziej przyjazne zarażonym. Szkoda, że dotyczyło to jedynie pokrzywdzonych. Ci, którzy w pełni panowali nad swoimi mocami byli uważani za jeszcze większe potwory. Dlaczego? Bo byli świadomi swojego postępowali. Providence takich potrafiło jedynie wykorzystywać do swoich celów albo eliminować, aby nie stwarzali większego zagrożenia. Właśnie dlatego tacy chowali się.
-Widzimy się jutro. Podrzucę ci później jakąś ciepłą pościel, żebyś nie zamarzła tam. Zapewne oni nie zrobią tego z własnej woli. - powiedziałem radośnie, całkowicie ignorując słowa jej goryli. - Wyśpij się lepiej. Możesz mieć ciężki dzień. - powiedziałem na odchodne.

Valentina

-Nie jestem taka jak ty... Ja nie jestem grzecznym pieskiem czekającym z niecierpliwością na następną komendę...-powiedziałam cicho do Rexa. Miałam zostać w tym obskurnym pokoiku sama... Do tej pory nawet nic nie dostałam do jedzenia. Przy dobrych wiatrach w plecaku znajdę kilka batonów. Mogłam się założyć, że warunki w jakich żył ten chłopak były o wiele lepsze niż stare łóżko i nieszczelne okno. Nie potrzebowałam litości ani pomocy. Usiadłam na łóżku. Zostałam sama, a za drzwiami usłyszałam dość wyraźne przekręcenie klucza w zamku. Zadrżałam kiedy zimny powiew wpadł do pokoju. Podeszłam do swojej torby, ale niestety... Pieniądze, broń, a nawet jedzenie zostało wyciągnięte. Jedyne co mi zostawili to były ubrania. Powiedzieć, że byłam wściekła do mało powiedziane. Wzięłam do ręki dwie stare koszulki, które miałam nadzieję, już mi się nie przydadzą i uszczelniłam nimi okno. Było zimno, ale już nie wiało. Położyłam się pod cienką narzutą.
I niech mi ktoś teraz powie, że nie jestem tutaj więźniem...! Nikt nie prosił, aby ktoś o mnie coś opowiadał. Uspokoiłam oddech i wytężyłam słuch. Na pewno uda mi się coś usłyszeć. Dopiero po jakichś dziesięciu minutach udało mi się wychwycić stłumione głosy. Musieli być daleko, ale na szczęście z każdą chwilą coraz bliżej.
-Nie wróżę jej łatwego życia...
-Biały, na sto procent już coś dla niej przygotował
-Jasne, jeśli nie wykorzysta jej jak broni to po prostu się jej pozbędzie, przecież nie pierwszy raz mamy do czynienia z EVO
-Niby tak, ale skoro włada ogniem to można by ją...
Więcej nie byłam w stanie usłyszeć. Mimo, że przez chwilę ta dwójka się przybliżała to nagle jakby zniknęła. Musieli zjechać niżej lub wjechać wyżej. Nie widziałam innego wytłumaczenia. Westchnęłam cicho. Tak w skrócie zapowiadała się moja przyszłość? Nie dam im tej satysfakcji i nie będę wykonywać poleceń. Nie w takich warunkach. Mogli być nawet Bogami, ale nie mieli prawa traktować mnie w ten sposób. Kilka godzin później podczas mojego bezsensownego gapienia się w sufit i liczenia pęknięć znowu usłyszałam głosy. Dopiero teraz, bo wcześniej moi "ochroniarze" nie wypowiedzieli nawet słowa. Nie przysłuchiwałam się za bardzo, ale wyłapałam jedynie krótką i gwałtowną odmowę po czym znów zapadła cisza. Zamknęłam oczy. Byłam zmęczona i zmarznięta. Po chwili odpłynęłam do krainy snu. Rex z ciepłą pościelą się nie pojawił, ale nawet na to nie liczyłam. Jak na razie byłam bardziej przekonana, że mimo iż czasem się buntuje to grzecznie wykonuje wszystkie polecenia. Byłam dla niego nowo poznaną osobą. Nie miał wobec mnie żadnych zobowiązań tak jak ja wobec niego. Pomógł mi raz i tyle... Nie znaczyło to jeszcze, że rzucę mu się do stóp i zacznę dziękować. Nie miałam pojęcia co mnie czeka.


Rex

Przez cały czas mnie pilnowali, nawet na sukundę nie spuszczając z oczu. Zapewne Biały był bardziej czujny, aby dziewczyna nie uciekła stąd z moją pomocą. Znałem każdą drogę, którą możnaby stąd wyjść. Jednak nie mógłbym zrobić tego Valentinie. Wiedziałem, że szybko by ją wytropili i się jej pozbyli. Jedyny sposób aby mogła stąd odejść to było pozbycie się nanitów z jej ciała. Była to bardzo dobra myśl i mógłbym szybko jej pomóc. Jeśli tylko była uleczalna... Musiałbym dysckretnie złożyć jej tą propozycję, aby się na mnie nie zezłościła. Tylko czy sama by tego chciała? Nie wiedziałem na ile moce były dla niej ważne. Byli tacy, którzy nie chceli się ich wyrzekać i doskonale ich rozumiałem. Sam nie byłbym w stanie żyć bez nanitów. Nie wyobrażałem sobie siebie w takim zwykłym życiu.
Nawet na stołówce mnie obserwowali, czułem to. Nie robili tego jawnie, ale byłem świadom tego, że nie spuszczają mnie z oczu. Musiałem zachować czujność i nie dać niczego po sobie poznać.
Nigdzie nie zauważyłem dziewczyny. Zapewne nie wypuścili jej z pokoju, aby chociaż zjadła kolację przed snem. Własciwie od początku dnia niczego nie jadła. Na pewno musiała być głodna i spragniona.
Udało mi się schować cześć kolacji, udając, że chcę ją zabrać ze sobą do pokoju. I tak też było. Pośpiesznie wróciłem z talerzem do siebie, zamykając drzwi na zamek, aby nikt nie pożądany nie wchodził do środka.
Wziąłem do ręki ciepły koc oraz szczelnie zapakowałem jedzenie, aby nie wystygło zbyt szybko. Usunałem kratkę wentylacyjną i szybko wśliznąłem się do środka. Na sczzęślie byłem w stanie zmieścić się do środka. Ostatnimi czasy był to idealny sposób, aby poruszać się po budynku niepostrzeżenie. W końcu udało mi się dotrzeć do pokoju Valentiny.
Jak najciszej odkręciłem śruby w kracie wślizgując się do jej pokoju. Byłem dokładnie pod łóżkiem. Dziewczyna w tym czasie była już pogrążona we śnie, a na jej twarzy malowało się wycieńczenie. Wolałem jej nie budzić dzisiejszej nocy. I ona zasługiwała na sen.
Przykryłem ją dokładnie ciepłym kocem. Szybko wtuliła się w puchaty materiał, zapewne nieświadoma tego co robi. Talerz położyłem na niewielkim stoliku. Tak szybko jak się pojawiłem, tak też zniknąłem, jakby nigdy mnie tu nie było.
Wróciłem do swojego pokoju kładąc się do łóżka.

Valentina

Miałam wrażenie, że w ogóle nie spałam. Za oknem było jeszcze ciemno, a w głowie mi dudniło. Podniosłam się ciężko rozglądając dookoła. Dopiero po chwili przypomniałam sobie gdzie się znajduje i że jestem w pułapce. Podciągnęłam nogi pod brodę. W rękach ścisnęłam mocno gruby koc. Chwilą... Koc? Mogłabym przysiąc, że jak się kładłam nie było żadnego. Coś delikatnie zapachniało. Podniosłam się szybko z łóżka chcąc zlokalizować źródło zapachu. W końcu znalazłam szczelnie owinięty talerz. Delikatnie ściągnęłam folie z góry. W naczyniu znajdowała się porcja ziemniaków i duży kawałek mięsa. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego posiłku zwłaszcza, że byłam głodna jak wilk. Wszystko zniknęło w mgnieniu oka, a ja choć troszkę napełniłam żołądek. Ciekawiło mnie kto to tu przyniósł i jedyną osobą, która przychodziła mi do głowy to Rex. Byłam mu ogromnie wdzięczna. Zadał sobie tyle trudu, a ja na niego prawie nawrzeszczałam.
Jako jedyny podał mi pomocną dłoń. Drzwi pokoju otworzyły się gwałtownie, a w progu stanął jeden z osiłków.
- Ruszaj się... Mamy dla ciebie robotę - miałam ochotę prychnąć na ten protekcjonalny ton. Rozkazywał mu jakbym była co najmniej jego własnością. Podeszłam powoli do niego. Opór był bezcelowy skoro mężczyzna był ode mnie silniejszy. Bez trudu zaciągnął by mnie dokładnie tam gdzie chciał. Było to trochę przerażające, ale zawsze mogłam się bronić. Oczywiście nikt nie zaprowadził mnie na żadną stołówkę, ani nie dał ubrań na zmianę. Miałam nadzieję, że to co dostałam wystarczy na cały dzień. Nie było wyboru. Kroczyliśmy powoli pustym korytarzem. Musiało być wcześnie rano skoro nikt nie był jeszcze na nogach. Ciekawiło mnie jakie mieli plany wobec mnie. Nie znałam żadnego miejsca, które mijaliśmy. W głowie starałam się układać jakiś plan i liczyłam kroki. Czterdzieści kroków i skręt w prawo, a potem trzydzieści kroków prosto... Wszystko mi się powoli zaczynało mieszać.
- Rusz się - zostałam popchnięta przez co prawie straciła równowagę. Ręką przytrzymałam się ściany aby nie upaść. Miałam ochotę ich zwyzywać jednak najpierw musiałam zbadać sytuację.


Rex

Rozciągnąłem się kiedy zadzwonił mój budzik. Nienawidzę wstawać o tak wczesnych porach, zwłaszcza jeśli tak późno chodzę spać. Kazać komuś iść na misję o tej godzinie podchodziło pod znęcanie się nad innymi. Mimo wszystko było to trochę dziwne.
Już nie raz zrywano mnie do roboty o wczesnych porach, niekiedy nawet w środku nocy, ale każde z dych wezwań było nagłe. Evo mogły pojawić się w każdej chwili i trudno było coś takiego przewidzieć. My mogliśmy jedynie szybko reagować, aby nie ucierpiało zbyt wielu ludzi. A teraz? Misja zaplanowana jeszcze poprzedniego dnia, do tego nikt nie powiedział o co w tym wszytskim chodziło. Nawet nie miałem pojęcia co powinienem w tedy robić.
Darowałem sobie śniadanie, aby kolejny dzień nie spóźnić się kiedy mnie wzywano. W końcu nawet Biały kiedyś straci do mnie cierpliwość, bez względu na to, jakie mam moce i w czym mogę pomóc. O tej godzinie każdy jeszcze spał, dlatego sam musiałbym przyrządzić sobie posiłek. Kulinarnym mistrzem nie byłem, dlatego to odpadało. Przygotowanie czegoś jadalnego zabrałoby więcej czasu niż posiadałem.
10 minut do zbiórki. Tylko tyle mi zostało, aby się ubrać i spakować potrzebne rzeczy. Biegiem pobiegłem do łazienki, aby szybko się ubrać. Naciągnąłem na siebie wymięte ubrania, które jeszcze niedawno się suszyły. Raczej nie należałem do osób, które zwracały uwagę na wygląd ubrań. Bluza była jeszcze wilgotna od dołu. Nie było już czasu na zmianę. Nawet nie miałęm zbyt wiele ubrań na zmianę. Jeśli chodzi o ubiór, Providence za bardzo nie obchodziło czy Evo-pomocnicy mieli w czym chodzić. Samo proszenie ich o nowy ubiór, kiedy poprzedni został zniszczony w czasie misji, zajmowało dosłownie wieku. To musiało mi wystarczyć.
Do plecaka wrzuciłem najpotrzebniejsze rzeczy i szybko wybiegłem ze swojego pokoju. Tym razem musiałem zdążyć.
Zatrzymałem się kiedy przede mną pojawił się osiłek. Tuż obok niego wędrowała nowa mieszkanka Providence. Przywitałem się z nią skinieniem głowy oraz puściłem w jej kierunku oczko. Dzisiejszego dnia Valentina wyglądała nieco lepiej niż wczoraj. Miałem nadzieję, że najadła się posiłkiem i nie musiała iść na misję z pustym żołądkiem. Póki nie będzie im chociaż trochę posłuszna, wątpię, aby Biały zatroszczył się o to. Prędzej ją zagłodzi niż ulegnie. Właśnie do takich ludzi należał. W takim razie ktoś musiał troszczyć się o dziewczynę, aby nie padła z wycieńczenia.
-Skup się Rex. Na miejscu dostaniesz dokładne instrukcje. I tym razem masz się słuchać. Żadnego działania na własną rękę. - powiedział jak zawsze bez czułym głosem. Chyba za każdym razem to słyszałem. I tak kończyło się zupełnie inaczej.
-Jeszcze nad tym pomyślę. - mruknąłem z delikatnym uśmiechem.

Valentina

To wszystko okropnie mi się nie podobało. Nawet nie wiedziałam co miałam robić. Wszyscy byli tajemniczy, a jedyne co mogłam usłyszeć to "Zamknij się" oraz " Nie ty tu decydujesz". Jednym słowem miałam być posłuszna niezależnie od tego czego ci ludzie będą ode mnie oczekiwać i wykonywać każdy rozkaz z wielką żarliwością. Nie doczekanie! Czemu miałam robić coś wbrew sobie? Owszem mogli mnie torturować, ale co by na tym zyskali? Nie posiadałam żadnych informacji.
- Tym razem jest ich więcej... Zaatakowały północną część miasta. Musimy interweniować.- usłyszałam z głębi samolotu. Nikt oprócz mnie tego jednak nie słyszał. Nie zamierzałam się jednak dzielić jakimikolwiek informacjami. Nawet Rex nie był do końca godny zaufania. W końcu pomagał temu idiocie - Białemu. Samolubnemu, aroganckiemu i bez krzty współczucia typowi, który myślał, że jest niewiadomo jak potężny. Tak naprawdę był nikim, a tylko dzięki pieniadzą zdołał utrzymać się na tak wysokim poziomie i miał tyłu zwolenników.
- Jeśli będzie trzeba po prostu pozbędziemy się tej nowej. Nie potrzebujemy balastu - słuchałam dalej i aż zadrżałam na samą myśl. Zostałam niezbyt delikatnie wepchnięta do pojazdu, a za mną weszła reszta. Moje ręce zostały unieruchomione jakims żelastwem. Miałam ochotę prychnąć, ale nic nie zrobiłam. Spojrzałam tylko przelotnie na Rexa. Nadal nie rozumiałam czemu mi tak pomagał skoro nie miał w tym żadnego interesu. Może to także było tylko po to aby zdobyć moje zaufanie? Porzuciłam jednak na razie tą myśl. Od razu bylo widac że Rex i strażnicy nie za bardzo się lubią. Wyjrzalam przez okno. Widok z góry lekko mnie przerażał i fascynował. Podczas ostatniego razu nie miałam okazji się przyjrzeć. Zostawiliśmy bazę daleko za sobą. Może gdyby udało mi się uciec... Sama nie wiedziałam co mnie czeka. Walka? Jak na razie przywiązana musiałam siedzieć w jednym miejscu, a ludzie z bronią mogli się mnie pozbyć w każdej chwili. Po co mnie tu ciągnięto? Lecieliśmy bardzo długo. Zmęczona oparłam głowę o zimny metal. Innego wygodnego ułożenia nie znalazłam, a kajdanki zbyt mocno przypięte obcieraly moje nadgarstki. Westchnęłam cicho. Teraz już wszystkiego mogłam się spodziewać.


Rex

Wszedłem do samolotu, będąc tuż za dziewczyną. Usiadłem dokłądnie na przeciw niej. Nadal mnie intrygowała i przyciągała swoją uwagę. Była taka sama jak ja i to fascynowało mnie najbardziej. Zazwyczaj ci z przewagą nanitów raczej próbują mnie zabić, nawet jeśli są w stanie nad nimi panować. Nawet wśród swoich nie mogłem szukać wsparcia. Byliśmy podobni, może nie licząc tego, że wewnątrz mojego ciała tkwił nanit kontrolny, który utrzymywał w ryzach wszystkie moje nanity. Bez niego zapewne stałbym się takim samym potworem jak inni, podążając jedynie za instynktem. Nigdy bym nie chciał przeżyć czegoś takiego. Być wszystkiego świadom, ale nie móc kontrolować własnego ciała. Tacy byli jedynie niewolnikami w zdeformowanym ciele, nad którym nie mieli panowania.
-Uwolnijcie ją! Skoro ma z nami pracować, nie traktujcie jej jak więźnia. - uniosłem głos widząc jej kajdanki. Sądząc po zaczerwienieniach dookoła nich, na pewno nie były zbyt wygodne. Zerwałem się ze swojego miejsca, jednak szybko Szósty usadził mnie z powrotem na miejscu. Wzrokiem przekazał mi, że nie powinienem tego robić. Każdego z tych osiłków miałem ochotę przygwoździć do ściany lub wyrzucić z samolotu. - Przestańcie nas traktować jak bezmózgie potwory. - wysyczałem przez zęby. Biały nigdy nie pozwolił mi zapomnieć, że właśnie tak Providence spostrzega Evo. Nie ważne było czy był mutantem czy nie, każdy był wrzucany do jednej szuflady. Każdy z nas był jedynie bezlitosnym potworem. Dlatego wszyscy zaczęli już się ukrywać lub co gorsza, walczyć przeciwko Providence. Powinniśmy pomagać takim osobom, właśnie po to powstała organizacja, ale Biały i jego obsesja na punkcie naniktów zadecydowali inaczej.
Spojrzałem groźnie na "goryli" prychając pod nosem. Wiedziałem, że przez mój bunt ucierpi również dziewczyna, a to było zbyt ryzykowne. Sama ściągała na siebie zbyt wiele problemów swoim zachowaniem.

Valentina

Nie odzywałam się przez całą drogę. Nadgarstki bolały od zbyt mocno zaciśniętych kajdanek obcierając skórę. Nikt nie zwracał na mnie większej uwagi, a przynajmniej taką miałam nadzieję. Nie miałam żadnych praw i byłam zdana na łaskę lub nie łaske znajdujących się dookoła ludzi. Nie wróżyło to dobrze mojej przyszłości. Chęć buntu nagle gdzieś że mnie uleciała. Przez podsłuchaną rozmowę zdałam sobie sprawę, że aby przeżyć muszę sprawiać wrażenie posłusznej. Tylko wtedy uda mi się uciec z tego miejsca. Może ta wspaniała chwila nadejdzie szybciej niż wszyscy myśleli... Gdyby tylko nadarzyła się odpowiednia okazja. Na pewno bym ją wykorzystała. Spojrzałam na Rexa siedzącego naprzeciwko mnie. Miał dokładnie tyle samo wolności chociaż nie był przywiązany. On ograniczony był jedynie mentalnie. Żył w tym miejscu, przyjmował ich zasady. Czy nie miał żadnej nadziei na normalne i szczęśliwe życie? Chciał tu spędzić resztę swoich dni? Moja przyszłość rysowała się w jeden sposób. Jeśli nie zginę tu zabita przez żołnierzy to wykończą mnie EVO. Byłam jednak w stanie spróbować przeżyć sama. Czynienie rzeczy nie zgodnych ze swoją naturą czyniło z ludzi pozbawionych skrupułów potwory. Wyjrzałam przez okno. W końcu po kilku godzinach pojazd zniżał się do lądowania. Czy powinnam nadal pozostać spokojna? A może należało jak najszybciej to zakończyć i sprowokować tych mężczyzn do morderstwa? Nie zamierzałam być niczyją marionetką.
- Biały ma co do niej jakieś plany... Tak słyszałem. Lepiej na nią uważać o ile nie chcemy stracic głów- znowu usłyszałam rozmowę tych samych ludzi. Zacisnęłam mocno dłonie w pięści przez co kajdanki mocniej wbiły się w ciało.
- Idziemy! - warknął jeden z goryli ściągając z jednej dłoni kajdanki tylko po to aby po chwili gdy stałam już na nogach założyć mi je ponownie. Korciło mnie aby przetopić je i się uwolnic to jednak na razie pozostawiłam na czarną godzinę. Wyprowadzono mnie z samolotu. Oślepiło mnie światło słoneczne. Przez kilka sekund nie mogłam nic dotrzeć. Dopiero po chwili zobaczyłam zarysy domów i dziwnie chodzących istot. Nie miałam pojęcia gdzie zostałam wywieziona, ale ani trochę mi się to nie podobalo.

Rex

Siedziałem niespokojnie zespuszczona glowa. Coraz mniej podobalo mi sie ich podejscie. Zawsze byli do takich jak ja wrogo nastawieni, ale nie mogli nas traktowac jak zwierzeta. Tez bylismy ludzmi. I nadal nimi jestesmy. Nawet evo mialo prawo do zycia, wiec dlaczego oni ich nie szanowali? Niektore z nich byly niebezpieczne, ale wiekszosc dalo sie uratowac. Tylko dlatego dla nich pracowalem i znosilem to wszystko. Dla doktor holiday bylem nadzieja na lepszy swiat. Tylko to trzymalo mnie w tym miejscu. Bialy zawsze powtarzal, ze moge odejść kiedy chce, ale nie wierzyłem w jego słowa. Moglem zeobic zbyt wiele, a z jego nieufnościa na pewno myslal, ze zmienilbym sie w potwora.
W koncu dotarlismy na miejscw. Westchnalem cicho widzac wioskę zamieszkala przez same evo. Nanity musialh rozprzestrzeniac sie naprawde szybko i jeszczw szybciej sie namnazac, skoro zmienily az tylu ludzi. Widok byl straszny. Evo zachowywaly sie jak zombie, ktoee bez celi krazyly po ulicach. Zapewne wystarczylby jeden intruz a aeuszylyby do ataku.
-Dawno nie widzialem czegoś takiego. Nanity w tym miejscu sa jak epidemia. -rulnalem pod nosem.
-wyczuwasz cos Rex- zapytal szósty, stajac obok mnie z kamienna twarza. W glebi wiedziałem, ze sam byl przerażony tym widokiem.
-Nanity... Duzo burzliwych i niestabilnych nanitow... Jakby krzyczały chciac wedzec sie do umyslu kazdej osoby. - powiedzialwm zmartwiony.
Misja nie bedzie nalezala do latwych. Trzeba było sie bronić, leczyc zaraxonych i jak najszybciej odizolowac ich od reszty evo, aby znowu sie nie przemienili. Misja prawie niemożliwa.
-Wlasnie dlatego pojsziwsz tam z dziewczyną. Juz jestescie potworami, wiec sie tym zamiecie. Nie będziemy ryzykowac swoim życiem. - burknal jeden z osilkow Bialego. Mialem do wyboru zgodzic sie na meczarnie i probiwac ratowac tych ludzi, albo pozwolic, abg zniszczylo cala wioske...
-Pojde tam sam. Valentina nie wie jak obchodzic sie z takimi evo.  - powoedzialem stanowczo.
Nie moglem pozwolic na to, aby tam poszla. Ten typ evo dzialal jak stado, ktore porozumiewalo sie tematycznie. Bylo agresywne i w kazdej chwili gotowe do ataku, aby bronjc terytorium. Dzialali jak jeden organizm. Jeden nanit podzielony na tysiace części...
Z nog stworzylem pojazd przypominajacy motor od razu ruszajac w stone miasta. Poki holiday widziala we mnie nadzieje, mialem sile, aby zwalczyc te nanity i uwolnic zniewolonych ludzi.

Valentina

Rozglądałam się uważnie dookoła próbując ocenić swoje szanse. Jak na mój gust były znikome. Wylądowaliśmy w dziwnym miejscu, a raczej wiosce, która bynajmniej nie wyglądała na opuszczoną. Wszędzie roiło się od obrzydliwych potworów. Przełknęłam ciężko ślinę. Przecież i ja mogłam wyglądać w ten sposób jeśli nie opanuje swoich mocy. Kiedy nie panowałam nad swoimi emocjami to ogień brał nade mną górę. Pierwszy zawsze powtarzał mi, że muszę trzymać wszystkie uczucia na wodzy. Nie afiszować się z nimi, starać się uspokoić i zdusić zbyt silne emocje. Gdybym sobie nie potrafiła z nimi poradzić ogień strawiłby nie tylko moich wrogów, ale i mnie. Odetchnęłam głęboko przywołując na twarz spokój. Uspokoiłam bicie serca. Milczałam. W ciszy wpatrywałam się w swoich strażników co chwilę przenosząc swoje spojrzenie na Rexa. Czy oni chcieli abym tam weszła? Przecież te stwory rozszarpałyby mnie na strzępy kiedy tylko bym się do nich zbliżyła.
-Rex! Nie ty tutaj decydujesz, a Biały wyraził się jasno. Ona ma wziąć w tym udział! - krzyknął za nim Szósty, ale Rex nie słuchał. Odjechał nim zdążyłam otworzyć usta i zaprotestować. Miałam nadzieję, że w takim wypadku nie zechcą posyłać mnie prosto w paszcze wygłodniałych potworów. Nie chciałam ich tak traktować, w końcu kiedyś także byli ludźmi, ale w tym momencie strach owładnął całe moje ciało. Dłonie stały się cieplejsze i wiedziałam, że tracę kontrolę. Zacisnęłam mocno dłonie w pięści i wypuściłam powoli powietrze nosem próbując odzyskać rezon.
-To, że on odjechał nic nie znaczy. I tak masz tam pójść. Nie sprzeciwię się rozkazom. - szósty popchnął mnie do przodu. Na rękach nadal miałam kajdanki. Uniosłam dłonie i pytającym spojrzeniem wpatrywałam się w mężczyznę. Może uda mi się przy odrobinie szczęścia uciec. Nawet jeśli musiałabym wejść w ten tłum narażając się na śmierć. Czy lepsze było życie w zniewoleniu, czy śmierć na własnych warunkach? Mogłam sama wybrać jak zginę i na pewno nie stanie się to z ich rąk. Mężczyzna ściągnął metalowe kajdany i spojrzał na mnie zimnym wzrokiem. Nie rozumiałam jakim sposobem on i Rex znajdowali wspólny język. Przeszłam kilka kroków i zatrzymałam się. Obleciał mnie strach. Zacisnęłam oczy skupiając się na niebezpieczeństwie. Jak na razie EVO nie skupiało się na mnie. Wszyscy kierowali się w tą samą stronę. Uświadomiłam sobie, że tam właśnie musi być Rex. Szłam przed siebie wiedząc, że jeśli zawrócę oni pozbędą się mnie szybciej niż potwory przede mną. Z bronią palną nie mogłam nawet próbować walczyć. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi. Powłóczyłam noga za nogą co chwilę czując ciepło na rękach. Na razie głębokie oddechy pomagały. Raz po raz jakich Evo spoglądał na mnie po czym ruszał własną drogą. Niektóre zerkały wrogo, inne jeżyły sierść na karku gotowe do ataku. Nie było już drogi powrotnej. Jeden z zmienionych zbyt intensywnie mi się przyglądał. Jakby czegoś ode mnie chciał. Nadal nie dostrzegałam wyczarowanego przez chłopaka motorku, ani jego samego. W sumie to motorek przecież był jego ciałem... W myślach mi się mieszało. Evo zaczynały mnie okrążać zacieśniając swoje koło coraz bardziej. Myślałam, że idą przed siebie, a one powoli zwabiły mnie w pułapkę. Do kręgu dołączali nowi tym samym go zacieśniając. Już wiedziałam czego chciał ode mnie ten pożałowania godny przywódca. Było to ohydne, a jednak czułam że przewidział tą sytuację. Że zostanę sama bez pomocy, że będę musiała się bronić. Na razie trzymałam moce na wodzy nie chcąc ich wykorzystywać. Rozglądałam się uważnie próbując ocenić swoje szanse. Nie widziałam już niczego oprócz ciał Evo. Pozostawiły mi duże koło przestrzeni. Miałam wrażenie, że na coś czekają i nie bardzo chciałam się przekonywać co to takiego może być. Widziałam ich zaślinione pyski i puste oczy. Przerażający widok, który będzie nawiedzał mnie w koszmarach o ile to przeżyję. Potwory młóciły powietrze pazurami, a ja zauważyłam, że krąg niebezpiecznie zaczął się zmniejszać.


Rex

Cały czas pędziłem przed siebie. Musiałem jak najszybciej przemyśleć plan działania, w przeciwnym razie spędzę dożywocie w tym miejscu. Musiał być jakiś sposób, aby ich wszytskich wyleczyć. Nikt tego nie powiedział, jednak wiedziałem, że miałem czas maksymalnie do zachodu słońca. W przeciwnym razie Providence uzna to miejsce za zbyt niebiezpieczne i wszytskich zabije.
Evo cały czas podążały za mną. Czasami przyśpieszałem, kiedy niektóre z nich rzucały się do ataku. Z początku wygladały na bardzo powolne, jednak ani trochę ich nie doceniłem. Były szybsze niż mógłbym się początkowo spodziewać. Były urodzonymi drapieżnikami, które jedynie czekały na porcję uciekającego posiłku.
Zwolniłem kiedy uliczki zaczynały coraz bardziej pustoszeć. Stwory, które jeszcze przed chwilą mnie goniły, całkowicice z tego zrezygnowały. Niektóre z nich zaś przechodziły obok mnie, ani trochę się mną nie interesując. Rządziły nimi te same nanity, więc każdy z nich działał jak jeden organizm. To mogło oznaczać tylko tyle, że najważniejszy z nanitów obrał inny cel. Czyli nie mogłem być tutaj sam. Czy Providence było aż tak głupie, aby posłać tutaj Valentinę? Sam przez lata uczyłem się jak przetrwać w takich miejscach. Wymagało to ode mnie siły przetrwania, kontroli nad własnym strachem oraz umiejętnościami.
Przyśpieszyłem, aby dostać się do miejsca, w którym gromadziły się Evo. Nie zważałem na to, że stworów było coraz więcej, ani na to, że każdego z nich musiałem trącić i odpychać na bok, a nawet potrącić. Zdrowi zawsze byli najważniejsi.
Wbiłem się w sam krąg tracając i przewracając wszystkie Evo. Jedni gwałtownie się odsunęli, drudzy zaś runęli na ziemię nieprzyjemnie na mnie sycząc. Zignorowałem to. Przed moimi oczami ukazała się Valentina. Wziąłem ją szybko na ręce, zanim Evo ją dorwały. Czułem jak jej nanity niespokojnie przemieszczały się po całym jej ciele.
-Jedziemy stąd. Musimy znaleźć jakieś bezpieczne miejsce - rzuciłem niespokojnie przygladając się stworom. Większość z nich podnosiła się z miejsce. Oznaczało to, że trzeba było się wycofać. Odjechałem w poszukiwaniu bezpiecznej lokacji, gdzie chociaż na chwile moglibyśmy odetchnąć.\

Valentina

Miałam wrażenie, że nigdy się stąd nie uwolnię. Nie chciałam wykorzystywać swoich mocy. Jeśli bym wybuchnęła to wszyscy ci ludzie łącznie ze mną by zginęli. Dygotałam ze strachu. Evo coraz bardziej się do mnie zbliżało, a ja nie widziałam ani jednej, małej szansy na ucieczkę. Powoli traciłam nadzieję. Jeden z potworów zamachnął się na mnie ręką wbijając swoje pazury w moje ramie. Krzyknęłam cofając się gwałtownie. Ręka mi zapłonęła ogniem niemal natychmiast, a w następnej chwili po płomieniach nie było śladu. Evo cofnęło się przerażone i zaintrygowane. Do moich uszu dotarł dźwięk motoru. Oby tylko słuch mnie nie mylił! Odwróciłam się i prawie serce mi stanęło kiedy wylądowałam twarzą w twarz z jednym z mutantów. Poczułam na sobie czyjeś ręce, chciałam zacząć się wyrywać, ale wtedy dostrzegłam jego twarz. Uśmiechnęłam się słabo kiedy wyciągnął mnie z tego miejsca. Zostałam przytrzymana przez mocne ramiona i posadzona na motorze. Dopiero teraz poczułam krew na ramieniu. Nie było to głębokie zadrapanie, ale musiałam przyznać, że bolało. Na całe szczęście od tego nie umrę. Objęłam go w pasie i trzymałam go przez całą drogę. Co dziwne Rex ciągle się nie zatrzymywał. Wyjechaliśmy z miasteczka ciągle przemieszczając się na północ. W przeciwnym kierunku niż zostawiliśmy moich "oprawców" i pracowników Providence - chociaż dla mnie to było jedno i to samo. Na początku Evo ruszyło w pościg za nami, ale gdy dostrzegli, że nie mają szans nas dogonić poddali się i wróciło do swoich spraw.
-Dziękuję... Że zjawiłeś się tak szybko - powiedziałam cicho powoli się uspokajając. Ciągle jeszcze czułam jak nanity krążą po moim ciele nie mogąc się w żaden sposób uspokoić. Nie wróżyło to dobrze mojej przyszłości. W sytuacjach stwarzających zagrożenie traciłam panowanie nad sobą i nad mocami. Mogło się wydarzyć wszystko. Jednego jednak przerażało mnie jeszcze bardziej. Zostałam przysłana przez Białego do tego miasteczka tylko w jednym celu. Liczył, że stracę nad sobą kontrolę i nie pozbędę się niewygodnego problemu jakie stwarzały Evo w miasteczku, a przy okazji i ja nie byłabym zagrożeniem. Dziwnie czułam się będąc tak blisko Rexa. W końcu prawie się nie znaliśmy. Przyjechał jednak i uratował mnie, a wcześniej troszczył się o mnie w bazie. Chciałam mu zaufać - nadal miałam w głowie ostrzeżenie Pierwszego, ale Rex nie sprawiał wrażenia złego. Potrzebowałam tutaj kogoś kto mógłby mi pomóc. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała tam wrócić.
- Dlaczego mi pomagasz? - rozluźniłam uścisk chcąc znaleźć się trochę dalej. Jego bliskość krępowała mnie. Zachwiałam się lekko więc musiałam złapać go za koszulkę. W innym wypadku zleciałabym i złamałabym sobie kark.

sobota, 16 września 2017

Nanity cz.2


Rex

Spojrzałem na nią niepewnie. Zbyt dużo przeżyła dzisiejszego dnia i musiała oglądać śmierć jedynej jej bliskiej osoby. Nie tak to miało się potoczyć. Gdyby tylko tamci się nie wtrącili... Nie byłem w stanie pochłonąć tak dużej dawki nanitów jaką posiadał w sobie Pierwszy, ale nie znaczyło to, że miał zginąć. Mogliśmy zabrać go ze sobą i zapewnić bezpieczeństwo, póki nie odnajdziemy lekarstwa. Nie jednokrotnie tak robiliśmy. Ja tak robiłem. Właśnie w ten sposób powstało "zoo pupilków". Był to zamknięty i pilnie strzeżony rejon gdzie w spokoju mogły żyć evo, nie ważne czy kiedyś byli ludźmi czy zwierzętami. Każdy zasługiwał na to, aby go wyleczyć. Ci, którym nie byłem w stanie pomóc, trafiali do tego miejsca czekając, aż nauka znajdzie lekarstwo na nanity.
-Ja... Tak właściwie nie wiem jakie moje życie było wcześniej. Znaleziono mnie w opuszczonej wiosce, w której szalały evo. To ostatnie co pamiętam ze swojego życia. W tedy Szósty zabrał mnie do tego miejsca. - mruknąłem pod nosem. Nie lubiłem o tym rozmawiać. Niepamięć była dla mnie zbyt bolesna. Nie wiedziałem skąd pochodzę, kim jestem. Nigdy nie poznałem nawet swojej rodziny. Miałem w głowie jedynie pustkę, której nie byłem w stanie się pozbyć. Chciałem poznać swoją rodzinę, jeśli jeszcze gdzieś tam była. Nawet nie wiedziałem kiedy zostałem z nimi rozdzielony i jak wyglądali. A jeśli zostałem przez nich porzucony? I takie myśli niejednokrotnie chodziły po mojej głowie. Równie dobrze mogłem być niechcianym dzieckiem, odrzuconym przez to, że byłem niebezpiecznym evo. Wiele było takich przypadków. Zdrowi ludzie nie ufali takim jak my przez nasze moce.
-Myślę, że możesz nam bardzo pomóc w uzdrawianiu innych ludzi. Evo często atakują niewinnych, a naszym zadaniem jest ich powstrzymać i uleczyć. Tutaj nie jest aż tak źle.
Widziałem, że chwilę później dziewczyna usnęła. Otuliłem ją kocem, aby nie zmarzła w nocy. Zasługiwała na chwilę odpoczynku. Sam również położyłem się spać.
Obudziło mnie pukanie do drzwi, które rozległo się z samego rana. Był to Szósty, który miał przekazać wiadomość od doktor Holiday.  Mieliśmy się za chwilę u niej pokazać. Ja, aby mogła mnie przebadać po wczoraj i zbyt dużemu natężeniu nanitów w moim ciele oraz z dziewczyną, którą ze sobą zabraliśmy.


Valentina

Obudziłam się słysząc kroki zza drzwi. Ewidentnie był to mężczyzna. Chodził ciężko i głośno co świadczyło o pewności i oczywiście o wadze. Słuch mnie nie zawiódł i już po chwili widziałam tego samego mężczyznę co wczoraj, którego Rex nazywał swoją "rodziną" o ile można było tak nazwać ich relacje. Podniosłam się z fotela. Nie zamierzałam spędzić tutaj więcej czasu niż to było potrzebne. Miałam nawet nadzieję, że dzisiaj będę mogła stąd odejść. Nie łatwo będzie mi znaleźć nowe miejsce, w którym mogłabym zamieszkać i byłabym bezpieczna, ale na pewno nie było to niewykonalne. Spojrzałam na zaspanego chłopaka. Nic dziwnego, że był niewyspany. Nie chciałam mu współczuć, ale uczucie było silniejsze. Musiałam przyznać, że było mi go trochę szkoda. Po wczorajszym dniu musiał być wykończony. Natomiast ja starałam się za dużo nie myśleć. Myśli tylko przygnębiały, a na to nie mogłam sobie teraz pozwolić. Straciłam Pierwszego, ale jego śmierć nie mogła mi przysłonić racjonalnego myślenia. Ostrzegł mnie przed tym miejscem i jeżeli miałabym być ostrożna to tylko jeśli nie pogrążę się w smutku.
Mieliśmy teraz udać się do doktor Holiday. Nie uszczęśliwiało mnie jakoś specjalnie, ale nie chciałam już pierwszego dnia się buntować. Wolałam pozyskać zaufanie tych ludzi nawet jeśli ja im nie zamierzam ufać. Lepiej było mieć ludzi po swojej stronie. Jak to mówią... Przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Byle nie dopuścić ich za blisko siebie.
-Jak myślisz... Co zamierzają ze mną zrobić?- zapytałam Rexa. Nie wiedziałam też czy tak po prostu zechcą mnie stąd wypuścić. Nie miałam okazji się tutaj rozejrzeć, ale miejsce nie zachęcało aby w nim pozostać. Zastanawiał mnie również przywódca tego miejsca. Jeżeli chciałby się mnie pozbyć... Ważne było abym nie ujawniała swojej mocy związanej z ogniem.
-Czy mógłbyś nie mówić nikomu o... No wiesz... O moim ogniu? O tej mocy?- zapytałam chłopaka choć nie przypuszczałam, że się zgodzi. Zapewne robił wszystko co kazała mu ta organizacja i niczemu się nie sprzeciwiał. Jeżeli był posłusznym pieskiem to gorzej dla mnie. Mógłby chcieć się za dużo dowiedzieć o mnie i o moich mocach. Nie będzie łatwo je ukryć, ale przynajmniej będę się starała. Musiałam kontrolować tą moc... Mogła ona mnie rozsadzić od środka i zniszczyć wszystko w promieniu kilkunastu kilometrów. Byłam jak bomba, ale ani ja ani Pierwszy nie mogliśmy przewidzieć kiedy wybuchnę. Jedyną moją szansą było względne tłumienie ognia. Co do drugiej mojej mocy to wolałam aby pozostała tajemnicą, nawet przed Rexem. Słuch wyćwiczyłam do tego stopnia, że jeśli wystarczająco mocno się skupiłam to mogłam usłyszeć ludzi rozmawiających trzy pokoje dalej.
Weszłam do łazienki, przemyłam twarz po czym wróciłam do Rexa patrząc na niego wyczekująco. Miał ciemną skórę, która przyjemnie współgrała z jego czarnymi włosami. Chwila, moment... On był dla mnie zagrożeniem, nie powinnam się rozwodzić nad jego niezwykłą urodą. Odetchnęłam lekko. Wolałam mieć to spotkanie już za sobą. Niech zbadają co chcą zbadać i wypuszczą mnie na zewnątrz. Chciałam już być daleko stąd. Nie czułam się pewnie. Poprawiłam lekko dłonią włosy i podeszłam do drzwi czekając na chłopaka.


Rex

Bolało mnie całe ciało. I to dosłownie. Z ledwością byłem w stanie poruszyć chociażby małym palcem. Po raz pierwszy miałem okazję wchłonąć w swoje ciało aż tak dużą dawkę nanitów i  jak widać nie był to najlepszy pomysł. Co prawda nie miałem w sobie ich na tyle, aby zagrażały mojemu życiu, ale i tak zbyt wiele krążyło ich po moim ciele. Wiedziałem, że Holiday wsadzi mnie do tej dziwnej kapsuły, aby pozbyć się nadmiaru. Przez nie nie byłem nawet w stanie poprawnie funkcjonować. Nawe jak dla mnie było to zbyt wiele. Rzadko kiedy miałem okazję spotkać na swojej drodze kogoś, kto nie był uleczalny. Jedyną pozytywną myślą było to, że nieuleczalne Evo trafiały do naszego rezerwatu czkając aż zostanie wynalezione lekarstwo. Tylko tyle mogliśmy dla nich zrobić.
Dopiero teraz zorientowałem się, że całą noc przespałem w swoich ubraniach. Musiałem się śpieszyć, aby zdążyć na badania, dlatego też zignorowałem ten fakt. Ściągnąłem jedynie bluzkę, aby móc ją przeprać na czystą. Obecność dziewczyny ani trochę mnie nie krępowała, dlatego też nie bawiłem się w zasłanianie swojego ciała.
-To wie jedynie Biały Rycerz. Najpewniej cię stąd wypuszczą. Chyba, że zobaczą w tobie kogoś, kto może ci pomóc. W przeciwnym razie zapewne poproszą cię o pomoc. Providence próbuje pomagać zarażonym, dlatego też przyda się nam każda pomoc. - mimo zmęczenia uśmiechnąłem się szeroko. Naciągnąłem szybko na siebie świeżą koszulę. Po chwili byłem już gotowy do wyjścia. Szósty już dawno zniknął z pola mojego widzenia, pozostawiając po sobie jedynie informację. - Doktor Holiday przebada cię, aby sprawdzić twój stan zdrowia i stan nanitów w twoim ciele. Na pewno zobaczy, że panujesz nad nimi. Zapewne powinienem powiedzieć Białemu jakie posiadasz moce, ale... Nie powiedziałbym, że zbytnio za sobą przepadamy. Będzie o wiele zabawniej jeśli dowie się o tym w inny sposób niż ode mnie. Zapewne mi się za to oberwie, ale będzie warto zobaczyć jego zszokowaną minę. - prychnąłem cicho pod nosem. - Facet jest dosyć dziwny. Nigdy nie wychodzi ze swojego gabinetu, który jest jedynym pomieszczeniem nieskażonym nanitami. Podobno to jedyny człowiek, który jest od nich czysty. Żyje w zamknięciu odkąd tylko pamiętam. - uśmiechnąłem się do niej szeroko próbując jakoś pocieszyć. Nie wyglądała na kogoś, kto był zadowolony z tego, że jest w tym miejscu. Z jednej strony lepiej dla nie by było jakby je opuściła. Z drugiej jednak chciałem, aby mogła tutaj zostać, chociaż na jakiś czas. Wydawała się niezwykle ciekawą osobą i chciaqłem poznać ją bliżej. Nie mówiąc już o tym, że była jedyną osobą w tym miejscu, która była w podobnym wieku co ja.
Otworzyłem dziewczynie drzwi, aby mogła pierwsza wyjść na korytarz. Od razu skierowaliśmy się do ganinetu doktor Holiday. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą. Zdecydowanie bardziej interesowała mnie dziewczyna.

Valentina

Nie pokazałam po sobie zdziwienia na wieść o dziwnym Białym Rycerzu... Znając życie to sam nadał sobie taki przydomek. W jego mniemaniu był jedynym czystym? Z tym nie mogłam się zgodzić. Przecież było to niemal niemożliwe. Jeżeli faktycznie tak było to aż śmiać mi się chciało na myśl o dorosłym mężczyźnie bojącego się kontaktu z innym osobnikiem jego gatunku. Lepiej dla mnie jeśli mnie wypuszczą. Zresztą nie mieli chyba prawa zatrzymać mnie wbrew mojej woli. Sama podjęłam decyzję aby polecieć z nimi. Mogłam się bronić, ale zdecydowałam inaczej. Dla dobra wszystkich, a zwłaszcza tego chłopaka, który jedyny był w tym towarzystwie przyjazny. Skoro niczym mi się nie naraził to nie mogłabym go skrzywdzić. Miałabym potem okropne wyrzuty sumienia.
Jeden jedyny raz moja moc wymknęła się w dużym stopniu spod mojej kontroli. Pozostałe wypadki były nieznaczące jak podpalona zasłona i zwęglony stół, ale to co stało się trzy lata temu zaczynało mnie przerastać. W snach wszystko wracało. Ciemna ulica, powrót ze sklepu do domu... Uczucie niepokoju i ktoś podążający krok w krok za mną. Moc sama ze mnie wystrzeliła, nie mogłam tego kontrolować, a poczucie winy towarzyszyło mi do dziś.
-Mam nadzieję, że w ogóle się nie dowie. To tylko moja sprawa, a ktoś obcy nie powinien się wtrącać. Jeśli się dowie... Nie mam pojęcia czy nie będzie chciał tego wykorzystać. Jedyne czego chce to się stąd wydostać i zacząć życie od nowa. Nawet nie wiem czemu z wami poleciałam. Byłam w szoku i to chyba jedyne wytłumaczenie. Poza tym nie chciałam z tobą walczyć. - powiedziałam powoli, ale stanowczo. Rex także nie wiedział o wszystkich moich mocach.
Szliśmy długim korytarzem przed siebie mijając ciągle takie same drzwi. Miałam wrażenie, że krążymy w kółko, ale chłopak sprawiał wrażenie, że wie dokąd idzie. Słyszałam stłumione głosy... Skupiłam na nich większą uwagę i po chwili wszystko słyszałam coraz wyraźniej.
"Nie mogę uwierzyć, że Pierwszy nie żyje", "To była prawdziwa legenda!", "Podobno miał córkę, albo podopieczną, nikt nie wie skąd się pojawiła" "Moc ognia... Będą z nią same kłopoty, mogę się założyć"
Miałam ochotę zakląć pod nosem. Niepotrzebnie prosiłam Rexa o dyskrecje. Najwidoczniej wszyscy już o mnie wiedzieli wszystko. Cała się spięłam. Czułam buzujacą we mnie moc. Odetchnęłam lekko trochę się uspokajając. Najważniejsze to zachować zimną krew. Musiałam zachowywać się naturalnie. W końcu weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia pełnego medycznych sprzętów. Najwidoczniej byliśmy na miejscu. W białym kitlu przy jednym z mikroskopów siedziała jakaś kobieta. Wolałam mieć to już za sobą.


                                                                           
Rex

-Przyprowadziłem Valentinę tak jak chciałaś. Tylko bądż dla niej dalikatna, nie chcę aby się spłoszyła. - powiedziałem z delikatnym uśmiechem na ustach do doktor Holiday. Była ona bardzo spokojną oraz miłą kobietą. Do tego bardzo stanowczą i odważną. Zawsze ciężko pracowała, co można było niejednoktotnie zobaczyć po jej zmęczonych oczach. Była jedną z najlepszych w swoim fachu i jedyną, w której ręce mógłbym się oddać jako pacjent. Miałem do niej pełne zaufanie jeśli chodziło o badanie moich nanitów.
-Hmmm, a więc to jest nasza nowa kruszynka. Valentina, prawda? - powiedziała kobieta podchodząc do "nowej". Mnie całkowicie zignorowała, będąc na chwilę obecną zainteresowana jedynie dziewczyną. Zawsze się cieszyła kiedy miała okazję zbadać nową osobę panującą nad własnymi nanitami. I tym razem tą radość można było zobaczyć na jej twarzy. - Szósty tyle mi o tobie opowiedział od wczorajszego dnia. Nie mogłam się doczekać, aby w końcu cię zobaczyć. - powiedziała energicznie łapiąc szczupłą twarz Valentiny w ręce. Uważnie przyglądała się jej drobnej twarzy, badając dokładnie każdą rysę. Była niezwykle podekscytowana jej obecnością. - Nie musisz się martwić, bedą to jedynie rutynowe badania, które pokażą stan twojego zdrowia oraz w jakim stanie są nanity. To nic wielkiego. - powiedziała z uśmiechem.
W tej chwili pozostawiła dziewczynę w spokoju, skupiając całą swoją uwagę na mnie. Jej uśmiech od razu zamienił się w skfaszoną minę. Wiedziałem jużco mnie czeka i że doktor Holiday ani trochę nie jest z tego zadowolona.
- Rexie Cesarze Peterze Salazar! Czy tobie już do reszty odbiło! - niemalże krzyknęła w moim kierunku. Na jej słowa wzruszyłem jedynie ramionami. Zawsze kiedy była zdenerwowana wypowiadała całe moje imię. - Wiesz na jak dużą dawkę nanitów wczoraj się naraziłeś? Doskonale wiesz co dzieje się z twoim ciałem kiedy pochłaniasz tak dużą dawkę nanitów. Ostatnim razem z ledwością udało mi się przywrócić cię do żywych! - westchnęła, próbując złagodzić swój ton głosu. - Powinieneś od razu do mnie przyjść, abym mogła cię zbadać. Nie mamy pewności czy nie zacząłbyś mutować w czasie snu i jak by to na ciebie wpłynęło. Pamiętasz ostatni raz? - powiedziałą stanowczo.
Wiedziałem, że się o mnie martwila, chociaż Biały Rycerz stanowczo jej powiedział, że ma się do mnie nie przywiązywać. Oprócz Szóstego, była najbliższą mi osobą w tym miejscu. Zawsze mogłem do niej przyjść i powiedzieć co mnie trapi. W jakieś części była w stanie zastąpić mi matkę, chociaż tylko w pewnych kwestiach. To dzięki niej mogłem tutaj zostać i zyskałem dach nad głową. Gdyby nie przekonała Białego Rycerza, że mógłbym być przydatny lecząc EVO, zapewne już dawno by mnie zabito. Właśnie to robiono kiedyś z takimi jak ja. Doktor Holiday widziała we mnie nadzieję, lekarstwo na nanity, które przejmowały coraz większą kontrolę.


Valentina

Stałam niepewnie ciągle patrząc na kobietę, która zaczynała się niebezpiecznie do mnie zbliżać. Chciałam się cofnąć, wewnętrznie potrzebowałam uciec przed niebezpieczeństwem; zagrożeniem. Stałam jednak w miejscu pozwalając się dotykać i tym samym wystawiając na dokładny ogląd. Oddychałam spokojnie. Grunt to nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak, a przecież wszystko było w porządku prawda? Gdyby Pierwszy mnie teraz widział na pewno by powtórzył to samo zdanie, które słyszałam za każdym razem kiedy byłam zdenerwowana lub wystraszona.
"Twój niepokój to pożywka dla przeciwników. Jeśli odsłonisz swoje słabości... Będziesz stracona."
Był dla mnie jak ojciec, a ja nawet nie powiedziałam mu jak bardzo go kochałam. To wszystko wydarzyło się tak szybko. Mieliśmy mieć dla siebie jeszcze tak dużo czasu! To w tym momencie było bez znaczenia. Teraz musiałam skupić się na chwili obecnej. Na tym aby tutaj przetrwać i żyć jak najdłużej. Uniosłam jedną brew pytająco. Co takiego ten Szósty mógł powiedzieć? Wiedział o mnie jedynie tyle, że mieszkałam z Pierwszym i posiadałam ognistą moc. Teraz widziałam jak głupia byłaby próba utrzymania mocy w tajemnicy skoro połowa ludzi w tym miejscu już o tym wiedziała.
Uśmiechnęłam się pod nosem widząc, że uwaga kobiety skupiła się na kimś innym. Usiadłam na stoliku i przysłuchiwałam się tyradzie prowadzonej przez doktor Holiday. Zadziwiona popatrzyłam na chłopaka. Dlaczego zrobił coś tak ryzykownego jak narażanie swojego życia dla kogoś kogo zupełnie nie znał? Byłam mu wdzięczna, że zrobił tak dużo. Nawet jeżeli to nie pomogło to byłam jego dłużnikiem. Przecież w czasie ratowania Pierwszego sam mógł zginąć albo zmutować!
Kobieta na początku przebadała chłopaka. W końcu to on był najbardziej potrzebujący, a mnie nic nie groziło.
-Wie może pani kiedy mnie stąd wypuszczą? Nie chce tracić czasu...- powiedziałam spokojnie próbując wybadać jej reakcje. Nawet powieka jej nie drgnęła. Nic mi nie odpowiedziała. Odeszła od chłopaka i skierowała się do maszyn w drugim pomieszczeniu zostawiając nas samych. Coś ukrywała, byłam tego pewna. Nie była złą osobą, ale wiedziała coś czego nie chciała powiedzieć i to coś było związane ze mną. Byłam stu procentowo pewna. Podeszłam do chłopaka i uśmiechnęłam się znikomo.
-Dziękuje, że tyle zrobiłeś aby go uratować. To dla mnie dużo znaczy- powiedziałam cicho. Chciałam tylko aby wiedział, że to doceniam. To wszystko było dla mnie dziwne. Kiedy doktor Holiday do nas wróciła ciągle miała na twarzy uśmiech.
-Tym razem masz szczęście Rex! Na ten moment nic ci nie grozi, ale musisz codziennie przychodzić na kontrolę. Wolałabym jednak mieć pewność.-powiedziała spokojnie analizując wyniki badań. Naumyślnie ignorowała moje pytanie.
Tym razem zaczęła badać mnie. Podstawowe badania i dodatkowo jakaś maszyna czy urządzenie, które miało sprawdzić stan moich nanitów. Widząc wyniki kobieta już na nas nie spojrzała. Zmarszczyła brwi nad czymś głęboko zamyślona.
-I jak?- zapytałam ciekawa czy wszystko jest w porządku.
-Tak, tak kruszynko. Możecie już iść- wymruczała ciągle zapatrzona w wyniki. Ani trochę jej nie uwierzyłam. Coś było nie tak i jak na razie nie wróżyło mi to dobrze. Czułam się jak w pułapce.


Rex

- To nic takiego... Taki właśnie jest plan Providence, uleczyć wszystkie EVO. Żałuję, że nie mogliśmy zrobić nic więcej. Według planu Szóstego Pierwszy miał zostać wyleczony. W wypadku gdyby nie byłoby to możliwe, mieliśmy go tutaj zabrać, gdzie w spokoju czekałby na lekarstwo. Nie powinniśmy dopuścić do jego śmierci. Nie w taki sposób. - mruknąłem cicho pod nosem. Zawsze czułem się winny kiedy ktoś przeze mnie tracił życie. Nawet zwierzęce EVO zasługiwały na lekarstwo, aby mogły żyć dalej. Nikt nie powinien być skazany na śmierć. Wierzyłem w to, że jest to uleczalne i w końcu uda nam się odnaleźć lekarstwo. Musiałem w to wierzyć. Według Holiday moje nanity były nadzieją na znalezienie antidotum. Nie wiem czy całkowicie można zniszczyć krążące w nas nanity, ale na pewno można uciszyć je na tyle, aby nikomu nie zagrażały. W tej chwili zarażeni stanowili zbyt duże niebezpieczeństwo dla innych. Jedynie niewielu było w stanie to kontrolować. Gdyby nie nanit kontroli będący w moim ciele, sam nie miałem pewności czy nie stałbym się jednym z potworów.
Spróbowałem się uśmiechnąć kiedy doktor Holiday wróciła do nas. Już wystarczająco się mną zamartwiała. Nie musiała przejmować się jeszcze moim stanem psychicznym po tym, co miało miejsce wczorajszego dnia. Szósty wystarczająco jej zapewne o tym opowiedział, resztę informacji pozostawię dla siebie.
-Nie ma się czym martwić, Holiday. Czuję się bardzo dobrze i nic się nie dzieje z moim ciałem. Wszytsko jest w normie. Myślę, że moje nanity same poradziły sobie z tym problemem i nie potrzebuję dalszych badań. - powiedziałem z uśmiechem. Nie chciałem obciążać ją kolejnymi badaniami.
Kątem oka zerknąłem na wyniki dziewczyny, które Holiday trzymała w ręku. Spędziłem już w tym miejscu tochę czasu i bez trudu rozpoznałem czerwony pasek, który pokazywał niestabilne nanity w ciele. Było to nieco niepokojące. Wiedziałem, że w tym stanie nie będą chcieli jej stąd wypuścić, póki będzie stanowiła jakiekolwiek zagrożenie dla innych ludzi. Zastanawiało mnie czy można ją wyleczyć i czy w ogóle tego chciała. Przy któreś okazji na pewno będę musiał ją o to zapytać, ale w tej chwili nie był to najlepszy pomysł. Na pewno nie mogłem jej powiedzieć o wyniku badań.
-W takim razie my już pójdziemy - mruknąłem pod nosem. Złapałem dziewczynę za rękę, ciągnąc ją za sobą. Po chwili znaleźliśmy się pod drugiej stronie drzwi, na korytarzu.
-Póki i tak nie mamy nic do roboty, chciałabyś pozwiedzać siedzibę Providence. Mamy tutaj całkiem ciekawe sale treningowe. Jedną z nich stworzono nawet dla mnie, a właściwie dla takich jak my. - powiedziałem zachęcająco.


Valentina

Przestałam słuchać co mówiła ta kobieta do Rexa. Bardziej interesowały mnie moje wyniki badań. Skoro wszystko było w porządku to chyba nie musiałoby to być sekretem. Może tutaj wszystko musiało być owiane tajemnicą. Okropnie mi się to nie podobało. Niezależnie od wyników zamierzałam stąd odejść najlepiej następnego dnia. Jak tylko kupie coś do jedzenia i będę mogła wyruszyć. Całe szczęście Pierwszy zabezpieczył mnie na każdą ewentualność. Miałam tylko nadzieję, że nikt nie dotknie mojego plecaka. Tego byłoby już za wiele. Próbowałam zajrzeć w kartkę z wynikami badań, ale doktor Holiday skutecznie mi to uniemożliwiła i schowała kartkę do segregatora. Miałam wrażenie, że to nie skończy się dobrze. Wyszliśmy z pokoju na korytarz. Przypatrzyłam się chłopakowi mając nadzieję, że on coś zdążył wyczytać. I tak nie miałam pewności czy by mi powiedział. Mogłam mieć tylko taką nadzieję. W sumie... Co mi pozostało?
-Nie widziałeś może wyników badań? Doktor Holiday była strasznie tajemnicza... Chciałabym wiedzieć co takiego wykazały-powiedziałam spokojnie wyszukując na jego twarzy choćby drgnięcia świadczącego o tym, że czegoś mi nie mówił. Niestety niczego nie znalazłam. Miałam ochotę zakląć pod nosem jednak najważniejsze było zachowanie zimnej krwi. Zbytnie okazywanie emocji takich jak wściekłość i frustracja mogły mieć dla mnie zgubne skutki. Westchnęłam znużona już tym wszystkim. Było mi obojętne co będę robić przez resztę dnia. Czułam się otępiała po stracie Pierwszego i zdezorientowana w nowym miejscu.
-Jasne, nie mogę się doczekać aż dokładnie obejrzę to miejsce. Wydaje się dosyć duże i ciekawe...-  powiedziałam z entuzjazmem, którego nie było w moim sercu, ale nawet ekspert nie wyczułby kłamstwa. W sumie większość była kłamstwem. Wcale nie chciałam poznawać tego miejsca, bo moim planem było je jak najszybciej opuścić.
-Co znaczy dla takich jak my? Jestem dość zwyczajna... Przecież teraz praktycznie każdy człowiek na ziemi posiada w swoim ciele nanity. Jeszcze nie poznałam takiego, który by ich nie miał.- powiedziałam poważnie. Czyżby właśnie zdradził mi coś czego nie zamierzał? Nie... Na pewno nie. To była jak zwykle moja wybujała fantazja. A może? Miałam dość tych pytań i niepewności. Szłam za chłopakiem czekając aż pokaże mi coś w miarę interesującego. Jak na razie były to tylko drzwi o tej samej budowie i fakturze. Najpewniej z jakiejś stali, którą niełatwo byłoby wyważyć. Kolejna ochrona? Pewnie alarm też tu mieli. Nie chciałam nawet myśleć o innych środkach zabezpieczeń. Wszystko wyglądało tutaj tak samo, a ściany miały paskudny niebiesko- szary kolor. To miejsce bardziej wyglądało jak więzienie niż wielka instytucja.



Rex

Zaprzeczyłem kiedy zapytała o wyniki. Dla jej własnego bezpieczeństwa nie mogłem o tym powiedzieć. Wiedziałem, że niestabilne nanity mogą zaszkodzić jej ciału. Wczorajszego dnia przeżyła zbyt wiele, właśnie dlatego chociaż trochę chciałem jej ulżyć. Jeśli by się dowiedziała, nikt nie wiedział jak by to wpłynęło na jej organizm. Powinienem zadbać o to, aby była jak najbardziej spokojna i nie musiała się niczym zamartwiać. Na chwilę obecną było to najlepsze lekarstwo.
-Nie o obecność nanitów mi chodzi. Może każdy je posiada, ale praktycznie nikt nie jest w stanie ich kontrolować. Wczoraj poczułem twój ogień na ręce, które przyjemnie podrażniał moją skórę. Twoje nanity od razu zdradziły mi, że jesteś w stanie nad nimi zapanować. Takich jak my jest naprawdę mało, właśnie dlatego jesteśmy aż tak wyjątkowi. Właściwie... Bardzo cieszę się, że tutaj jesteś. Pamiętam zaledwie ostatni raz z mojego życia i w pamięć nie zapadła mi żadna osoba, która by panowała nad swoimi zdolnościami. No wiesz, niekiedy trudno funkcjonować pomiędzy... nimi - zaśmiałem się nerwowo kątem oka zerkając na pracowników, którzy właśnie przechodzili przez korytarz. Wzruszyłem jedynie ramionami.
Trudno było być EVO w tym miejscu. Do tego nastolatkiem. Chyba od wieków nie miałem okazji rozmawiać z osobą w swoim wieku dłużej nić kilka minut. Właściwie bardzo podobało mi się towarzystwo Valentiny, nawet jeśli nie wydawała się zbyt towarzystką osobą. U Pierwszego zapewne też była w podobnej sytuacji, całkowicie oderwana od reszty świata.
W końcu weszliśmy na salę treningową przeznaczoną dla EVO. Sala była jednym z większych pomieszczeń w siedzibie. Kilka torów treningowych otoczonych torem do jazdy motorami. Na chwilę obecną właśnie tego było mi trzeba.
-To co powiesz na małą przejażdżkę? - powiedziałem z szerokim uśmiechem. Moje nogi, od kolan w dół, przekształciły się w pojazd podobny do motoru. Stalowe koła spoczęły na twardym i stabilnym asfalcie. -Być może nie jest to limuzyna, ale świetnie spisuje się na takich torach. 
Podałem dziewczynie rękę, czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony. Uwielbiałem ryzyko związane z zawrotną prędkością, zwłaszcza, że moje ciało samo było w stanie stworzyć pojazd, na którym mogłem ćwiczyć i przekraczać limity prędkości. \

Vallentina

Jego zaprzeczenie ani trochę mnie nie uspokoiło. To, że nie widział co się stało nie znaczyło przecież, że było dobrze. Po co robić wielką tajemnicę z czegoś co było banalnie proste. Postanowiłam skupić się na chwilę na czymś innym. Może to co mówił do mnie Rex odciągnie mnie chociaż na chwilę od niewygodnych i niezrozumiałych rzeczy. Ciągle też w głowie paliła mi się lampka ostrzegawcza, aby uważać na tych ludzi tak jak poradził mi Pierwszy. Przewidział, że się tu znajdę. Przeczuwał to, ale nigdy niczego nie wyjaśnił. Chociaż znałam powody i rozumiałam, że się o mnie martwić to miałam odrobinę żalu, że mnie do tego nie przygotował.
-Z chęcią oddałabym komuś ten dar... Jest bardzo uciążliwy. Nie zależy mi na kontrolowaniu tego. Chciałabym tylko normalnie żyć tak jak do tej pory-  powiedziałam poważnie. Owszem mogłam dodać, że bez przypadkowego podpalania zasłon też bym się obeszła, ale nie miało to najmniejszego sensu. Wydawało mi się, że moje słowa były aż nazbyt dobitne.
Weszliśmy na wielką salę treningową. Było tu dziwnie zimno. Chociaż władałam ogniem to nie byłam w stanie wytworzyć ciepła dla siebie. Jakby ktoś mnie teraz dotknął czułby, że mam cieplejszą od otoczenia skórę, ale to ciepło nie ogrzewało mnie tylko kogoś. Kolejny powód jej bezużyteczności. Spojrzałam ze zdziwieniem w oczach na chłopaka. O mało nie krzyknęłam zasłaniając sobie od razu usta dłonią. Cofnęłam się zaskoczona o krok. Myślałam, że potrafił tylko kontrolować nanity, ale to co stało się w tym momencie było zupełnie nieprzewidywalne. Jak on to zrobił? Przed chwilą stał obok mnie, a teraz jego nogi zostały zastąpione kołami, siedzeniem i metalową ramą.
-Niesamowite...-wyszeptałam cicho. Stałam jakiś czas patrząc się na chłopaka i nie mogąc się poruszyć. W końcu z wahaniem ujęłam jego dłoń w swoją i zbliżyłam się. Było to co najmniej dziwne. Miałam na nim usiąść? To tak jakbym siedziała mu na kolanach? A może jeszcze gdzie indziej... Zarumieniłam się ogromnie. Nie chciałam jednak okazać się tchórzem. Miałam wrażenie, że można mu ufać chociaż nie zamierzałam tego sprawdzać na sto procent. Już miałam przerzucić nogę przez metalową ramę kiedy usłyszałam za sobą jakieś poruszenie.
- Skończ się popisywać Rex... Biały Rycerz chce się z nią widzieć. Nie mamy czasu na twoje wygłupy. - usłyszałam nieprzyjemny szorstki głos pewnego wysokiego, czarnoskórego mężczyzny wyraźnie po pięćdziesiątce. Na te słowa do pomieszczenia wkroczyło jeszcze dwóch mężczyzn. Byli o wiele więksi od nas i mieli... Rękawice? Wyglądały jak... Byłam wściekła! Ubrani byli tak aby ogień zaszkodził im w jak najmniejszym stopniu. Czułam, że jeżeli nie pójdę zawloką mnie siłą czy tego chce czy nie. Inaczej nie potrzebna była tu obstawa. Zaczynałam wątpić czy od tak mnie wypuszczą. Najwidoczniej miałam być więźniem. Mogłam się tego spodziewać. Puściłam rękę Rexa cofając się od niego o parę kroków. Moja wcześniejsza chęć zaufania mu prysnęła niczym bańka mydlana. Założyłam ręce na piersi i spojrzałam wyczekująco na mężczyzn. Jeden grubszy nie kwapił się do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, zresztą jakby potrafił podejmować jakieś decyzje... Jego twarz wskazywała na to, że jest tępym pomagierem. Nie to co ten drugi mężczyzna. Wysoki, szczuły z wieloma bliznami na twarzy. Wyglądał jakby okrucieństwo i dominacja było jego drugim hobby i to wcale nie ukrytym. Nie zamierzałam się ruszyć z miejsca. Jeśli chcieli mogli sami mnie zaprowadzić. Na pewno się nie ugnę i nie będę wykonywać wszystkich poleceń jak mała grzeczna dziewczynka.


Rex

-Popisywać się...? Moje wygłupy? - spojrzałem na nich zdenerwowany. Jak Białego i jego najważniejszych podwładnych musiałem się słuchać, tak zwykłym posłańcom nie zamierzam być posłuszny. Nie mieli zbyt wysokiego stanowiska o zym świadczyły ich mundury. Moje nogi powróciły do normalnego stanu. Nawet nie miałem okazji przejechać się z valentiną po torze. Czy oni mieli chociaż pojęcie ile musiałem czekać, aby jej to zaproponować? - Trenuję. Czy nie właśnie to Biały kazał mi robić w wolnym czasie, abym nie sprawiał mu problemów? To był jego rozkaz, więc nie przeszkadzajcie mi w tym. - powiedziałem bardziej lekceważąco, aby pokazać idiotyzm ich działania.
Miałem już dosyć ciągłego rozstawiania mnie po kątach. Rex zrób to, Rex zrób tamto, Rex idź tam. Wiedziałem, że Biały mi nie ufał. Każdy to wiedział. Nie ufał EVO, nawet jeśli takie osoby w pełni nad sobą panowały. Każdy wiedział o tym, że był przygotowany na "problemy związane z moimi mocami", jakbym lada dzień miał się zamienić w potwora i zacząć atakować niewinnych ludzi. Nie byłem taki, wiedziałem to. Bylo we mnie coś, co całkowicie hamowało przemianę z stwora. Pewien nanit, który mi pomagał nad sobą panować. To właśnie dzięki niemu mogłem zabierać od innych nadmiar szkodliwych nanitow, aby ich wyleczyć. Jednak Biały Rycerz nie był tego świadom i powinien pozostać w niewiedzy. On nie ufał mi, a ja nie ufałem jemu. Po moim przybyciu tutaj chcial mnie zabić tak jak inne EVO, właśnie dlatego nie mogłem mu o wszytskim mówić. Nie miałem pewności czy nie zechce wykorzystać tego do własnych celów. Jedynie Szósty oraz Holiday wiedzieli co tak naprawdę się ze mną działo i wspierali mnie w tym.
Szosty, mimo posłuszeństwa Białemu, zawsze stawał w mojej obronie i próbował mnie tłumaczyć. Zaś doktor Holiday była przeciwna zabijaniu EVO i szukała wszelkich sposób, aby Biały nie mógł zabijać przemienionych ludzi. Prędzej własnymi siłami odnajdzie lekarstwo na szkodliwe nanity niż wyda Białemu całą prawdę o mnie.
-Nie przypominam sobie, aby Biały Rycerz umawiał się z nami na rozmowę. Wybaczcie, ale aktualnie dziewczyna jest zajęta i niestety nie może się u niego stawić. Niech przyjmie najszczersze przeprosiny. - powiedziałem żartobliwie się uśmiechając. Zaśmiałem się pod nosem. Nie miałem zamiaru im ustępować tylko dlatego, że on wydał taki rozkaz. Nie miał nade mną aż takiej władzy. Do kar z jego strony byłem już przyzwyczajony i mało co się nimi przejmowałem. - Na nas już pora, panowie. Może jeszcze dzisiaj wrócimy. 
Objąłem dziewczynę w pasie, przyciągając ją do siebie. Z moich pleców wyrosły mechaniczne śmigła, które bez problemu uniosły nas w powietrzu. Byliśmy już daleko nad ziemią zanim posłańcy zdążyli zareagować.
Valentinę przymałem jak najmocniej, w razie gdyby przyszło jej do głowy zacząć się wyrywać. Będąc na takiej wysokości wolałem nie narażać jej na upadek. Odlecieliśmy kawałek od toru, mimo to nadal znajdowaliśmy się na terenie bazy. Po kilku minutach udało mi się dotrzeć do opustoszałej budowli, która była pozostałością po pierwszym labolatorium. Dopiero będąc na ziemi wypuściłem dziewczynę ze swoich objęć. Mimowolnie na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech.
-Przez jakiś czas jesteśmy bezpieczni. Minie trochę czasu zanim uda im się tutaj dotrzeć. Tak czy tak będziesz musiala spotkać się z Białym, ale nikt nie powiedział, że od razu musisz tam iść. - powiedziałem spokojnie. Mechaniczne śmigła rozpadły się w kilka sekund, pozostawiając po sobie jedynie kilka kawałków metalu, które spadły na ziemię. - Niekiedy można się im wymknąć, ale lepiej nie opierać się im za bardzo. Z własnego doświadczenia wiem, że tacy faceci nie przepadają za EVO, z Białym Rycerzem na czele. Nigdy nie widzialem aby facet się uśmiechał.

Valentina

Może i wyglądałam na małą i nieporadną, ale potrafiłam walczyć o swoje. Nie ważne było czy wygrywałam. Liczył się jedynie fakt, że mogłam pokazać, że nie tak łatwo mną rządzić jak się wszystkim wydaje. Czułam mrowienie w palcach. Powstrzymałam je. Nie chciałam używać mocy. Nie teraz i nie w ten sposób. Jeżeli tak bardzo chcieli mogli mnie tam zaciągnąć. Spojrzałam zaskoczona na Rexa. Myślałam, że będzie po ich stronie i zaprowadzi mnie do Przywódcy. Nie zrobił tego za co byłam mu wdzięczna. Cieszyłam się, że chociaż jedna osoba tutaj była gotowa się postawić. Wstrzymałam oddech kiedy chłopak przyciągnął mnie do siebie. Jego ciało było umięśnione, a klatka piersiowa unosiła się w spokojnym oddechu. Nim się spostrzegłam z jego pleców wyrosły dziwne wahadła, a może raczej śmigła? Nie mogłam dokładnie ocenić co to było ponieważ nie mogłam się do niego odwrócić. Jedynie kątem oka dostrzegałam urządzenie. W jednej chwili staliśmy na ziemi, a w drugiej unosiliśmy się w powietrzu. Złapałam się mocniej chłopaka to znaczy raczej mocno przytuliłam aby nie spaść na dół.
Nie miałam lęku wysokości, jednak upadek z kilkudziesięciu metrów ani trochę mnie nie przekonywał. Co innego gdybym miała jakieś zabezpieczenie, pasy, materac na miękkie lądowanie?
Sama już nie wiedziałam. Czułam tylko jak ramiona Rexa obejmują mnie i przytrzymują. Marna ochrona, ale zawsze coś. Na całe szczęście mnie nie upuścił.
Wylądowaliśmy w jakimś opustoszałym budynku, który w niektórych miejscach miał spore ubytki. Jedna ściana była nawet w połowie rozwalona. Chciałam zapytać co tu się wydarzyło, ale uznałam że nie pora na to.
-Dziękuję za to, że mnie nie wydałeś w ich ręce. Nie wydaje mi się, że wypuszczą mnie po dobroci, a nie mogę przecież ze wszystkimi walczyć. Jedna, dwie osoby tak, ale nie poradzę sobie ze wszystkimi. - mruknęłam cicho. Usiadłam na podłodze i spojrzałam na chłopaka. Mówił w taki sposób jakby i on był pewien iż tutaj zostanę. Wiedział więcej ode mnie, ale nie miałam mu tego za złe. W końcu także znał mnie od niedawna i zapewne ufał mi w takim samym stopniu co ja jemu. Zyskał moją wdzięczność za to co robił, ale nie mogłam ufać komuś kogo znałam jeden dzień. Przecież go nie znałam. W każdej chwili mógł mnie wydać, albo zostawić samą. Bóg jeden wiedział dlaczego mi pomagał. Odetchnęłam głęboko. Im dłużej się nad tym zastanawiałam tym mniej na ten temat wiedziałam.
-Myślisz, że czego może on ode mnie chcieć? Skoro tak nie lubi EVO to czemu mnie po prostu nie wypuści?-zapytałam uważnie na niego patrząc. Z tego co zrozumiałam Biały Rycerz bał się nas, a jednak z jakiegoś powodu trzymał nas tu i prowadził badania. Czy Rex nigdy nie chciał być wolny? Żyć poza tym miejscem? Nie odważyłam się o to zapytać. To nie była moja sprawa. Może odpowiadał mu taki stan rzeczy. W takich momentach mój mózg stawał się miękką papką i odmawiał posłuszeństwa. Było tego po prostu za dużo.



Rex

-Walka z nimi nie będzie łatwa. Nie zapominaj, że jest to organizacja, która zajmuje się EVO. Zanim tutaj przybyłem i odkryli co potrafię, tacy jak my byli od razu zabijani... Bez jakiejkolwiek szansy na przeżycie... Posiadają tutaj pełno broni, która może nam zaszkodzić. Niby współpracują z nami, ale wiem, że nam nie ufają. Ja też jestem przez nich ciągle obserwowany. Biały stworzył nawet specjalną broń, aby móc szybko mnie unieszkodliwić, gdybym tylko sprawiał problemy... - mruknąłem pod nosem. Powinna wiedzieć, że walka z nimi nie ma najmniejszego sensu i tym może sobie jedynie zaszkodzić. Lepiej bylo być posłusznym, przynajmniej na razie. - Niby dają możliwość odrzucenia ich oferty, ale nie oszukujmy się, nie mamy jej wcale. To jest w tym najgorsze. Byłem pierwszym EVO, które przyjęli zamiast zabić. Ode mnie się wszystko zaczęło. Tacy jak my są im potrzebni do walki. Jest coraz więcej zarażonych a nikt nie jest bardziej skuteczny przeciwko EVO jak inny EVO. Odgrywamy jedynie rolę żywej broni. - odpowiedziałem z wyczuwalnym smutkiem w głosie.
Niekiedy sam czułem się tutaj jak w klatce. W wolnej chwili mogłem wyjść z bazy, jeśli jednak nie odpowiedzialbym na ich wezwanie, nie skończyłoby się to zbyt przyjemnie. Nawet jeśli zawdzięczam im życie i dach nad głową. nie czułem się tutaj do końca dobrze. Odejść mogłem już dawno. Powstrzymywała mnie jednak myśl, że jestem jedyną osobą, która może wyleczyć chorych. Nie mogłem pozwolić na to, aby kolejne osoby ginęły z ich ręki, tylko dlatego, że nie byli w stanie pozbyć się nadmiaru szkodliwych nanitów. Byłem nadzieją na odnalezienie lekarstwa.
Szostemu zawdzięczałem życie. To właśnie on uratował mnie tamtego dnia, kiedy pozbawiony pamięci błąkałem się po wiosce pełnej EVO. Nic nie pamiętałem, oprócz swojego imienia. Całkowicie pozbawiony życia oraz swojej tożsamości. Zainsteresowany moimi umiejętnościami zabrał mnie do doktor Holiday, która szybko zaczęła badania nad moim ciałem. W tedy Biały postanowił, że jedyne co można zrobić to zabić mnie. Jedynie dzięki ich pomocy mogłem zachować swoje życie. Od tamtego dnia Providence stało się moim domem, zresztą jedynym domem.
Ja leczyłem EVO a oni pozwalali mi żyć i dawali dach nad głową. Powiedzmy, że był to w miarę sprawiedliwy układ.
-Na chwilę mogliśmy uciec. Wezmę na siebie całą winę, abyś nie miała problemów. Powinnaś jednak porozmawiać z Białym, aby dowiedzieć się, czego dokładnie od ciebie chce. Na pewno będzie miał ci cos do zaoferowania, i zapewne będzie to coś, co przyniesie głównie korzyści jemu.

Valentina

-Nie ma mowy o żadnej walce. Przecież nie wygram z wszystkimi. Owszem przemknęła mi taka myśl przez głowę, ale nie narażę siebie skoro mam inne wyjście. Na razie muszę poczekać. Kiedyś nadarzy się okazja, a teraz jak zauważyłam ten koleś tak łatwo mnie nie wypuści- mruknęłam cicho. I tak nie miałam wyjścia. Mogłam tu siedzieć aż mnie znajdą i zaprowadzą na "audiencję", albo pójść tam sama i stanąć twarzą w twarz - a raczej przez szybę. Przynajmniej tak mówili tutaj ludzie. Zdążyłam już się o sobie nasłuchać tyle, że przyhamowałam trochę tę zdolność. Podniosłam się z podłogi. Od Rexa niczego konkretnego się nie dowiem. Mogłam próbować go lepiej poznać, ale nie wiem czy miało to sens. Był miły i inteligentny ( o przystojnym wolałam nie myśleć, chociaż nie mogłam ukryć ze to jak wygląda zrobiło na mnie wrażenie. Miał niesamowicie rozbudowane mięśnie i kiedy tak leciałam przytulona do niego...) Nie, nie, nie... Nie mogłam nikogo teraz do siebie dopuścić. Ucieczka była ważniejsza, a on mógłby mnie rozpraszać. Widać było, że mocno był związany z tym miejscem. Wolałam go w to nie wciągać, ani nie opowiadać o planach.
-Nie musisz mnie chronić. Dam sobie radę. Nie jestem taka słaba na jaką wyglądam. Możemy do niego iść od razu? Chcę mieć to już za sobą. W sumie nie interesują mnie jego propozycję, ale coś mi się zdaje, że mnie nie wypuści.- powiedziałam poważnie. Mogłam w ogóle nie lecieć. Z kilkoma osobami w domu miałam szansę, ale tutaj wpakowałam się na własne życzenie w paszczę lwa. Musiałam przełknąć tą niemiłą gorycz i stawić czoła temu co na siebie ściągnęłam. Na pewno nie dam się rozstawiać po kątach, ale też nie zamierzam się wychylać. Wiedzą o jednej mocy. Druga musi pozostać w tajemnicy. Gdyby się wiedzieli, że mogę podsłuchiwać ludzi nawet na końcu następnego korytarza, a jak się bardzo skupię to i piętro niżej to byłoby pewne, że będą chcieli mnie wykorzystać. I że nie będzie to miła propozycja, a raczej przymus. Wyszłam z opuszczonego budynku i prawie wpadłam na tych dwóch drabów, którzy nie byli zbyt zadowoleni. Włożyłam ręce do kieszeni i spojrzałam na nich wyzywająco.
-Już, spokojnie... Tylko nie gryźcie...- uśmiechnęłam się kpiąco specjalnie ich prowokując. Stanęłam w miejscu czekając na Rexa. W sumie nie wiedziałam czy zamierza iść ze mną, ale wolałam się upewnić.
-Idziesz?- zapytałam patrząc dalej na osiłków. Wyglądali jakby się niecierpliwili.
-Nie mamy zamiaru czekać aż ten szczeniak się ruszy. Jeśli nie chcesz iść z nami po dobroci możemy spróbować inaczej.- warknął ten, który wyglądał na groźnego. Na tamtego półgłówka w ogóle nie zwracałam uwagi. To nie on stanowił ewentualne zagrożenie. Z uśmiechem uniosłam ręce do góry w geście poddania. Grunt to robić dobrą miną do złej gry. Z powrotem włożyłam dłonie do kieszeni i postąpiłam krok do przodu. I tak nie miałam większego wyboru.

niedziela, 21 maja 2017

Nanity cz.1

Rex

Odetchnąłem ciężko spoglądając za okno odrzutowca. Nadal nie miałem pojęcia jaki był cel naszej misji. Szósty nie zamierzał mi niczego zdradzić, nawet dokąd zmierzaliśmy. Pod nami rozciągało się jedynie bezkresne może, które końca nie było widać. Providence nie miało pojęcia o tym, że wyruszyliśmy na tą misję, a tym bardziej, że wzięliśmy jeden z ich pojazdów. Skąd to wiedziałem? Było to oczywiste. Zamiast znanych mi zamaskowanych ludzi, którzy pracowali dla organizacji i zajmowali się czarną robotą, nieopodal mnie siedziało czterech ludzi, których nigdy wcześniej nie widziałem na oczy: dziwna dziewczyna, która na krok nie rozstawała się ze swoją gitarą, starszego dziadka, pseudo dżentelmena z francuskim akcentem, grubego faceta niczym z teksasu oraz zamaskowanego kolesia, który nie odezwał się ani słowem od początku podróży. 
Dziewczynę nazywali Piątą, była nieokrzesana, buntownicza, robiła co chciała i cały czas kłóciła się z grubasem, którego nazywali Trzecim. Dziadek z wyższych sfer przedstawił się jako Czwarty, zaś zamaskowany chłoptaś, z tego co mogłem wywnioskować, mianowany został Drugim. Piątka najniebezpieczniejszych ludzi,którzy stąpali po tym świecie. Wbrew pozorom nie wyglądali na takich i byli bardziej spokojni niż mógłbym przypuszczać. 
To samo mogłem powiedzieć o Szóstym. Z tego co wiedziałem o jego przeszłości, kiedyś był płatnym zabójcą, który dołączył do Providence. Jego zachowanie nie zmieniło się aż tak bardzo przez ten czas. Dwa lata temu, kiedy mnie znalazł, również był oschły. Odkąd został moim wspólnikiem zaczął się zmieniać. W dalszym ciągu nie okazywał żadnych uczuć, niekiedy miałem wrażenie, że w ogóle ich nie posiada, ale musiał się mną zajmować. Z początku nie za bardzo mu się to spodobało, jednak nie miał większego wyboru. 
Dawne Providence było inne niż obecnie. Nie znano lekarstwa dla evo, dlatego też wszystkie potwory były usuwane. Doktor Holiday ciężko pracowała, aby takowe uzyskać, a przynajmniej tak opowiadali. Kiedy Szósty mnie przyprowadził, Holiday zobaczyła we mnie szansą na lepszą przyszłość, cokolwiek miało to znaczyć. Nikt się na to nie zgadzał. Brano mnie za jednego z evoli, które pozbawiano życia. Mogłem zostać, jednak pod jednym warunkiem, miałem być im całkowicie posłuszny a Szósty miał zostać moją "niańką". 
Wydarzenia sprzed tamtych dni były dla mnie niczym czarna dziura, Nie pamiętałem niczego, tak jak i nie miałem nikogo, kto mógłby mi powiedzieć co się ze mną działo. Nie znałem swojej rodziny. Być może kiedyś ją miałem, jednak nikt nie zapadł w mojej pamięci. Nawet nie miałem własnego domu, do którego mógłbym wrócić.
W końcu dotarliśmy na miejsce. Wylądowaliśmy na dziwnej wyspie, która była całkowicie oderwana od reszty świata. Mimo wielu pytań nikt nie chciał mi zdradzić po co tutaj przybyliśmy i dlaczego akurat w takim składzie. po prostu kazano mi iść przed siebie.

Valentina

Obudziłam się z samego rana. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Doskonale wszystko słyszałam co działo się w domu. Coś nie tak było z moim opiekunem. Szybko podniosłam się z łóżka i wybiegłam z pokoju. Wszędzie panował bałagan, a człowiek który całe życie się mną zajmował leżał na podłodze i nie wyglądał najlepiej.
Odkąd Nanity rozprzestrzeniły się po świcie nie ostał się ani jeden człowiek, w którego by się nie wszczepiły. Nawet we mnie choć gdybym mogła oddałabym to najszybciej jak się da. Nie było to jednak możliwe. Musiałam z tym żyć i uczyć się kontrolować te potwory, które w najlepsze jak pasożyty żyły w moim ciele. Sprawiły, że miałam doskonały słuch i choć nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo to były też inne Nanity. Te których nie potrafiłam kontrolować. Te żyły sobie i powoli zamieniały mnie w potwora, a najgorsze było to, że nie było na to lekarstwa. Mogłam albo się poddać i zamienić się w bestię, albo słuchać rad mojego opiekuna i nauczyciela i walczyć z tym do póki dane będzie mi żyć.
Podbiegłam do mojego przyjaciela i uklękłam tuż przy nim. Coś było nie tak.
-Słyszysz mnie? Wszystko będzie dobrze... Musisz z tym walczyć. Przecież Nanity nie muszą przejąć kontroli. - wyszeptałam łapiąc go za rękę. Pierwszy spojrzał na mnie zamglonymi oczami i ostatkiem sił pomógł mi zaprowadzić się do łóżka. Nie chciałam aby musiał zamieniać się w potwora w takich warunkach. Cały salon był zniszczony. Nic z niego nie było w całości. Gdy tylko Pierwszy wylądował na łóżku jego ciało wygięło się z bólu, a z gardła wydobył się ryk. Cofnęłam się o krok, ale po chwili wróciłam z powrotem na miejsce obok niego i złapałam go za rękę.
-Nie podchodź...- wycharczał mój opiekun, ale nie przejęłam się tym. On by mnie nie zostawił. Nie łudziłam się, że był na to jakiś ratunek. Z całą pewnością zamieni się w potwora. Ja jednak nie miałam serca pozbawić go życia. Był wszystkim co miałam i wiedziałam, że go tracę.
-Kocham cię... Wszystko będzie dobrze... Poradzimy sobie z tym jakoś- mówiłam poważnie próbując pocieszyć jego i siebie. Złapał mnie za rękę tak mocno, że skrzywiłam się z bólu. Powoli jego ciało zaczynały pokrywać łuski. Bałam się okropnie. Nie powinnam była siedzieć tak blisko koło niego. Nie teraz! Ale zostawić go? Nie... Nie mogłam.
Przeczesałam jego włosy dłonią i złożyłam na czole pocałunek. Kiedy rodzice wyrzucili mnie na ulicę to on mnie przygarnął. I choć nie okazywał swoich uczuć to wiedziałam, że mnie kocha i nigdy nie pozwoli skrzywdzić. Ze mną w przyszłości również będzie działo się coś podobnego. On się opierał tak długi czas. Minęło tyle lat, a on wciąż żył. Nie mogłam tego powiedzieć o sobie. Jeżeli go zabraknie sama będę musiała sobie z tym poradzić. Stracę jedyną ukochaną osobę.



Rex

-Szósty, możesz mi w końcu powiedzieć, po co tutaj jesteśmy? Providence nic nie wie o tej misji, więc na pewno coś ukrywasz. Mimo to zabrałeś mnie ze sobą i to nie po to, abym nikomu nie wygadał. Jestem ci do czegoś potrzebny. Jeśli mam wam w czymkolwiek pomóc, muszę wiedzieć co tutaj jest grane i dokąd idziemy. - powiedziałem stanowczo spoglądając na swojego wspólnika. Od zawsze był tajemniczy i mało rozmowny, jednak nie zamierzałem mu odpuścić. Był jakiś powód, dlaczego zabrał mnie ze sobą i nie mógł mnie przez cały ten czas ignorować. Ja zaś nie zamierzałem iść ani kroku dalej zanim wszystkiego mi nie wytłumaczy, albo przynajmniej powie, po co jestem mu potrzebny.
Szósty spojrzał na mnie jak zawsze obojętnym wzrokiem. Tuż za nim stanęła dziewczyna, przewracając oczami. Widać było, że głupie docinki cisnęły jej się na język. Na taką właśnie wyglądała. Pseudo rockmenkę, która była przyodziana w różowe, skórzane ciuszki. Wolałem jednak nie poznawać jej bliżej. Być może nie wyglądała na niebezpieczną, jednakże zbyt wiele gadała. Byłem pewien, że jej krucha gitara, którą rzekomo walczyła, rozleciałaby się po jednym uderzeniu moją stalową łapą. Trudno było uwierzyć, że ta pyskata dziewczynka miała być jednym z najniebezpieczniejszych ludzi chodzącym po tym świecie.
Szósty westchnął ciężko. W końcu postanowił mi wszystko wytłumaczyć. Przynajmniej wiedziałem na czym stoję i po co byłem mu potrzebny. Ufałem Szóstemu i wiedziałem, że nie zrobiłby niczego złego, jednak o jego towarzyszach nie mogłem powiedzieć tego samego.
Naszym zadaniem było odnaleźć Pierwszego, najniebezpieczniejszego człowieka na tym świecie, który od dłuższego czasu walczył z tym, aby nie zamienić się w Evo. Nie brzmiało to dobrze, jednak według mojego towarzysza tylko ja byłem w stanie mu pomóc i przywrócić do normalności. Jeśli w ogóle był uleczalny. Miałem nadzieję, że tak właśnie się stanie. Plan pozostałej czwórki nie był już aż tak optymistyczny, Od samego początku upierali się przy tym, aby pozbawić go życia. Mówili o nim tak jakby był jakimś potworem, którego trzeba było zlikwidować. Miałem ochotę odegrać się za nich na to. Udowodnię im, że zabijanie evo nie jest konieczne.
Nasz "spacer" cały czas dłużył się i nie było widać końca. Droga była o wiele bardziej górzysta niż wcześniej się to wydawało. Po długiej wędrówce w końcu udało nam się dotrzeć do niewielkiego domku, który z zewnątrz wyglądał niepozornie. Jak się po chwili okazało, posiadał on liczne zabezpieczenia. O dziwno zabezpieczenia te nie miały chronić mieszkanców przed intruzami, a wręcz przeciwnie, to świat zewnętrzny miał być chroniony przed tym, który tam mieszkał. Z tego co dowiedziałem się od Szóstego, zabezpieczenia miały się uruchomić kiedy Pierwszy całkowicice straci nad sobą kontrolę, aby nie mógł wyjść na zewnątrz.



Valentina

Pierwszego zaczynały oblewać zimne poty i dotarły już drgawki. Wiedziałam, że nie jest dobrze, a chciałam mu jakoś pomóc. Moja obecność nie wystarczała. Usiadłam za jego głową i położyłam mu dłonie na policzkach aby go trochę uspokoić. Poskutkowało... Odetchnęłam głęboko. Widziałam jego nogi - zaczął się przemieniać. Stawały się coraz chudsze, wręcz kościste. Tęczówki oczu stawały się coraz jaśniejsze. Próbowałam się skupić i przywołać swoją moc. Poczułam mrowienie na palcach i ciepło powoli zaczęło przenikać przez moje dłonie do skóry Pierwszego. Nic więcej nie mogłam skupić tylko uśmierzyć ból. Moje ręce były czerwone od płonącego w moich żyłach ognia.
-Wszystko będzie dobrze- powtarzałam w koło to oczywiste kłamstwo. Jak mogłoby być inaczej? Za niedługo pierwszy całkowicie się przemieni, a ja będę musiała zadecydować co zrobić. Najpewniej uciec póki mnie nie zabije. Z drugiej strony; po co miałam żyć jeśli jedyna ukochana osoba miała właśnie umrzeć?  Nie umrzeć... Przemienić się w potwora, a potem zabijać innych. To było o wiele gorsze. Najniebezpieczniejszy człowiek na ziemi miał właśnie zamienić się w najniebezpieczniejszego potwora. Kto mógł to przewidzieć?
Czułam pod palcami, że skóra mojego opiekuna nie była już tak napięta. Uspokajał się, ale oboje wiedzieliśmy, że przemiana była nieunikniona choć oddalona może o godzinę. Ciepło pozwalało mu zachować rozum. Nie wiedziałam jak długo dam radę to kontrolować. Ogień nigdy nie był moją mocną stroną i wyrządzał więcej szkód niż pomagał. Nagle rozległo się walenie w drzwi. Zdezorientowana spojrzałam na Pierwszego.
-Nie bój się maleńka. Wszystko będzie dobrze... Musisz być bezpieczna i dalej uczyć się kontrolować złośliwego nanita w twoim ciele. Reszta ich nie jest groźna, ale ten jeden tak jak w moim przypadku jest niebezpieczny. Nie da się go kontrolować- wycharczał cicho. Wiedziałam co chce powiedzieć. Że i mnie spotka taki los. I ja zamienię się w potwora. Do tej pory Providence starało się likwidować osobniki ze złośliwymi nanitami. Dlatego nikt się nie przyznawał. Każdy taki człowiek stawał się potencjalnym zagrożeniem.
-Nikomu o nim nie mów...-  zdążył powiedzieć zanim drzwi rozpadły się na kawałki, a Pierwszym wstrząsnęła seria drgawek. Spojrzałam na intruzów. Wiedziałam kto to i nie bałam się. Zdawałam sobie sprawę po co przyszli. Pierwszy stał się zagrożeniem. Do pokoju weszło trzech ludzi.
Dziewczyna ubrana w różową skórę, wielki i nieprzyjemnie wyglądający osiłek i mężczyzna o ciemnej karnacji, który szedł powoli za tą dwójką. Spojrzałam na nich bez grama uczuć.
Czyli to oni mieli wykonać egzekucję?
-Kim jesteś? Lepiej się odsuń, nie chcemy ofiar, ale jeśli tego nie zrobisz będę zmuszony odsunąć cię siłą- powiedział osiłek. Prychnęłam pod nosem. Pierwszy nikomu o mnie nie wspomniał aby mnie chronić. I bardzo dobrze. Nie chciałabym mieć żadnego z nich na karku. Odsunęłam się tak jak rozkazał wcześniej składając na czole mojego opiekuna pocałunek. Ten spojrzał mi w oczy i wsunął w moją dłoń karteczkę tak aby nikt nie zauważył. Ostrożnie wycofałam się wygaszając w sobie ogień. Spuściłam głowę. Dalej stałam w tym samym pomieszczeniu, ale duchem byłam nieobecna. Bałam się ogromnie. Traciłam go. W oka mgnieniu miałam zostać sama. Wyprostowałam się patrząc na Pierwszego, a karteczkę wsunęłam do kieszeni. Na jej przeczytanie przyjdzie czas później. Mężczyzna na łóżku był blady i coraz chudszy, gdzie nie gdzie zaczął porastać sierścią jednak zmysłami pozostawał nadal wśród ludzi. Jeżeli on przestał kontrolować nanita to jak ja miałam sobie poradzić?

Rex

Z ciekawością rozgladałem się dookoła siebie, obserwując każdą ścianę, rysę czy szczelinę mieszkania. Nie wyglądał on na nowy, ale był jako tako zadbany, chociaż do stabilnej budowli było mu bardzo daleko. Po nogami wyczuwałem mechanizm, który najpewniej miał być owym zabezpieczeniem. Moja nanity od razu zaczęły reagować na złożone mechanizmy. Wystarczyło jedynie dotknąć podłogi, aby całkowicice przejąć nad nimi kontrolę. Jednak nie to było moim celem, a uleczenie jednego z mieszkańców tego miejsca.
Ciekawiło mnie jaki był pierwszy. Pozostali nie rwali się do tego, aby o nim opowiadać, albo chociaż wspomnieć. Jeśli już rozmawiali na jego temat, sprawadzone były one do nanitowej choroby, która przekształcała Pierwszego w evo. Jedynie z kilku wspominek Szóstego mogłem się o nim nieco dowiedzieć. Nie było to wiele, ale jedyne co mogłem się dowiedzieć. Wychowywał on Szóstego kiedy był nastolatkiem, opiekował się nim oraz szkolił, dzięki czemu stał się szóstym najniebezpieczniejszym człowiekiem świata. Nie powiedziałbym jednak, że było to miłe dzieciństwo. Pierwszy był wymagający, surowy, do tego obce mu były emocje.
Mój wzrok skierował się na leżącego mężczyznę który ulegał transformacji w bliżej niezidentyfikowanego stwora. Najwidoczniej moi towarzysze już spisali go na straty, ponieważ przygotowali się do tego, aby pozbawić go życia. Najwet nie było w ich postępowaniu chwili zwątpienia. Musiałem jakoś to powstrzymać.
-Hola, hola, grubasku. - powiedziałem spokojnie spoglądając na grubego wieśniaka, który przygotowywał się do swojej "pracy". Wytworzyłem mechaniczną łapę, którą skutecznie mogłem odciągnąć faceta z madwagą na bezpieczną odległość. - Właśnie dlatego to ja tutaj jestem. Chyba nie muszę tłumaczyć, że jest szansa na jego wyleczenie i tylko ja mogę tego dokonać. Warto przynajmniej spróbować to zrobić. - mruknąłem pod nosem. Najwidoczniej żaden z nich nie był zadowolony z moich słów. Nie mogli jednak zbyt wiele zrobił. Właśnie tak zadecydował Szósty i musieli się dostosować do jego decyzji, ponieważ była najbardziej rozsądna.
Spojrzałem na dziewczynę, która posłusznie odsuneła się od meżczyzny, Zastanawiało mnie kim była i co robiła w miejscu całkowicice oderwanym od rzeczywistości. Przez chwilę stałem w milczeniu jedynie si jej przyglądając. Pierwszy raz ją widziałem. Wyczuwałem w jej ciele aktywne nanity, jednak nie była bezmyślnym potworem. Musiała być podobnym evo do mnie.

Valentina

Uśmiechnęłam się pod nosem kiedy osiłek został siłą odsunięty od mojego opiekuna. Spojrzałam na chłopaka. Czy była możliwość na uratowanie Pierwszego? Podeszłam do mężczyzny o ciemnej karnacji. Nie zdziwiła mnie jego moc, albo raczej przekleństwo. W tym świecie nic nie mogło mnie już zdziwić.
-Jeżeli potrafisz... Uratuj go. Jeżeli ci się uda będę twoją dłużniczką. Proszę...- patrzyłam błagalnie w jego brązowe oczy po czym się odsunęłam. Nie było czasu teraz na rozczulanie się. Pierwszy przemieniał się i pozostawało coraz mniej czasu.  Ja nie mogłam już pomóc, mogłam tylko czekać. Przymknęłam oczy, a gdy je otworzyłam nie było w nich już żadnych uczuć. Pierwszy mnie tego uczył aby nikt nie mógł mnie zranić. Odetchnęłam głęboko. Krew buzowała we mnie. Nie mogłam zapanować nad ogniem który we mnie płonął. Zacisnęłam dłonie w pięści i podeszłam za mężczyzną do łóżka, na którym leżał mój opiekun. Uklękłam przy nich. Chciałam wszystko widzieć. Pierwszy rzucał się na łóżku. Modliłam się w duchu aby się udało. Nie wiedziałam jak ten chłopak będzie go próbował ratować, ale skoro potrafił to nie zamierzałam protestować. Za plecami słyszałam jak ktoś nerwowo chodzi po pokoju, ale starałam się ich ignorować. Istniała szansa na ratunek! Pierwszy wyglądał coraz gorzej.
- To się nie uda. Nie mamy na to czasu Rex. Poza tym jesteś tu tylko formalnie. To ścierwo nie zasługuje na nasz ratunek! Jesteś tu aby wszyscy myśleli że próbowaliśmy, ale się nie udało...- warknął osiłek. Zostałam złapana za rękę i siłą odsunięta. Miałam ochotę kopnąć tego faceta, ale wiedziałam że nie mam szans. Kątem oka widziałam jeszcze jak Pierwszy szepcze coś do ucha mężczyźnie, którego osiłek nazwał Rexem. Zostałam posadzona na krześle i pilnowała mnie ta dziwna dziewczyna. Założyłam ręce na piersi i czekałam chociaż w środku aż się gotowałam z wściekłości. Coś we mnie pękło kiedy ten przerośnięty mięśniak zatopił ostrze w moim opiekunie. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Życie się zawaliło, straciłam jedyną rodzinę jaka się o mnie troszczyła. Dłonie zapłonęły raniąc moją skórę. To że panowałam nad ogniem nie znaczyło że mnie nie ranił kiedy osiągał naprawdę wysoką temperaturę. Po chwili jednak ten płomień we mnie zgasł. Jedne czego chciałam to to aby ci wszyscy ludzie się stąd wynieśli. Pierwszy mówił mi że kiedyś się to wydarzy ale nie mogłam się z tym pogodzić. Łza spłynęła po moim policzku. Co się ze mną stanie dalej? Musiałam sobie znaleźć dom. Ale dom bez tego człowieka nie będzie już domem. Musiałam zrobić w końcu to czego mnie nauczył. Ale czy to miało teraz jakikolwiek sens? Ciało leżące na łóżku przestało drżeć, oczy wypełniły się pustką. Jedyne emocje jakie widziałam to wściekłość w oczach Rexa.

Rex

-Formalnie? Chyba za dużo siana przekopales i coś ci uszkodziło mózgownicę. Sami gadaliscie, że jest to tajna misja i tylko wy wiecie o istnieniu tego miejsca oraz o sytuacji pierwszego. Szósty poprosił mnie o pomoc, dlatego nie zostawię tego człowieka samego. - unioslem glos spoglądając na nich wszystkich. Szósty widział we mnie nadzieję, dlatego musiałem spróbować. Leczenie Evo nie było dla mnie niczym nowym. Zawsze słyszałem o wyeliminowaniu ich, prawda była jednak taka, że oni nadal byli ludźmi, mieli swoje rodziny, nadal czuli. Każdy mógł się stać takim potworem, dlatego też każdy zasługiwał na ratunek.
Szósty położył na moim ramieniu rękę, próbując mnie uspokoić i dodać nieco otuchy.
-Bedzie dobrze Rex. Musisz się jedynie skupić. - powiedział oschłym tonem głosu, którego miał w zwyczaju używać każdego dnia.
Miał rację. Musiałem się uspokoić i skupić. Moje moce były całkowicie zależne od emocji, dlatego nie mogłem dać im ponieść. Szósty wierzył we mnie i musiałem zacząć działać.
Odetchnąłem głęboko podchodząc do mężczyzny. Ulozylem dłonie na jego klatce piersiowej i zamknąłem oczy. Po ciele Evo zaczęła rozchodzić się nanitowa sieć, która przekazywała wszystkie aktywne nanity z jego ciała do mojego. Odczuwałem coraz większy trud, ale nie zaprzestałem tej czynności. Mężczyzna wracał do swojej normalnej postaci. W końcu poddałem się i przede mną poraz kolejny pojawił się potwór. Zacisnąłem mocno pięści. Mimo wszystkich nadziei zawiodłem i nie byłem w stanie mu pomóc. Trudno było mi powiedzieć, że Pierwszy był przypadkiem nieuleczalnym i mógł stać się jedynie bezmyślnym potworem. Nienawidzę tej bezsenności.
Zerwalem się kiedy w ciało Evo został wbity nóż. Idealnie wymierzony w środek serca. Gwałtownie odwróciłem się w stronę sprawcy tego wszystkiego.
-Dlaczego to zrobiłeś?!- krzyknąłem- Nie można było go uleczyć, ale nie musiał skończyć w ten sposób. Mogliśmy go zabrać ze sobą i umieścić w miejscu, gdzie byłby bezpieczny.- warknalem wściekły. Najwidoczniej z całego towarzystwa jedynie dziewczyna oraz Szósty okazali skruchę, reszta pozostała niewzruszona, jakby to było czymś normalnym i oczywistym.
Mężczyzna ostatkami sił przyciągnął mnie do siebie. Czułem jak ściska moja koszulę, najwidoczniej chcąc mi powiedzieć. Z jego ust wydobył się ledwie słyszalny szept, a po nim ostanie tchnienie. Ręką mężczyzny opadła bezwładnie na jego cialo. "Opiekuj się Valentiną", tylko tyle byłem w stanie zrozumieć z jego wypowiedzi.
-Teraz nic już nie zrobimy, Rex. Próbowałeś i to jest najważniejsze. Nic mu nie przywróci już życia, ale na zawsze go będziemy pamiętać. Zabierzemy dziewczyne ze sobą. - powiedział mój towarzysz. Nawet jeśli ton jego głosu był chłodny, można było wyczuć w nim wiele emocji. Cierpiał będąc świadkiem takiej sceny.
Nie odezwałem się. Skinalem jedynie głową na znak zrozumienia.

Valentina

Parsknęłam pod nosem patrząc na ludzi, którzy bez pozwolenia weszli do mojego domu i zabili mi przyjaciela i opiekuna. Jeśli bym chciała mogłabym zabić siebie i ich jednocześnie. Tego osiłka e pierwszej kolejności. Jak oni w ogóle mogli decydować za mnie czy z nimi pojadę? Nie było żadnego pytania tylko stwierdzenie. Mowy nie było, że wbrew mnie zabiorą mnie gdzie im się tylko podoba.
-Skąd pomysł, że z wami pójdę? Nie należę do żadnego z was, wtargnęliście do mojego domu, zabiliście człowieka i chcecie dyktować mi co powinnam robić? Przykro mi, ale nie ma mowy.- powiedziałam stanowczo. Na dowód, że nie jestem bezbronna moja ręka zapłonęła. Mogłam ich zabić, bo nie do końca panowałam nad mocą. Na jednym podpaleniu by się nie skończyło. Odetchnęłam głęboko. Widząc, że osiłek chcę do mnie podejść podniosłam płonącą rękę na co ten raptownie się zatrzymał. Byłam zadowolona z efektu jaki wywołałam. Pierwszy leżał bezwładnie a oczy były puste i bez życia. To była ich wina. Nie ważne czy zamieniał się w potwora, nie dane było mu nawet godnie umrzeć.
-Możecie teraz opuścić mój dom?- zapytałam poważnie nie ruszając się z fotela. Powinnam czuć strach ale pierwszy powtarzał, że nie wolno go okazywać. Więc nawet teraz kiedy bałam się jak szalona to oczy były zimne i pozbawione emocji. Spojrzałam na człowieka, który próbował uratować mojego opiekuna. Tylko w nim nie widziałam jak na razie wroga. Podziękowałam mu skinieniem głowy. Jak na razie żaden z obcych się nie ruszył. Ile mogło trwać wyjście na zewnątrz? Spojrzałam na mężczyznę który najwidoczniej był ich przywódcą. Nie rozumiałam czego mógł ode mnie chcieć.
-Nie interesuje nas czego byś chciała.- powiedział gruby mężczyzna. Przygryzłam dolną wargę i podniosłam się z fotela. Spojrzałam po raz ostatni na Pierwszego. Z żalem musiałam się pogodzić z jego śmiercią. Pierwszy nie chciałby mojej śmierci. Kartka z tajna wiadomością ciążyła mi w kieszeni. Ręką znowu zapłonęła kiedy osiłek chciał mnie złapać, po czym cofnął się jak opatrzony gdy dotknął mojej ręki. Żadnemu z nich nie dałabym się dotknąć. Nie ufałam im.
-Nie zbliżaj się!- warknęłam w jego stronę, a ręce mi zapłonęły. Cofnęłam się gwałtownie patrząc na nich wrogo i bez żadnych uczuć. Byli mordercami.



Rex

Zacisnąłem mocno powieki próbując ukryć swoją bezsilność. Nie tam miało się to skończyć. Może i nie byłem w stanie go uratować przed nanitami, ale nie musiał skończyć w taki sposób. Nikt na to nie zasługiwał. Wiedziałem, że w głębi duszy nadal był człowiekiem, który prawgnął i miał po co żyć. Nikt nie miał prawa pozbawiać evo życia, nawet tych najokrutniejszych. Przecież mogliśmy go zabrać ze sobą, do Providence, gdzie mógłby wieść spokojne życie. W końcu wymyśliliby odtrutkę i wróciłby do swojej prawdziwej postaci. W tej chwili dla niego jednak nie było już nadziei i to wszystko przez nich. Nie mięli żadnego szacunku dla ludzkiego życia, dlatego sami na nie nie zasługiwali. Potrafili jedynie zabijać.
Zerknąłem na dziewczynę, która nadal pozostała w swoim miejscu. Valentina. To o niej musiał mówić Pierwszy. Szósty ma rację, nie możemy jej tutaj zostawić na pastwę losu. Nigdy nie wiadomo jakie evo jeszcze mogą zostać tutaj przywabione i jakie są jej szanse na przeżycie w tym miejscu.
Podszedłem do niej spokojnie, próbując się przyjaźnie uśmiechnąć. Wyciągnąłem w jej kierunku rękę. Jeśli miała z nami iść, musiała mi zaufać. Przekonanie Białego Rycerza, aby dziewczyna mogła zostać w Providence było jedynie formalnością, którą wykona się już na miejscu. Mogłem się jedynie obawiać o jej przyszłą "pracę". Była evo, a w Providence oznaczało to wykonywanie brudnej roboty, którą "zdrowi" nie chcieli albo nie mogli wykonywać. Mimo to zapewnią jej posiłki i dach nad głową, a w chwili obecnej to powinno być najważniejsze.
-Valentina, prawda? Jestem Rex. Musimy zabrać cię ze sobą. - powiedziałem spokojnym głosem.
Szósty odciągnął swoich "przyjaciół" na bok, próbując powstrzymać ich protesty. Widać było, że nie chcięli zabierać dziewczyny ze sobą, ale w tej sytuacji nie mięli żadnego wyboru. Pojazd należał do nas, więc równie dobrze moglibyśmy zostawić ich na tej wyspie, aby zostali pożywką dla zwierzęcych evo. W końcu dżentelnem zwany Czwartym oraz różowa dziewuszka zamilkli, jako ostatni, zgadzając się na to, aby Valentina wyruszyła z nami.
Po tym wszystkim ta czwórka i tak zostanie pozostawiona po drodze i będę mógł udawać, że nigdy ich nie spotkałem na swojej drodze. Tak będzie najprościej.
Valentina

Założyłam dłonie na piersiach. Nie chciałam wybuchnąć, nie skończyłoby się to dla nikogo dobrze. Mogłabym nie tylko zabić ich ale i siebie. Nie kontrolowałam ognia na tyle aby go swobodnie używać. Zrobiłam krok w tył kiedy chłopak do mnie podszedł i wyciągnął rękę w moją stronę. Spojrzałam na niego podejrzliwie, ale nie wyglądał tak jak oni. W jego oczach widziałam dobroć. Miałam wrażenie, że naprawdę chciał uratować mojego opiekuna. O ile było to w ogóle możliwie. Odetchnęłam głęboko. Nie miałam czasu aby to przemyśleć. Jeżeli tutaj zostanę to na pewno nie przetrwam zbyt długo. Inne Evo mnie znajdą. Ludzie, którzy zamienili się w potwory nie myśleli racjonalnie. Posługiwali się instynktami. Jeżeli mówił on - zabij aby przeżyć to bez wahania to robili. W moich oczach pojawiło się zaskoczenie. Skąd ten chłopak wiedział jak mam na imię? Spojrzałam jeszcze raz na jego dłoń po czym z wahaniem ją przyjęłam.
- Nie wiem kim jesteś, ale nie wyglądasz jak oni - wyszeptałam tak aby mnie usłyszał. Nie wiedziałam jeszcze czy jestem w stanie mu zaufać. To, że sprawiał wrażenie miłego i normalnego, nie znaczyło jeszcze że taki był. Miałam szczęście, że Pierwszy myślał do przodu i nasze walizki w razie potrzeby były przygotowane. Mój opiekun sam się tym zajął. Złapałam za rączkę walizki, która wystawała spod mojego łóżka. Może to wydawało się dziwne że jestem spakowana, a może nie. Szczerze mówiąc nie dbałam o to. Nadal trzymając Rexa za rękę pochyliłam się i ucałowałam Pierwszego w czoło. Bardzo chciałam z nim zostać.
- Mała on i tak nie żyje.- rzekł osiłek między ziewnięciami. Moja ręka stała się znacznie cieplejsza i w tym samym momencie przypomniałam sobie że trzymam Rexa za rękę. Wyszarpnęłam ją gwałtownie zanim zajęła się ogniem.
- Przepraszam...- powiedziałam cicho, spoglądając na Rexa. Po chwili udało mi się uspokoić ale powinnam się pilnować. To nie jemu chciałam zrobić krzywdę, zaś tego kto zabił mojego opiekuna z chęcią rozszarpałabym na kawałki. Szkoda tylko że byłam sama a oni mieli nade mną przewagę liczebną. Moje spojrzenie gdyby mogło na pewno by zabiło.
-Dość tego... Lecimy- powiedział jeden z nich wychodząc z pokoju. Nie wiedziałam czemu się zgodziłam. Miałam nadzieję że udałoby mi się przetrwać, tylko czy byłam o tym przekonana? Lecąc z nimi nie wiedziałam w co się pakuje jednak obecność Rexa i jego spokojne spojrzenie dodawało mi otuchy


Rex


Zacisnąłem delikarniw dłoń chcąc, aby dziewczyna się uspokoiła bardziej. Wyczuwałem w jej ciele wiele aktywnych nanitów, które były w każdej chwili pokazać swoją prawdziwą moc. Nie były to nanity, które można było znaleźć w ciałach większości ludzi. Była bardziej podobna do mnie nich mogłoby mi się wydawać. Tym bardziej nie mogłem jej pozostawić w tym miejscu. Moim obowiązkiem było pomóc jej, właśnie o to przed śmiercią poprosił mnie Pierwszy i chciałem  dotrzymać danej mu obietnicy. Valentina potrzebowała pomocy z opanowaniem aktywnych w jej ciele nanitów. Nie wszystkie z nich były jej posłuszne, wyraźnie to wyczuwałem.
Nie protestowałem kiedy zabrała rękę. Poczułem na dłoni delikatne ciepło, jednak zignorowałem to. Przynajmniej wiedziałem na czym polegają jej niezwykłe umiejętności i na co powinienem uważać. Jej nanity również były w pełni lub częściowo zależne od emocji. Między nami była tylko jedna różnica. W czasie wzmożonych emocji jej nanity nasilały się i ukazywały jej siłę, może zaś w tym czasie całkowicie odmawiały posłuszeństwa.
-Nie martw się, jesteśmy podobni do siebie.- wyszeptałem ze spokojem w głosie, aby tylko ona mogła mnie usłyszeć.
W końcu wsiedliśmy do pojazdu, który szybko wzbił się w powietrze. Z każdą minutą oddalaliśmy się coraz bardziej od miejsca, w którym jeszcze niedawno mieszkał Pierwszy,a obecnie został jego grobem. Po jakimś czasie pozbyliśmy się również czwórki nieprzyjemnych pasażerów, zmierzając prosto do Providence. Teraz pozostawało mieć nadzieję, że nikt nie zauważył zniknięcia jednego z pojazdów i nie oberwie nam się za bardzo. Biały Rycerz, przywódca Providence, nigdy mi nie ufał i najczęściej to na mnie zwalał wszystkie winy, nie ważne jakbym si starał. Dla niego byłem kolejnym potworem, który w każdej chwili mógł wymknąć się spod kontroli. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć tego starucha. Po naszym pierwszym spotkaniu i tamtym wypadku żyje zamknięty w swoim pokoju, całkowicie odizolowany od ludzi, pod ścisłą kontrolą nowoczesnej technologii. Jest jedynym człowiekiem pozbawionym nanitów i tak się tego boi, że zrobi wszystko, aby nie wdychać tego "zatrutego" nanitami powietrza. Nie trudno zauważyć, że ma na tym punkcie obsesję.
W końcu dotarliśmy do Providence. Na dworze jak i w hangarze panowała całkowita ciemność, a dźwięk silników rykoszetem odbijał się od zabudowanych ścian. Po cichu wydostałem się z pojazdu, pomagając w wyjściu dziewczynie.
-Dzisiaj spędzisz noc u mnie, a jutro porozmawiasz z profesor Holidey i ustalimy co dalej.

Valentina

Powoli wyszłam z mojego już byłego domu. Ciężko było mi zostawiać to wszystko czego tu zaznałam. Dobroci, miłości i przyjaźni z człowiekiem, który znalazł mnie na ulicy. Tamtego dnia nie sądziłam, że przeżyje dlatego teraz nie mogłam tak po prostu zepsuć tego co Pierwszy postanowił uratować. Szłam blisko Rexa starając się nie okazywać strachu. Wsiadłam do dziwnego pojazdu i usiadłam koło chłopaka. Na moje szczęście osiłek i jego banda zostali wyrzuceni na najbliższym "przystanku". Teraz w pojeździe pozostawałam tylko ja, Rex i jakiś mężczyzna.
Nie lecieliśmy długo. Może dwie godziny, ale to i tak było niewiele zwłaszcza, że całe życie przemieszczałam się na nogach. Nigdy nie siedziałam nawet w samolocie ani o tym nie myślałam. Wyglądał nowocześnie, z zamkniętą kabiną dla pilota i kilkoma siedzeniami. Zadrżałam gdy gdy drzwi na zewnątrz się otworzyły. Przy wychodzeniu z pojazdu podałam dłoń Rexowi aby pomógł mi wysiąść. Podziękowałam skinieniem głowy po czym zabrałam rękę aby przypadkiem go nie sparzyć. Nie wiedziałam kim jest profesor Holidey ale jeśli chłopak nie zamierzał mnie jeszcze zostawiać to byłam mu wdzięczna. Kiedy trochę się oddaliliśmy od samolotu i zostałam sama z Rexem spojrzałam na niego ukradkiem. Było wiele pytań, które chciałam mu zadać. Po pierwsze kim był osiłek, który zabił pierwszego. Dlaczego zabrali mnie ze sobą i gdzie my u diabła jesteśmy. Było strasznie ciemno i musiałam iść blisko Rexa aby się nie zgubić.
- Nie możemy tego dłużej ciągnąć. Nie kontrolujące  nanitów Evo są dla nas zagrożeniem. - usłyszałam zza ściany. To była moja druga "moc". Mogłam usłyszeć coś nawet zza kilku ścian. Teraz kiedy potrafiłam to kontrolować to nie było już takie męczące. Zatrzymałam się ale po chwili zrównałem krok z chłopakiem. Niepokoiło mnie to miejsce i nie chciałam zdradzać się z tym co potrafiłam. Dopiero kiedy zamknęły się za nami drzwi pokoju Rexa odetchnęłam ciężko.
- Gdzie jesteśmy i co to za miejsce? - zapytałam patrząc na mojego towarzysza. Rozumiałam że Evo stwarzają problemy zwłaszcza takie jak ja ktore nie kontrolowały swoich mocy. Jednak wszyscy ludzie w mniejszym lub większym stopniu posiadali w sobie nanity.
Byłam w kropce. Usiadłam na fotelu patrząc uważnie na Rexa.


Rex

Spojrzałem na dziewczynę kiedy dotarliśmy do mojego pokoju. Dzisiejszego dnia wydarzyło się tak wiele, że bylem jej winny wyjaśnienie. Z jakiegoś powodu zaufała mi i zgodziła się na to, aby x nami wrócić. Sam byłem ciekaw kim dokładnie było i co robiła na tamtej wyspie. Co najważniejsze była Evo podobnym do mnie, co nie było zbyt częstym zjawiskiem. Wystarczyło jeszcze przekonać szefa, aby pozwolił jej tutaj pozostać.
-Jestes w Providence. Nigdy o nas nie słyszałaś? - spojrzałem na nią lekko zdziwiony. Musiała kiedyś o nas słyszeć albo o moich wyczynach. Providence działało na całym świecie i nie było możliwości, aby nie wiedziała kim jesteśmy i co robimy. -Providenve chroni cywili przed niebezpiecznymi Evo, które mogą być szkodliwe. Ja jestem Rex, ich główną broń. - uśmiechnalem się z dumą. Nie była to najlepsza praca ma świecie i nie przynosiła sławy, jednak nie chciałbym z niej rezygnować. - Jak już wiesz, jestem Evo. Jestem w stanie pochłonąć cudze nanity i wyleczyć ta osobę, głównie tym się zajmuję.
Usiadłem na łóżku spoglądając na swojego gościa. Miło było porozmawiać z osobą w podobnym wieku. Nie licząc misji, byłem całkowicie odizolowany od świata zewnętrznego, a po dłuższym czasie stawało się to męczące. Mogłem porozmawiać jedynie z doktor Holiday oraz Szóstym, a właściwie prowadzić x nim monolog, ponieważ sam rzadko kiedy się odzywa. Mieszkanie samemu było zbyt nudne jak na mój gust.
- Bardziej ciekawi mnie kim ty jesteś. Szósty nie wspominał, że w czasie tego zadania potkamy kogoś jeszcze. Co robiłaś e tamtym miejscu?


Valentina

Providence? Słyszałam już gdzieś tą nazwę. Usiłowałam sobie przypomnieć o co chodziło, ale niestety z niepowodzeniem. Pierwszy nigdy mi o tym nie opowiadał. Może raz wymsknęło mu się to słowo, ale nic poza tym. I co znaczyło, że on był bronią. Skoro leczył ludzi i mógł ich uratować to nie był bronią. Był pomocny. Było mi tylko przykro, że Rexowi nie udało się uratować mojego opiekuna. Jeżeli nie chciałam aby i mnie zabili w taki sam sposób musiałam się nauczyć kontrolować moc ognia. A to nie było proste.
- Niestety nie słyszałam nigdy o tym miejscu. Pierwszy nigdy nie wspominał ani nie mówił o was, ale podejrzewam, że was znam. Kiedyś powiedział tylko, że pewnego dnia ktoś przyjdzie kiedy przestanie się kontrolować i pewnie się go pozbędą. Nie uwierzyłam, ale teraz wiem, że to była prawda.- powiedziałam cicho. Musiałam przestać okazywać uczucia, bo nie skończy się to dla mnie dobrze. Jeżeli ludzie wiedzieli o tobie za dużo to mogli wykorzystać to do swoich celów. Niekoniecznie tych dobrych. Rexowi jednak siłą rzeczy musiałam zaufać. Był tu jedyną przyjaźnie nastawioną osobą. No i nie chciał mnie zabić co też było ważne.
- Bo zapewne o mnie nie wiedział. Nigdy nie opuszczaliśmy wyspy. Pierwszy znalazł mnie dawno temu na ulicy i przygarnął. Traktował jak córkę i tyle. Nie ma tutaj co opowiadać... Skoro możesz pochłonąć nanity to czemu nie pochłoniesz z ludzi tych których nie da się kontrolować? Czy nie byłoby to bezpieczniejsze?- zapytałam poważnie. W końcu przecież co innego można by zrobić. Skoro mógł leczyć to czemu nie zapobiegał? Podniosłam się po chwili i rozprostowałam kości. Nim Rex zdążył odpowiedzieć ktoś zapukał do pokoju. Drgnęłam. Czmychnęłam do łazienki, która znajdowała się w pokoju tłumacząc się zmęczeniem i chęcią odświeżenia. Usiadłam na toalecie i odetchnęłam głęboko. Wolałam już nikogo nie poznawać. Przynajmniej nie dzisiaj. Zamiast tego wyciągnęłam z kieszeni karteczkę o Pierwszego.  Musiał wiedzieć co się święci i przygotować ją wcześniej. Innej możliwości nie widziałam. Tylko dlaczego nie powiedział mi tego osobiście. Mieszkaliśmy razem więc miał okazję. Rozłożyłam kartkę aby odczytać krzywe pismo opiekuna.
"Kochana Valentino
Nie chciałem żegnać się z tobą w ten sposób, ale im mniej wiedziałaś tym lepiej dla ciebie. Przynajmniej w tamtym momencie. Zapewne ludzie z organizacji Providance wzięli się ze sobą tak jak przewidywałem. Organizacja ta zajmuje się likwidowaniem ludzi u których nanity przejęły kontrolę i nie wierz im jeśli będą twierdzić, że tylko starają się ratować ludzkie życia. Przywódca Providance myśli tylko o sobie i chce zlikwidować ludzi, którzy nad sobą nie panują. Takich jak ty. Nie ufaj nikomu i pamiętaj, że ci ludzie mogą chcieć cię skrzywdzić. Miej się na baczności. Wybacz mi za to, że tyle przed tobą ukrywałem, ale chciałem cię chronić.
Pierwszy"
Otarłam łzę, w którym łza spłynęła po moim policzku. Ostatnie słowa Pierwszego. Odetchnęłam głęboko i schowałam list do wewnętrznej kieszeni kurtki. Moja sukienka, którą rano ubrałam była już skurzona i brudna. Przemyłam twarz w wodzie po czym spojrzałam w lusterko. Musiałam wziąć się w garść i uważać. Nie byłam bezpieczna.
Usiadłam z powrotem na toalecie i wytężyłam słuch. Teraz bez problemu mogłam usłyszeć co działo się po drugiej stronie drzwi, a jeśli bym chciała to nawet i dalsze rozmowy bym usłyszała.


Rex

Spojrzałem na nią delikatnie zdziwiony kiedy zadała mi pytanie na temat nanitów. Nie chciałem tego po sobie zdradzać, ale poczułem się nieco zdołowany. Robiłem co mogłem, jednak nie zawsze byłem w stanie pomóc. Nienawidziłem rozmawiać na ten temat, dlatego w miarę możliwości tego unikałem.
-To nie takie proste jak się wydaje. Owszem, potrafię kogoś uleczyć zabierając nadmiar mutujących nanitów, ale są osoby, które są nieuleczalne. Szkodliwe nanity pochłaniane są do mojego organizmu, dzięki czemu osoby przemienione mogą odzyskać swoją dawną postać, przez zabranie większości szkodliwych nanitów. Nieuleczalni mają ich w sobie na tyle dużo, że moje ciało nie jest w stanie przyjąć tak dużej dawki. Nieuleczalni zabierani są do naszego "zoo pupilków", gdzie mogą spokojnie żyć i nie zagrażać innym ludziom. Profesor Holiday nadal szuka dla nich lekarstwa... - odpowiedziałem spokojnie. Tyle powinno jej wystarczyć.
Sam chciałem mieć w sobie o wiele więcej siły, aby uleczyć tych ludzi. Dlaczego musiałem być w tym wypadku bezsilny? Coraz częściej zdarzało się, że zarażeni mieli w sobie zbyt dużą dawkę nanitów i nie mogłem im pomóc. Albo to ja robiłem się coraz słabszy. Moje nanity były w stanie pochłonąć i oczyścić te zarażone, ale na jak długo? Kiedyś musiały mieć swój limit.
Z drugiej strony tylko dlatego byłem w tym miejscu. Doskonale wiedziałem, że nikt mi tutaj nie ufał, oprócz Szóstego i profesor Holiday, ale przynajmniej mogłem zrobić coś pożytecznego. Kilka lat temu Providence jedynie zabijało Evo lub eksperymentowali na nich w poszukiwaniu lekarstwa. Po tym jak Szósty mnie znalazł, Holiday widziała w moich umiejętnościach nadzieję na ratunek. Czuję, że jestem coraz bardziej zawodny i mniej przydatny. Providence nadal trzyma mnie w garści i pała do mnie nieufnością. Wystarczy jeden fałszywy ruch lub bunt i się mnie pozbędą. Nie było to żadną tajemnicą. Od samego początku mnie o tym poinformowany i byłem tego jak najbardziej świadomy. Byłem jedynie psem na smyczy, którego próbowali wytresować.
Spojrzałem na drzwi słusząc pukanie. W tym momencie i dziewczyna szybko uciekła do łazienki, która znajdowała się nieopodal. Nie dziwiłem się jej. Na chwilę obecną jedynie dwie osoby wiedziały o tym, że tutaj jest i do dnia jutrzejszego tak musiało pozostać. Wystarczyło ją przedstawić Białemu Rycerzowi, a byłem pewien, że zechce wykorzystać jej umiejętności do swoich celów. Na razie tyle musiało wystarczyć, przynajmniej miała dach nad głową.
Kiedy otworzyłem drzwi ujrzałem w nich profesor Holiday. Młodą kobietę o czarnych, długich włosach. To właśnie ona zajmowała się badaniem stanu mojego zdrowia i kontrolowała nanity w moim ciele, aby nie było ich zbyt wiele. Kobieta podała mi wszytskie wytyczne i dokładną godzinę, kiedy Valentina miała pojawić się w jej laboratorium.

Valentina

Zastanawiałam się nad tym co powiedział mi Rex. Dlaczego jego moc nie zawsze się sprawdzała i nie mógł wyleczyć każdego? Nie rozumiałam tego. Westchnęłam ciężko. Nie wiedziałam nawet czy mogę mu zaufać. Po ostrzeżeniu Pierwszego nie miałam pojęcia co sądzić. Czy jeżeli pochłonie dużo nanitów to sam stanie się zarażony i podatny na mutację? Przecież to nie było możliwe. Musiało istnieć wyjście, które byłoby w stanie wyleczyć każdego kto nie kontrolował nanitów. Z łazienki wyszłam dopiero kiedy kobieta opuściła pokój. W takich sytuacjach wytężony słuch się przydawał choć niebezpieczne by było aby ktoś się o tym dowiedział. Usiadłam z powrotem na fotelu i spojrzałam na chłopaka. Nie mogłam tutaj zostać na zawsze. W końcu opuszczę to miejsce, nie ważne co sądzili o tym ludzie tutaj. Zwłaszcza ten człowiek, o którym wspomniał mój opiekun w liście. Skoro przywódca tego miejsca chciał zlikwidować wszystkich ze zmutowanymi genami co wtedy? Sama takie w sobie miałam, a Rex z tego co wiedziałam mógł łatwo się tego dowiedzieć. Pewnie już wiedział. To kwestia czasu jak przekaże te informacje dalej. Jak na razie musiałam udawać, że nic nie wiem- co było w sumie prawdą.
-Kto to był?- zapytałam od niechcenia. Mimo, że słyszałam dokładnie z kim rozmawiał i co ustalili. Dokładnie znałam godzinę spotkania.
Spojrzałam na zegarek. Jego wskazówki pokazywały godzinę trzecią, a to znaczyło, że do spotkania z tą lekarką zostały jakieś dwie godziny. Może w tym czasie dowiem się od Rexa coś więcej o tym miejscu. W końcu sama nie wiedziałam ile dni tu spędzę. Zabrali mnie tutaj w celu sprawdzenia moich "mocy" jak powiedziała doktor Holiday. Przynajmniej w tym celu będzie przeprowadzać jakieś badania. Nie zamierzałam być królikiem doświadczalnym.
Zaburczało mi w brzuchu, ale zignorowałam to. Rozejrzałam się po pokoju, który należał do Rexa. Był ładnie urządzony w widocznie męskim stylu. W rogu stało pojedyncze łóżko, które z pewnością nie pomieściłoby więcej niż jednej osoby. Ciekawa byłam czy sam urządzał to miejsce.
-Długo tutaj jesteś? Mam na myśli czy długo tutaj mieszkasz i żyjesz i czym się zajmujesz jak nie musisz ratować ludzi skażonych zmutowanymi nanitami...- zapytałam poważnie. Założyłam ręce na piersi opierając się wygodniej na fotelu.
Nie mógł tutaj mieszkać całe życie, każdy miał swoją historię. Jeśli mu przyjdzie poznać moją to i ja będę zmuszona poznać jego. Nie pozostanę dłużna.



Rex

Uśmiechnąłem się delikatnie kiedy dziewczyna wróciła do mojego pokoju. Chciałem, aby chociaż trochę dobrze poczuła się w tym miejscu i nie musiała się tym wszystkim przejmować. Dzisiejszy dzień nie był łatwy. Najpierw straciła jedyną osobę, której mogła zaufać, a teraz wywieziono ją do nieznanego miejsca daleko od domu, midzy ludzi, których widzi po raz pierwszy na oczy. Na pewno nie było to łatwe.
Na początek musiała się dobadać z Białym Rycerze, a to było jednym z trudniejszych zadań. Nie jest on skłonny od tak wszystkich przyjmować do pracy. Chociaż w tym wypadku można trudno mówić o pracy, skoro nawet nie mamy za to wypłaty. Jedyne co gwarantują takim jak ja to schronienie, jedzenie oraz gwarancję, że nie będę następnym evo jakiego zechcą zlikwidować. Biały Rycarz nie ufał nikomu, a przede wszystkim nie ufał evo. Nienawidził takich jak ja i zawsze obserwował każdy ruch, tłumacząc się bezpieczeństwem innych ludzi. Prawda była taka, że gardził evo a tacy jak ja byli mu potrzebni jedynie po to, aby łatwiej było ich usunąc. Miał nas jedynie za potwory, które w każdej chwili mogły stać się zagrożeniem dla innych ludzi.
-To była właśnie doktor Holiday. Dużo wie o evo oraz o naszych zdolnościach. Można powiedzieć, że jest również moim osobistym lekarzem, który pomaga mi z nanitami. Można na niej polegać. Holiday i Szósty są jedynymi bliskimi mi osobami. - powiedziałem ze spokojem w głosie.
Zastanawiało mnie, dlaczego aż tyle chciała o mnie wiedzieć. Może aż za bardzo. Wolałem to zrzucić na brak zaufania do mojej osoby, jednak nie byłem co do tego przekonany. Dziewczyna wydawała się zbyt dziwna w swojej ciekawości.
-Jestem tutaj od dwóch lat, odkąd mnie znaleziono. Jeśli nie mam wezwania właściwie robię co chcę, póki nie przeszkadzam Providence w pracy. Najważniejsze jest wykonanie swojego zadania i uratowanie ludzi. - o fakcie, że nawet w czasie wolnego agenci providence mnie obserwowalo wolałem nie wspominać. Byłem ostatnią osobą, której Biały mógłby zaufać, dlatego ciągle mnie kontrolował i nawet na chwilę nie spuszczał z oczu. Działo się tak od pierwszego dnia mojego pobytu tutaj, z czasem nawet przyzwyczaiłem się do tego faktu. Będąc pomiędzy ludźmi cały czas mięli na mnie oko.


Valentina

Nie byłam przekonana czy tutaj jest całkowicie bezpiecznie. Oparłam się wygodniej w fotelu i ziewnęłam przeciągle. Byłam strasznie zmęczona przez całą tą sytuację, a jeszcze fakt, że straciłam jedyną osobę, którą mogłam nazwać swoją rodziną nie polepszał sprawy. Wszystko było w tym miejscu zagmatwane i niebezpieczne. Nie ufałam nikomu, a tylko Rex sprawiał wrażenie jakby nie chciał mojej śmierci. Po głosie ta cała doktor Holiday także nie brzmiała jakoś okropnie, ale takie zawsze były najgorsze. Nie ważne, że pomagała komukolwiek w czymkolwiek. Dopiero jeśli mnie przekona, że jest godna zaufania będę w stanie z nią rozmawiać neutralnie.
-Widzę, że nie miałeś zbyt szczęśliwego życia skoro masz tylko dwoje zaufanych ludzi. Przynajmniej masz kogoś... Ja już nie mam tego luksusu. Nie spodziewałam się, że sprawy potoczą się tak szybko oraz że to wszystko się wydarzy. Na przeszłość jednak nie mam wpływu- powiedziałam poważnie patrząc na chłopaka spod na wpół przymkniętych powiek. Skoro był tutaj tylko dwa lata to gdzie byli jego rodzice? Co się z nimi stało? Czy szósty był jakąś częścią jego rodziny? A może tak jak Pierwszy mną, Szósty opiekował się Rexem? Takie życie nie wydawało się złe, ale było. Puste, smutne i nieprzyjemne o ile się nie miało bliskich.
-Rozumiem, ale nie sądzę abym ja miała być wam przydatna. Nie zamierzam też tu zostać nie wiadomo jak długo. Wolę radzić sobie sama, kiedyś to było dla mnie naturalne dopóki nie poznałam Pierwszego. Mam nadzieję, że za kilka dni będę mogła odejść.- mruknęłam cicho wykładając się wygodniej w fotelu. Byłam zmęczona i nie zamierzałam z tym walczyć. Przymknęłam oczy i otuliłam się ramionami. Nie przeszkadzało mi nawet, że jestem w obcym miejscu, z osobami których nawet nie znam. Mój słuch jednak nigdy mnie nie zawiódł. Jeśli ktoś by się zbliżał to wiedziałabym o tym nawet podczas snu. Wyszeptałam ciche "dobranoc" i już po chwili drzemałam w najlepsze nie przejmując się nikim ani niczym. Sen jaki przyszedł nie był najszczęśliwszy. Powiedziałabym nawet, że straszny. Musiałam na nowo przeżywać ten okropny poranek i śmierć Pierwszego.